Agata Piasecka: Czym jest MSC i dlaczego ważne jest, żebyśmy szukali ryb z tym certyfikatem? 

Anna Dębicka, dyrektorka programu MSC w Polsce: MSC, czyli Marine Stewardship Council, to organizacja pozarządowa, która stara się chronić morza i oceany, głównie poprzez promocję zrównoważonego rybołówstwa. Jest to takie rybołówstwo, które ma najmniejszy wpływ na środowisko i zostawia wystarczającą ilość ryb w ekosystemie, żeby mogły się odradzać, a sam system - funkcjonować. 

MSC powstało 25 lat temu, kiedy to naocznie zdano sobie sprawę z tego, że ryb ubywa, i jest to problem nie tylko dla ekosystemu, ale też dla człowieka. Ryby, o czym zapominamy w Polsce, stanowią podstawę wyżywienia dla ponad połowy ludzkości. Brak pożywienia oznacza wojnę, biedę, choroby. Dlatego właśnie problem przełowienia to obecnie – obok zmiany klimatu – jeden z najpoważniejszych globalnych problemów środowiskowych.  

Jak wiele produktów rybnych, takich, z którymi mamy do czynienia na co dzień, posiada ten certyfikat? 

W Polsce jest to ponad 400 produktów. Dotyczy to różnych gatunków, np. popularnych w Polsce białych ryb, takich jak mintaj, dorsz, dorsz czarny, miruna czy morszczuk. Innym bardzo popularnym gatunkiem, dostępnym z certyfikatem MSC, jest łosoś. Tu zaznaczę, że ten znak dotyczy dzikiego łososia z Pacyfiku, a w Polsce najczęściej kupowany jest łosoś hodowlany. Na naszej stronie www.msc.org/pl/losos można znaleźć raport, w którym informujemy, jak rozróżniać łososie dzikie od hodowlanych. 

Inne produkty z certyfikatem MSC to śledzie - ale tutaj trzeba uważać. Część stad śledzia jest teraz przełowionych i straciło certyfikat. Są jednak sklepy, gdzie można znaleźć śledzia na święta z certyfikatem MSC. To samo tyczy się tuńczyka - bardzo często łowi się tę rybę w sposób niezrównoważony. Dzięki MSC udało się to naprawić, poprawiono metody poławiania i w tej chwili duża część produktów, zwłaszcza tuńczyka w puszkach, może pochwalić się certyfikatem. 

Certyfikuje się też lokalne ryby, np. szprota na Bałtyku. Mamy już pierwsze produkty polskiego producenta, które spełniają wymogi certyfikatu. Szprot to zresztą jedyny gatunek, który występuje w Bałtyku w odpowiednich ilościach, aby można go było poławiać na cele komercyjne. 

Kto uzyskuje certyfikat? Ryba? Producent przetworów?

Jest to dosyć skomplikowane. Są dwa standardy. Jeden dotyczy zrównoważonego rybołówstwa i tam bada się, czy dane rybołówstwo, w danym miejscu, danego stada i danego gatunku, danymi narzędziami poławia w sposób zrównoważony. Śledź w tej chwili ma certyfikat np. na Morzu Północnym, ale na Morzu Bałtyckim już nie. Tam jego biomasa jest zbyt mała, by mógł być poławiany w sposób zrównoważony przy tym systemie zarządzania, który mamy. 

MSC to ocena globalna, ale patrząca też jednostkowo na każdy połów w danym miejscu danego gatunku. Byłoby bardzo ciężko samemu decydować, który produkt wybrać, stąd też powstał ten niebieski znaczek. Mogą go używać tylko firmy, które przeszły certyfikację według Standardu Łańcucha Dostaw MSC. Gwarantuje to, że na wszystkich etapach przetwarzania ryby – bez różnicy, czy chodzi o rybaka, który łowił, pierwszego przetwórcę, który filetował, firmę transportową, chłodnię czy ostatniego producenta, który pakuje finalny produkt i stawia go na sklepowej półce – certyfikowane ryby są odpowiednio monitorowane, oznaczane i segregowane od tych, które nie pochodzą z certyfikowanych połowów. Dzięki temu jako konsumenci, kupując ryby i owoce morza oznaczone niebieskim znakiem MSC, mamy 100% pewność, że pochodzą one z przyjaznych dla środowiska i odpowiedzialnie zarządzanych połowów. 

Co jest ważne, MSC samo nie ocenia ani rybaków, ani firm w łańcuchu dostaw. Działamy na zasadzie oceny strony trzeciej, co pozwala nam zachować bezstronność. To oznacza, że standardy MSC są tworzone i weryfikowane przy udziale interesariuszy, a następnie to niezależni eksperci zrzeszeni w jednostkach certyfikujących te certyfikaty przyznają. 

Certyfikaty są przyznawane na określony czas. Certyfikat rybołówstwa przyznawany jest na pięć lat, a certyfikat łańcucha dostaw - na trzy lata. Co roku, zarówno firmy poławiające, jak i przetwórcze, mają audyty kontrolne, sprawdzające, czy wciąż dane standardy są utrzymywane zgodnie z wytycznymi. 

Wyobrażam sobie, że znając tę "niebieską rybę", łatwo jest pójść do sklepu i wybrać pakowany produkt certyfikowany. A co, jak idę do sklepu rybnego, i chcę kupić coś niespakowanego? 

Mamy również oddzielny standard w łańcuchu dostaw dla firm sprzedających ryby luzem. Mogą to być sieci handlowe, np. w Polsce Kaufland przeszedł certyfikację i coraz więcej sklepów z ladami może się pochwalić certyfikatem MSC. Wtedy nacisk, poza oczywiście zakupem certyfikowanego surowca, jest położony na segregację ryb nie- i certyfikowanych, oraz odpowiednie przeszkolenie pracowników. Musi być jasno oznaczone, np. na lodówce albo na cenówce, że dany gatunek jest certyfikowany i pochodzi ze zrównoważonych połowów. To samo tyczy się restauracji, hoteli, linii lotniczych i innych miejsc, gdzie możemy kupić ryby lub dania z rybą. 

Sklepy rybne jako takie są wciąż wyzwaniem w Polsce. Obecnie bardzo intensywnie pracujemy z większymi sklepami i zachęcamy je do certyfikacji, by mogły w jasny sposób komunikować konsumentom, które ryby pochodzą ze zrównoważonych połowów. Większy problem stanowią małe, lokalne sklepy rybne, bazujące na rybach z Bałtyku, który w największym stopniu jest przełowiony. Ta sytuacja zniechęca je do certyfikowania się, w obawie, że potem i tak nie będą w stanie zaoferować certyfikowanego surowca. Jednakże powoli się to zmienia i mamy nadzieję, że certyfikowanych sklepów będzie więcej.

Jakie decyzje podejmować, by jeść smacznie, ale też ekologicznie?

Zapraszamy na naszą stronę www.msc.org, a zwłaszcza do działu "Święta z MSC". Tam tłumaczymy, jak wybierać. Oczywiście najprościej jest zapamiętać znaczek niebieskiej rybki z napisem "MSC". Jak mówiłam, certyfikowanych gatunków jest bardzo wiele. Jedne sklepy mają jedną ofertę, inne drugą. Jest z czego wybierać. Szczególnie polecamy Lidl, ALDI czy Kaufland, tam wybór jest naprawdę spory. Tak jak wspominałam, certyfikat MSC znajdziemy tylko na dzikich rybach. Jeśli zależy nam na dobrym dla środowiska zakupie ryb hodowlanych, warto szukać produktów z certyfikatem ASC (zielona rybka) lub bio – z takimi znakami możemy kupić np. popularnego na Święta karpia. Oba te certyfikaty mówią o tym, że ryby pochodzą z odpowiedzialnej hodowli. Różnica polega na tym, że "bio" to certyfikat unijny, a ASC - globalny. 

Czy są gatunki ryb, których w ogóle powinniśmy unikać, chcąc zachować się odpowiedzialnie i ekologicznie?

Tak. Dziki łosoś bałtycki; dorsz bałtycki, który teoretycznie jest objęty zakazem połowów, ale wciąż potrafi trafiać do mniej kontrolowanych sklepów; węgorz, od wielu lat zagrożony gatunek, którego nie powinniśmy spożywać. 

A jak jest ze śledziem? Z tego, co Pani mówiła, nie wszystkie są "bezpieczne" z ekologicznego punktu widzenia.

W chwili obecnej to bardzo trudny temat. Do Polski trafiają śledzie z trzech źródeł: z Morza Bałtyckiego, gdzie śledzia jest bardzo mało i powinniśmy unikać jego spożywania, z Morza Północnego, gdzie sytuacja jest stabilna, a połowy posiadają certyfikat MSC (produkty śledziowe z Morza Północnego są dostępne w Polsce), oraz z Północno-Wschodniego Atlantyku (tzw. śledź norweski), gdzie certyfikowane połowy tego gatunku niestety od trzech lat są "w zawieszeniu". Jak na razie biomasa śledzia na Płn.-Wsch. Atlantyku jest w miarę w dobrym stanie, ale ocena MSC nie patrzy tylko na obecną sytuację, a wybiega także w przyszłość, weryfikując, czy obecne praktyki połowowe oraz sposób zarządzania połowami gwarantują, że ryb tych nie zabraknie także w przyszłości. 

Certyfikat MSC dla połowów śledzia norweskiego został przyznany warunkowo. Kraje go poławiające, m.in. Norwegia, Islandia oraz państwa Unii Europejskiej były zobligowane do zawarcia międzynarodowego porozumienia w sprawie podziału kwot połowowych między poszczególnymi krajami i stworzenia wspólnego planu zarządzania. Brak skutecznego zarządzania zasobami – w szczególności porozumienia o podziale kwot zgodnie z doradztwem naukowym – doprowadziło do tego, że przez lata dochodziło do przekraczania kwot rekomendowanych przez naukowców. Niestety, kraje poławiające nie spełniły tego warunku w określonym czasie i ich certyfikat musiał zostać zawieszony. Dlatego też śledzie z tego stada poławiane po 2019 roku nie mają certyfikatu MSC. 

W tej chwili trwają działania lobbingowe, naciskające na te państwa, aby poprawiły system zarządzania tym ogromnym, żywiącym pół Europy stadem. Mamy nadzieję, że w przeciągu najbliższych 2-3 lat powstanie taki plan zarządzania śledziem norweskim i certyfikat będzie można przyznać ponownie. 

Wciąż można znaleźć puszkowane śledzie norweskie z certyfikatem - ta metoda pakowania pozwala nawet na 5-letnie terminy przydatności do spożycia, więc ryby złowione przed 2020 rokiem mogą wciąż mieć certyfikat MSC.

Wspomniała Pani zmiany klimatu. Dużo mówi się o wpływie jedzenia mięsa na globalne ocieplenie. Jak ma się to do spożywania ryb? Często wydaje się nam, że z punktu widzenia ekologii lepiej przestawić się na ryby. 

Jeśli tylko są to ryby ze zrównoważonych połowów, jest to bardzo dobre rozwiązanie. Wszystkie najnowsze dane – można je znaleźć na naszej stronie internetowej www.msc.org/pl/niebieska-zywnosc – pokazują, że dzikie ryby, poławiane w sposób zrównoważony, są najszybciej i najłatwiej dostępnym surowcem o niskim obciążeniu produkcją CO2. Sama jestem weganką jedzącą też ryby certyfikowane, ponieważ jest to zdecydowanie bardziej odpowiedzialny wybór, nawet w porównaniu z dietą stricte wegańską, pełną tofu, migdałów czy awokado, nie wspominając o diecie mięsnej. Jest to naturalna odpowiedź na wyzwania związane ze zmianą klimatu, zwłaszcza dla krajów nadmorskich.