Pochodzące z XVII wieku holenderskie stilleven znaczy „życie ciche/nieruchome” i miało zapewne obrazy tego gatunku odróżniać od dominujących w malarstwie przedstawień postaci ludzkich, malowanych najczęściej z wykorzystaniem żywych modeli. Stąd w dzisiejszym angielskim nurt ten nazywa się still life, natomiast my naszą nazwę wzięliśmy od Francuzów, którzy na określenie holenderskiej nowinki wprowadzili własny termin nature morte. Najbliżej prawdy znaleźli się bodaj Hiszpanie, którzy ukuli na martwą naturę nazwę bodegón, od bodega – „piwnica, spiżarnia” (no, taka przynajmniej, do której ktoś powstawiał też trochę poza kulinarnych sprzętów).

Gatunek ten rozwijał się jednak już na długo, nim w XVII-wiecznym Amsterdamie czy Paryżu zaczęto zastanawiać się, jak go nazwać. Tak naprawdę obsesja malowania przedmiotów ogarniała twórców w najprzeróżniejszych epokach i regionach geograficznych. Niektórzy dopatrują się jej pierwowzorów w malowidłach zdobiących grobowce faraonów. Ryby i owoce morza były jednym z najczęstszych motywów zdobiących wazy greckie, pojawiały się też regularnie na antycznych mozaikach, a niektóre freski zachowane w Pompejach i Herkulanum do złudzenia przypominają późniejsze o 16-17 stuleci obrazy niderlandzkich mistrzów tego gatunku, jak choćby „Koszyk z figami” w Villa Poppaea.

Ryby, kraby lub np. owoce w porcelanowych misach to regularny motyw w chińskim malarstwie tuszem, po który sięgali też XVII-XIX-wieczni japońscy artyści, wykorzystujący grawiurę i drzeworyt, w tym słynny Hokusai, twórca mangi.

Z miniatur na płótna

Nam martwa natura kojarzy się najbardziej z obrazami Caravaggia („Koszyk z owocami”), Pietera Aertsena („Stragan rzeźnika z ucieczką do Egiptu”) czy Joachima Beuckelaera („Rozpłatana świnia”). Jako pierwszy jednak w nowożytnym malarstwie nieożywione przedmioty zaczął portretować, na początku XVI wieku, Jacopo de’ Barbari, znany m.in. z obrazu „Martwa natura z kuropatwą i żelaznymi rękawiczkami”.

Wcześniej, w późnym średniowieczu, martwa natura stawała się niekiedy motywem miniatur umieszczanych na odwrotnej stronie ołtarzy, co wyrosło ponoć z figuratywnego przedstawiania przedmiotów o znaczeniu symbolicznym w ikonografii chrześcijańskiej.

Johannes van der Beeck (Torrentius), 'Martwa natura z?wędzidłem' (1614).Johannes van der Beeck (Torrentius), 'Martwa natura z?wędzidłem' (1614). wikimedia commons

Nurt martwej natury w malarstwie najsilniej rozkwitł w Niderlandach doby renesansu. Holandia była wtedy krajem przodującym w ekspansji zamorskiej, nic dziwnego zatem, że to tu przede wszystkim zaczęły się pojawiać – tak na obrazach, jak wcześniej na stołach bogatych mieszczan – wszelkie kulinarne nowinki z dalekich stron, np. cytrusy. Niderlandy, obok Włoch, przodowały w tej tematyce również w czasach baroku, kiedy to martwa natura znalazła się w wielkim stopniu pod wpływem tematyki eschatologicznej (związanej z życiem pośmiertnym, vanitas, memento mori), nam kojarzącej się z katolicyzmem, ale nieobcej też myśli protestanckiej.

Jak czytać martwą naturę

Każdy gatunek lub nurt sztuki ma swoją mniej lub bardziej ukrytą symbolikę, martwa natura nie jest tu wyjątkiem. Sekretne odniesienia przedstawianych na niderlandzkich obrazach przedmiotów wydają się zbitkiem wartości protestanckich – pochwała uczciwego, bogobojnego życia, także przedsiębiorczości i bogactwa, choć bez ostentacyjnego luksusu – i katolickiego lęku przed wszelką, lecz przede wszystkim cielesną grzesznością.

Willem Kalf, 'Martwa natura z chińską wazą i nautilusem' (1662)Willem Kalf, 'Martwa natura z chińską wazą i nautilusem' (1662) museothyssen.org

I tak np. uważa się, że występujące na obrazach owoce, zwłaszcza te więdnące i nadpsute, są symbolem marności rzeczy doczesnych, które szybko przemijają. Owoce egzotyczne, takie jak cytrusy, wskazywały na bogactwo domowników, ale też ostrzegały przed przesadnym luksusem, prowadzącym do chciwości, zawiści, a ostatecznie i grzechów przeciwko siódmemu przykazaniu. Klasyfikacji tej wymykała się jedynie cytryna, której ze względu na kwaśny smak nie jedzono łapczywie, stała się zatem symbolem umiarkowania. Wierzono ponadto, że sok z cytryny zabija trucizny wchłaniane wraz z innymi produktami, odgrywała więc w gospodarstwie domowym rolę jak najbardziej pozytywną. Trzeba przyznać, że cytryna pojawia się u malarzy martwej natury niezwykle często – ukazana niekiedy bardzo realistycznie, np. z odkrojoną spiralą skórki, odsłaniającą jędrny miąższ, jak w „Martwej naturze z nautilusem” Willema Kalfa (obraz powyżej).

Owoce symbolizowały również płodność, na którą Kościół, tak katolicki jak i kalwiński, patrzył ambiwalentnie: w stadle małżeńskim uchodziła za cnotę, poza nim kojarzyła się z rozwiązłością. Za szczególnie „grzeszne” uchodziły, oprócz wymienionych wcześniej cytrusów, gruszka, brzoskwinia, figa, pomidor, winogrona, śliwka, wiśnia i oczywiście jabłko (jako owoc, którym biblijny wąż sprowadził na drogę grzechu pierwszych ludzi). Właściwie sensowniej byłoby zapytać, czy w ogóle istniały owoce, które można było jeść bezgrzesznie?

Grzeszne konotacje miały również cukier i słodycze; niewątpliwie przez ich wysoką cenę – przed XIX wiekiem cukiernica na stole była znakiem przynależności do warstw bogatszych. Kościół piętnował użycie cukru jako przejaw zbytku i marnotrawstwa. Ambiwalentne notowania moralne miały sery, których winą było to, że tak szybko się psują; kojarzyły się zatem z zepsuciem, ale z drugiej strony z przemijaniem, nastrajając ducha do medytacji nad lichością życia.

Dziczyzna, tak chętnie prezentowana na płótnach w postaci upolowanych zwierząt, miała przywoływać na myśl śmierć i doczesność życia człowieczego. Wyjątkiem były tu zając i królik, których łagodność i bezbronność kojarzono z cichym, bogobojnym życiem oraz wiarą w powtórne nadejście Chrystusa. Z osobą Zbawiciela w sposób oczywisty kojarzyły się też ryby, chleb i wino, sól (niezbędna do życia tak jak łaska wiary), jajko (symbol zmartwychwstania), a także strączki i kwiaty grochu, mające – choć nie do końca wiadomo, dlaczego – symbolizować dziewicze poczęcie Jezusa przez Maryję.

Symbolicznie interpretowano nie tylko obecne na płótnach produkty, ale także zastawę kuchenną. Tak zatem drogie, dekorowane naczynia (szklane kielichy czy kute z metali puchary) miały ostrzegać przed grzesznym luksusem. Kruchość wszelkich dóbr doczesnych w obliczu śmierci podkreślały szklane i porcelanowe, naczynia rozbite. Puste naczynia, stojące obok pełnych, symbolizowały śmierć. Na krótkotrwały charakter bogactwa wskazywać natomiast miały błyszczące, wypolerowane na błysk kielichy, dzbanki czy inne sprzęty kuchenne, jak na „Martwej naturze z wędzidłem” Johannesa Torrentiusa, o której rozpisywał się Zbigniew Herbert.

Noże, jako narzędzie mogące służyć nie tylko do jedzenia, ale też do zabijania, miały się kojarzyć ze śmiercią. Z drugiej strony ich falliczny kształt symbolizował męską seksualność. (Z kolei wszelkie naczynia, zwłaszcza te do przechowywania płynów, wiązano z pierwiastkiem kobiecym, a zarazem grzechem pierworodnym.) Widelec natomiast Kościół długo uważał za narzędzie szatana, odrywające człowieka od spożywania posiłków po bożemu, czyli palcami. Jedyną pozytywną konotację wnosiły biel porcelany i przezroczystość szkła, jako symbole czystego moralnie, cnotliwego życia. Z drugiej strony tak porcelana, jak i rżnięte szkło były towarami niezwykle drogimi, a zatem kojarzonymi z prowadzącym do grzechu luksusem. Najgorsze „moralne” notowania miały kielichy, dzbany, kufle i wszelkie naczynia na alkohol – wiadomo, że opilstwo prowadzi do lekkomyślności i niemoralnych zachowań. Ale i tu pojawia się niezwykle istotny wyjątek – kielich jako symbol Ostatniej Wieczerzy.

Oddzielną parę symboliczną stanowiły, dość często występujące na obrazach, moździerz i tłuczek, w sposób oczywisty kojarzone z kobiecymi i męskimi narządami płciowymi.

Vincent van Gogh, 'Martwa natura z kapustą i drewniakami' (1881).Vincent van Gogh, 'Martwa natura z kapustą i drewniakami' (1881). wikimedia commons

Nie tylko van Gogh

W wieku XVIII na punkcie martwej natury oszalał Paryż, i to Francja stała się głównym ośrodkiem tego nurtu. Zarazem gatunek ten wracał do „klasycznej” postaci, odchodząc od medytacji nad marnością doczesnego życia na rzecz tematyki „czysto spiżarnianej” i kompozycji kwiatowych. Te ostatnie cieszyły się potem szczególnym wzięciem u malarzy XIX wieku, w tym Vincenta van Gogha – warto pamiętać, że poza drugą serią słoneczników (te w wazonach) namalował on szereg innych martwych natur, w tym swój pierwszy obraz – „Martwa natura z kapustą i drewniakami”.

Z innych wielkich ówczesnych czcicieli martwej natury należałoby wymienić Paula Gauguina, z jego „Szynką”, oraz Édouarda Maneta, twórcę wielu obrazów tego gatunku, w tym „Martwej natury z łososiem”.

Paul Gauguin, 'Szynka' (1889)Paul Gauguin, 'Szynka' (1889) wikimedia commons

Wiek XX – wielki powrót martwej natury

Czasem wielkiego triumfu martwej natury okazał się wiek XX, kiedy to portretowanie przedmiotów stało w kręgu zainteresowań twórców wszystkich liczących się nurtów sztuki. By wymienić choćby takich mistrzów jak Pablo Picasso, twórca m.in. „Martwej natury z głową jagnięcia”, Salvador Dali i jego „Telefon-homar”, czy Georges Braque ze swą „Martwą naturą z butelkami i kielichami”.

Salvador Dali, 'Telefon-homar' (1936).Salvador Dali, 'Telefon-homar' (1936). tate.org

Współczesnym malarzem, który szczególnie zasłynął z martwych natur, był Giorgio Morandi, autor m.in. obrazu „Natura morta”. Wreszcie czymże, jeśli nie martwą naturą, jest największe dzieło twórcy pop-artu, Andy’ego Warhola – serigrafia przedstawiająca puszki z zupami firmy Campbell? Wynalazek włoskich i niderlandzkich mistrzów święci triumfy i dziś, przypominając nam, jak istotny jest szczegół. Także w spiżarni i kuchni.