Jedni twierdzą, że to, co dziś nazywamy fast foodem, zaczęło się 7 lipca 1912 roku, wraz z otwarciem przez Josepha Horna i Franka Hardarta restauracji (o ile tego słowa można tu użyć) Automat na Broadwayu, oferującej klientom gotowe zestawy lunchowe i desery w przeszklonych szafkach, które otwierały się po wrzuceniu monety. Inni uważają nowojorski eksperyment Horna i Hardarta jedynie za początek automatów z jedzeniem i piciem, natomiast historię fast foodu liczą od otwarcia w 1919 r. kalifornijskiej sieci samoobsługowej A&W, nawet jeśli ta przez pierwsze lata zajmowała się głównie sprzedażą piwa korzennego (root beer), a jedzenie było tam niejako dodatkiem.

Pierwszą prawdziwą hamburgerownię, White Castle, założyli William Ingram i Walter Anderson w Wichita w stanie Kansas w 1921 r., po czym pomysł ten zaczęto kopiować w innych miastach. Niewielkie kwadratowe hamburgerki sprzedawano po pięć centów i cena ta utrzymała się do lat czterdziestych ubiegłego wieku, czyli do czasu, kiedy w San Bernardino w Kaliforni restaurację sprzedającą początkowo mięsiwo z grilla prowadzili już bracia Richard i Maurice McDonaldowie (pierwsza jej nazwa to McDonald's Bar-B-Q).

Hamburgerownia w Teksasie (1939 r.)Hamburgerownia w Teksasie (1939 r.) fot. archiwum

Na zdjęciu powyżej: Hamburgerownia w Teksasie (1939 r.) 

Proces grillowania był jednak powolny, a McDonaldowie za punkt honoru postawili sobie maksymalne skrócenie czasu oczekiwania dla klientów.Przerzucili się zatem z grillowania na smażenie, a z barbecue na hamburgery i cheeseburgery, podawane na sposób podpatrzony w White Castle. W 1948 r. w przygotowywaniu hamburgerów przyjęto tzw. Speedy Service System (system obsługi pospiesznej), prawdopodobnie skopiowany z idei linii montażowej wdrożonej w fabrykach samochodów Henry'ego Forda.

Farmer jedzący hamburgera podczas konkursu łuskania kukurydzy (Iowa, Stany Zjednoczone, 1939 r.)Farmer jedzący hamburgera podczas konkursu łuskania kukurydzy (Iowa, Stany Zjednoczone, 1939 r.) fot. archiwum

Na zdjęciu powyżej: Farmer jedzący hamburgera podczas konkursu łuskania kukurydzy (Iowa, Stany Zjednoczone, 1939 r.) 

W 1949 r. w menu McDonaldów pojawiły się nieodmiennie kojarzone dziś z tą firmą - i ogólnie hamburgerami - frytki oraz koktajle mleczne. Od tego momentu zarówno menu, metoda produkcji hamburgerów, jak i obsługa klienta w San Bernardino z grubsza przypominały już to, z czym dziś mamy do czynienia w placówkach największej fastfoodowej sieci świata. O sieci można jednak mówić dopiero od 1955 r., kiedy to McDonaldowie - wsparci przez nowego wspólnika i wizjonera Raya Kroca - zaczęli otwierać kolejne restauracje prowadzone na zasadzie franczyzy. Nieco wcześniej, w 1953 r., w logo firmy pojawił się charakterystyczny złocisty łuk, choć kształt litery M przybrał on dopiero 15 lat później. W 1961 r. otwarto pierwszy lokal McDonald's działający w popularnym dziś systemie drive-through; dziesięć lat później lokale ze złocistym M zaczęły serwować menu śniadaniowe.

Stołówka na kółkach

Jeszcze wcześniejsze początki mają uznawane za podtyp fast foodu i przeżywające dziś drugą młodość food trucki, wywodzące się ostatecznie z wojskowej kuchni polowej. Od lat 60. XIX w. konne wozy wypełnione jedzeniem na sprzedaż ustawiano na trasach osadników ciągnących na amerykański Dziki Zachód.

W 1872 r. niejaki Walter Scott wpadł na pomysł, że idea ta sprawdzi się również w mieście - wóz oferujący ciepłe kanapki, paszteciki i kawę ustawił przed redakcją lokalnej gazety w Providence w stanie Rhode Island, słusznie przewidując, że zabiegani dziennikarze kupią pomysł błyskawicznego lunchu oferowanego pod ich miejscem pracy, w dodatku taniej niż w jakimkolwiek lokalu ze stolikami. Dziesięć lat później wozy lunchowe były już w Ameryce na tyle popularne, że zaczęto przemysłowo produkować ich modele przeznaczone wyłącznie do serwowania jedzenia, wyposażone w obieg wodny, lodówki i oczywiście płyty kuchenne. Co ciekawe, zyskały sobie one zwolenników nie tyle wśród pracowników biur (tych częściej było stać na lunch w restauracji), ile przede wszystkim u klasy robotniczej - zaparkowane wozy z dymiącymi kociołkami stały się częstym widokiem w dzielnicach przemysłowych.

Chłopiec sprzedający fistaszki (Delaware, Stany Zjednoczone, 1910 r.)Chłopiec sprzedający fistaszki (Delaware, Stany Zjednoczone, 1910 r.) fot. archiwum

Na zdjęciu powyżej: Chłopiec sprzedający fistaszki (Delaware, Stany Zjednoczone, 1910 r.)

Bierz i jedz (gdzie indziej)

Prawdziwym Matuzalemem w świecie fast foodu są jednak knajpki oferujące dania na wynos, w anglosaskim świecie znane jako take-aways, take-outs lub carry-outs. Przy odkopywaniu Pompejów natrafiono na wielką liczbę maleńkich, otwartych na ulicę barów-sklepów, zwanych przez Rzymian z grecka thermopolia (sprzedaż na gorąco). Zagęszczenie tych lokalików - doliczono się dwustu na 11-12 tys. mieszkańców Pompejów w chwili wybuchu Wezuwiusza - zdumiało archeologów.

Wytłumaczenie zjawiska przyniosło inne nieoczekiwane odkrycie: w wielu biedniejszych domach miasteczka nie było palenisk. Stąd wniosek, że wielka liczba mieszkańców kupowała ciepłe posiłki w tamtejszych take-away'ach, po czym przynosiła je do domu i tu (o ile nie od razu, na ulicy) konsumowała. Nie ma powodu, by uważać, że Pompeje były pod tym względem wyjątkowe: niemal na pewno jedzono tak w większości miast i miasteczek Imperium Rzymskiego, w tym w niemal dwumilionowym Rzymie.

Gorzej z wiedzą na temat tego, co w takich miejscach pichcono - popiół wulkaniczny nie oszczędził części mineralnych. Wiemy jedynie, że za Nerona zakazano podawania w thermopoliach potraw mięsnych (pozostały warzywa i podpłomyki), a Wespazjan ograniczył listę warzyw do bobu, grochu i ciecierzycy. Nie znamy przyczyny tych zakazów.

Europejscy podróżnicy, którym w XIV-XV w. dane było zobaczyć Kair, donosili o tamtejszych rodzinnych piknikach miejskich: na ulicy rozkładano płachtę materiału, na którym siadano, racząc się zakupioną w pobliskim kramie baraniną na gorąco (kebab?) z plackami i ryżem. W kraju Azteków od sprzedawców ulicznych kupowano gotowe tamales: zawijane w liść kukurydzy (długo utrzymujący ciepło) ciasto z mąki kukurydzianej, nadziewane farszem z indyka, królika, żaby, susła, rybami, jajami itd.; późniejszym hiszpańskim wtrętem był farsz z krowich serc.

Wszystko już było

Tak naprawdę amerykańskie wynalazki fastfoodowe z XIX i pierwszej połowy XX wieku zinstytucjonalizowały jedynie trend istniejący od niepamiętnych czasów w większości kultur świata. Wszędzie bowiem, gdzie istniały bazary, targowiska i miejsca tłumnego zbierania się ludności, stawiano też kramy, wozy i lady z zimnym, a często i gorącym tanim jedzeniem.

Każdego z odwiedzających kraje Bliskiego Wschodu (czy wręcz całej Azji) uderza wszechobecność gastronomii ulicznej, by wspomnieć choćby tureckie stoliki-kuchenki (mangal) i podawane z nich szaszłyki. Nie inaczej było niegdyś w Europie, o czym zaświadcza Peter Ackroyd w książce "Londyn. Biografia", przedstawiając wizję spieszącego się londyńczyka, który na straganie u kucharza kupuje pieczonego skowronka albo drozda i zjada po drodze, a przed wyrzuceniem kosteczek używa ich jako wykałaczek. Tenże autor o klientach XIX-wiecznych londyńskich take-away'ów pisze: "Czy kupowali smażone ryby pakowane w papier śniadaniowy [jak dzisiejsze fish and chips, choć pewnie bez groszku i sosu tatarskiego - J.U.], czy gotowaną kiełbasę w bawełnianych woreczkach, ubożsi mieszczanie mieli zwyczaj "jeść na kamieniach"... Co krok można było napotkać budkę z pieczonymi ziemniakami, a także cukiernie z leguminą czy puddingiem ze śliwkami... Z tymi ciepłymi przekąskami konkurowały sandwicze, uznane przez Charlesa Dickensa za jedną z naszych najlepszych instytucji".

Niekiedy przybytki takie stają się stałym punktem w pejzażu miejskim, jak amsterdamski Stubbe's Haring (koło dworca kolejowego) z kanapkami ze świeżym śledziem, czy barek U miejscowego szejka w egipskim Dahabie, z hamburgerami z trzech rodzajów podrobów (nerki, wątróbka, serca), albo okienko na rogu staromiejskiego rynku w Warszawie, gdzie od 30 lat podaje się bułki hotdogowe z farszem pieczarkowym. Lokalny fastfoodowy specyfik może nawet stać się elementem "gastronomicznej tożsamości" miasta, jak wpisany na listę chronionych produktów Unii Europejskiej szczeciński pasztecik czy florenckie lampredotti, czyli odsączone flaki wołowe podawane w hamburgerowej bule.

Nepalski fast food (2007 r.)Nepalski fast food (2007 r.) fot. archiwum

Na zdjęciu powyżej: Nepalski fast food (2007 r.) 

W Nowym Jorku i Bostonie na przełomie XIX i XX wieku jednym z najpopularniejszych fast foodów biedoty były sprzedawane na ulicach... ostrygi i homary, uważane przez szanujących się obywateli za obrzydlistwo. Plebejski, iście fastfoodowy rodowód ma japońskie sushi i nadwołżański kawior.

Jedzenie biedoty - małże i ostrygi w Nowym Jorku (1910 r.)Jedzenie biedoty - małże i ostrygi w Nowym Jorku (1910 r.) fot. archiwum

Na zdjęciu powyżej: Jedzenie biedoty - małże i ostrygi w Nowym Jorku (1910 r.)

Polski akcent

Amerykanie zapędzili gastronomicznego ducha z targowisk i przydrożnych bud pod miejski dach, tworząc lokalne, a ostatecznie globalne sieci, oferujące hamburgery, sandwicze, pizzę czy co tam jeszcze. Nie byli jednak jedynymi, a być może nawet nie pierwszymi, którzy wpadli na pomysł zinstytucjonalizowanej sprzedaży taniego, szybkiego jedzenia. Rękawicę w walce o palmę pierwszeństwa rzucić mogą im... polskie bary mleczne. Ten doskonale znany starszym z nas, odchodzący dziś z wolna do lamusa - choć niejednemu łza się w oku kręci! - przybytek kojarzymy nieodmiennie z epoką PRL-u. Bary mleczne jednak istniały w Polsce już wcześniej.

Pierwszy lokal tego typu otworzył w 1896 w Warszawie ziemianin Stanisław Dłużewski, wykorzystując panującą wśród ówczesnej inteligencji modę na potrawy jarskie. W Mleczarni Nadświdrzańskiej na Nowym Świecie oferowano dania przyrządzane na bazie mleka, jajek i mąki. Bar okazał się przedsięwzięciem dochodowym i wkrótce podobne lokale zaczęły powstawać gdzie indziej w Kongresówce, a od 1918 r. w całej II Rzeczypospolitej.

fot. archiwum

Na zdjęciu powyżej: Bar Familijny na Nowym Świecie w Warszawie (1972 r.)

Kryzys lat dwudziestych jedynie zwiększył popularność barów mlecznych w konkurencji ze zdecydowanie droższymi restauracjami "mięsnymi". Choć rzeczywiście największą popularność ten gatunek gastronomii przeżywał pod szyldem Spółdzielni Spożywców "Społem" za PRL-u, gdzie do menu dodano proste dania mięsne. W latach pięćdziesiątych w niektórych barach mlecznych podawano piwo. Co ciekawe, bary mleczne to chyba ostatnie dziś już placówki handlowe, gdzie ceny podaje się - przynajmniej niekiedy - z dokładnością do jednego grosza.

Bar Familijny na Nowym Świecie w Warszawie (1972 r.)Bar Familijny na Nowym Świecie w Warszawie (1972 r.) fot. archiwum

 Na zdjęciu powyżej: Bar Familijny na Nowym Świecie w Warszawie (1972 r.)

Kulturowe granice ekspansji

Globalne sieci fastfoodowe są bardzo przywiązane do swojej renomy i marki i tam, gdzie mogą, próbują zakazać podszywania się pod nie lokalnej konkurencji. Ale i tu niekiedy trafia kosa na kamień.

McDonald's tępiący wszelkie lokaliki, które śmią używać w nazwie Mc albo Mac, w 1996 r. przegrał w Danii proces, jaki wytoczył Allanowi Pedersonowi, sprzedającemu hot dogi w budce pod szyldem MacAllan's. Pedersen wykazał przed sędziami, że swój biznes nazwał od ulubionej szkockiej whisky, Macallan, skontaktowawszy się z produkującą ją gorzelnią i otrzymawszy jej zgodę.

Jeszcze gorszy przypadek trafił się mniejszemu bratu i konkurentowi McDonald's, Burger Kingowi, który jako taki nie mógł zaistnieć w Australii, bo wcześniej zarejestrował się pod tą nazwą lokalny take-away w Adelajdzie. Burger King przyjął zatem na australijskiej ziemi nazwę Hungry Jack's, wpisaną w tradycyjne logo sieci.

W Izraelu koncerny fastfoodowe i ich miejscowy konkurent, Burger Ranch, serwują głównie produkty koszerne. W Indiach tak McDonald's, jak i Burger King musiały - choć trudno to sobie wyobrazić - zrezygnować z wołowiny, co poskutkowało dużą ilością burgerów wegetariańskich czy np. baranim whopperem.