monika jankowska-kapica: Projekty związane z jedzeniem tworzy Pani od lat 90. Wcześniej zajmowała się Pani psychologią żywienia, historią hiszpańskich kulinariów

i profesjonalnym testowaniem oliwy. Jak trafiła Pani do świata food artu?

Alicia R~os: Byłam też szefową dwóch założonych przez siebie restauracji w Madrycie - La Biotika i The Seven Gardens - we wczesnych latach 80. Doświadczenie zawodowe w połączeniu z akademicką przeszłością zaowocowały kontaktami z naukowcami z uniwersytetów w Nancy i w Paryżu. To oni zachęcili mnie do udziału w rozpoczynającym  w tamtych latach swoją działalność Oksfordzkim Sympozjum Żywności i Sztuki Kulinarnej [Oxford Symposium on Food and Cookery organizowane jest od 1981 roku - przyp. red.]. Dołączyłam do jego uczestników i od tamtej pory biorę udział w każdej edycji. Ale zamiast przygotowywać naukowe referaty, w pewnym momencie wymyśliłam sobie inną formułę, bardziej wymowną i bardziej odświętną - przygotowuję performance nawiązujące do tematu sympozjum. Kiedy zaczynałam, projekty artystyczne związane z żywnością były nowością. Dziennikarze opisywali mnie jako artystkę food artu, a moje performance wskazywali jako jego kanoniczne przykłady. Doznałam olśnienia - odkryłam swoją kreatywność i możliwość wyrażania siebie poprzez sztukę.

m.j.-k.: Jaka była ta pierwsza praca konceptualna z użyciem produktów spożywczych?

a.r.: Performance "Organoleptyczna dekonstrukcja w trzech częściach" (Organoleptic Deconstruction in Three Movements).

Przygotowałam go w 1993 r. na wspomniane

oksfordzkie sympozjum; wtedy było ono poświęcone badaniom tekstury oraz wyglądu i przypadkowych cech żywności ("Look & Feel: Studies in Texture, Appearance & Incidental Characteristics of Food"). W pierwszej części performance'u rozgniatałam w palcach na miazgę produkty w kolorze białym i różowym: truskawki, pianki marshmallows, bezy. Co jakiś czas moderator sesji spryskiwał mi palce bitą śmietaną w sprayu. Chciałam pokazać, jak wygląda proces przeżuwania, jednak postanowiłam wyrwać go z?normalnego kontekstu, używając nie zębów, języka i podniebienia, lecz palców, czyli większych, zewnętrznych narządów zmysłów. W ten sposób intymny akt stał się aktem publicznym. W drugiej części performance'u pokazałam kuszące i apetyczne zdjęcia żywności, którym towarzyszyły mocno nagłośnione odgłosy żucia i połykania. Na koniec położyłam się na przezroczystym materacu wypełnionym czipsami ziemniaczanymi. Przewracałam się po nim, "przeżuwając" je całym ciałem. Intencją tej pracy było uzewnętrznienie i zwizualizowanie procesów, jakie zachodzą w jamie ustnej. Chciałam też podkreślić zmysłową naturę przeżuwania.

m.j.-k.: Często powraca Pani do serii "Ograniczone menu (jadalny ogród)" [(A Temperate Menu (An Edible Garden)] oraz "Zjadanie miasta" (Eating the City), realizowanych nawet po kilka razy w różnych miejscach świata. Jaka jest idea tych projektów?

a.r.: Pierwszy zaprezentowałam w roku 1994 w Cardiff podczas konferencji "Performance, żywność i gotowanie" (Performance, Food and Cookery) zorganizowanej przez tamtejsze Centrum Badań Performance'u (Centre for Performance Research). Stworzyłam wówczas jadalną szklarnię z imitacjami różnych egzotycznych roślin. Do współudziału w spektaklu zaprosiłam publiczność - każdy mógł się przeobrazić w ogrodnika i zebrać sobie plony na własny lunch - "zerwać" wybraną jadalną imitację rośliny i ją zjeść. Później wracałam do tego projektu pięciokrotnie, za każdym razem przygotowując jakiś inny wariant i dostosowując go do miejsca oraz okoliczności prezentacji.

Z kolei seria "Eating the City" narodziła się w Melbourne w ramach programu kulturowego rozwoju społeczności. Kilkakrotnie grupa Ali & Cia tworzyła w dużych miastach jadalne obiekty na wielkie publiczne bankiety, na które zaproszeni byli wszyscy mieszkańcy. Na przykład na festiwalu "Eat London" w 2007 roku zbudowaliśmy ogromną jadalną makietę Londynu na Trafalgar Square.

Performance z tego cyklu robimy po to, by budować więzi między ludźmi i wspierać aktywność społeczną. Dlatego, tworząc swoje obiekty w centrach miast, zapraszamy członków lokalnych społeczności i organizacji. Pracując razem, dajemy z siebie więcej niż wtedy, gdy działamy indywidualnie. Jesteśmy bardziej efektywni i odkrywamy swoją kreatywność, która na co dzień bywa uśpiona. Osoby biorące udział w tych projektach mają możliwość wejścia w nową rolę, mogą poczuć się przez chwilę artystami. Są świadome tego, że stworzony wspólnie jadalny obiekt zaistnieje publicznie gdzieś w tkance miejskiej, że będzie o nim głośno w mediach. Gdy wspólnie gotujemy, często wykorzystują własne tradycje kulinarne, podrzucają swoje pomysły.

Obie serie opierają się zatem na tych samych regułach - instalacje są budowane i potem zjadane, a główną intencją jest zaangażowanie publiczności, która staje się częścią semiotycznej gry. Praca nad każdą realizacją wygląda podobnie, ale konkretna wizja, czyli jadalna

Alicia R ~os - Hiszpańska artystka konceptualna skupiająca się na projektach związanych z jedzeniem. Studiowała psychologię i filozofię. Jest współautorką kilku książek o historii hiszpańskich kulinariów, zajmuje się też profesjonalnym testowaniem oliwy. Od 1995 roku w grupie artystycznej Ali & Cia, założonej wspólnie z Barbarą Ortiz, tworzy instalacje z żywności, organizuje koncerty sensoryczne oraz performance, podczas których z produktów spożywczych buduje nową rzeczywistość. W czasie festiwali artystycznych w Europie, Ameryce i Australii Ali & Cia tworzyła jadalne szklarnie, biblioteki, całe miasta i wyspy.

Monika Jankowska-Kapica: Projekty związane z jedzeniem tworzy Pani od lat 90. Wcześniej zajmowała się Pani psychologią żywienia, historią hiszpańskich kulinariów i profesjonalnym testowaniem oliwy. Jak trafiła Pani do świata food artu?

Alicia R~os: Byłam też szefową dwóch założonych przez siebie restauracji w Madrycie - La Biotika i The Seven Gardens - we wczesnych latach 80. Doświadczenie zawodowe w połączeniu z akademicką przeszłością zaowocowały kontaktami z naukowcami z uniwersytetów w Nancy i w Paryżu. To oni zachęcili mnie do udziału w rozpoczynającym w tamtych latach swoją działalność Oksfordzkim Sympozjum Żywności i Sztuki Kulinarnej [Oxford Symposium on Food and Cookery organizowane jest od 1981 roku - przyp. red.].

Dołączyłam do jego uczestników i od tamtej pory biorę udział w każdej edycji. Ale zamiast przygotowywać naukowe referaty, w pewnym momencie wymyśliłam sobie inną formułę, bardziej wymowną i bardziej odświętną - przygotowuję performance nawiązujące do tematu sympozjum. Kiedy zaczynałam, projekty artystyczne związane z żywnością były nowością. Dziennikarze opisywali mnie jako artystkę food artu, a moje performance wskazywali jako jego kanoniczne przykłady. Doznałam olśnienia - odkryłam swoją kreatywność i możliwość wyrażania siebie poprzez sztukę.

M.J.-K.: Jaka była ta pierwsza praca konceptualna z użyciem produktów spożywczych?

A.R.: Performance "Organoleptyczna dekonstrukcja w trzech częściach" (Organoleptic Deconstruction in Three Movements). Przygotowałam go w 1993 r. na wspomniane oksfordzkie sympozjum; wtedy było ono poświęcone badaniom tekstury oraz wyglądu i przypadkowych cech żywności ("Look & Feel: Studies in Texture, Appearance & Incidental Characteristics of Food"). W pierwszej części performance'u rozgniatałam w palcach na miazgę produkty w kolorze białym i różowym: truskawki, pianki marshmallows, bezy. Co jakiś czas moderator sesji spryskiwał mi palce bitą śmietaną w sprayu.

Chciałam pokazać, jak wygląda proces przeżuwania, jednak postanowiłam wyrwać go z normalnego kontekstu, używając nie zębów, języka i podniebienia, lecz palców, czyli większych, zewnętrznych narządów zmysłów. W ten sposób intymny akt stał się aktem publicznym. W drugiej części performance'u pokazałam kuszące i apetyczne zdjęcia żywności, którym towarzyszyły mocno nagłośnione odgłosy żucia i połykania. Na koniec położyłam się na przezroczystym materacu wypełnionym czipsami ziemniaczanymi. Przewracałam się po nim, "przeżuwając" je całym ciałem. Intencją tej pracy było uzewnętrznienie i zwizualizowanie procesów, jakie zachodzą w jamie ustnej. Chciałam też podkreślić zmysłową naturę przeżuwania.

M.J.-K.: Często powraca Pani do serii "Ograniczone menu (jadalny ogród)" [(A Temperate Menu (An Edible Garden)] oraz "Zjadanie miasta" (Eating the City), realizowanych nawet po kilka razy w różnych miejscach świata. Jaka jest idea tych projektów?

A.R.: Pierwszy zaprezentowałam w roku 1994 w Cardiff podczas konferencji "Performance, żywność i gotowanie" (Performance, Food and Cookery) zorganizowanej przez tamtejsze Centrum Badań Performance'u (Centre for Performance Research). Stworzyłam wówczas jadalną szklarnię z imitacjami różnych egzotycznych roślin. Do współudziału w spektaklu zaprosiłam publiczność - każdy mógł się przeobrazić w ogrodnika i zebrać sobie plony na własny lunch - "zerwać" wybraną jadalną imitację rośliny i ją zjeść.

Później wracałam do tego projektu pięciokrotnie, za każdym razem przygotowując jakiś inny wariant i dostosowując go do miejsca oraz okoliczności prezentacji. Z kolei seria "Eating the City" narodziła się w Melbourne w ramach programu kulturowego rozwoju społeczności. Kilkakrotnie grupa Ali & Cia tworzyła w dużych miastach jadalne obiekty na wielkie publiczne bankiety, na które zaproszeni byli wszyscy mieszkańcy. Na przykład na festiwalu "Eat London" w 2007 roku zbudowaliśmy ogromną jadalną makietę Londynu na Trafalgar Square. Performance z tego cyklu robimy po to, by budować więzi między ludźmi i wspierać aktywność społeczną. Dlatego, tworząc swoje obiekty w centrach miast, zapraszamy członków lokalnych społeczności i organizacji. Pracując razem, dajemy z siebie więcej niż wtedy, gdy działamy indywidualnie. Jesteśmy bardziej efektywni i odkrywamy swoją kreatywność, która na co dzień bywa uśpiona.

Osoby biorące udział w tych projektach mają możliwość wejścia w nową rolę, mogą poczuć się przez chwilę artystami. Są świadome tego, że stworzony wspólnie jadalny obiekt zaistnieje publicznie gdzieś w tkance miejskiej, że będzie o nim głośno w mediach. Gdy wspólnie gotujemy, często wykorzystują własne tradycje kulinarne, podrzucają swoje pomysły.

Obie serie opierają się zatem na tych samych regułach - instalacje są budowane i potem zjadane, a główną intencją jest zaangażowanie publiczności, która staje się częścią semiotycznej gry. Praca nad każdą realizacją wygląda podobnie, ale konkretna wizja, czyli jadalna wspólnie gotujemy, często wykorzystują własne tradycje kulinarne, podrzucają swoje pomysły. Obie serie opierają się zatem na tych samych regułach - instalacje są budowane i potem zjadane, a główną intencją jest zaangażowanie publiczności, która staje się częścią semiotycznej gry. Praca nad każdą realizacją wygląda podobnie, ale konkretna wizja, czyli jadalna interpretacja danej rzeczywistości, jest dostosowana do charakteru imprezy. Ali & Cia to taka trochę ameba, elastyczna i zdolna do ujawniania się w różnych formach w zależności od potrzeb. Zmienia się jedynie kontekst.

Jadalna makieta Londynu stworzona w 2007 roku przez grupę Ali & Cia  w ramach projektu 'Eat London' zorganizowanego przez LIFT. Zdjęcie Tim Mitchell.Jadalna makieta Londynu stworzona w 2007 roku przez grupę Ali & Cia w ramach projektu 'Eat London' zorganizowanego przez LIFT. Zdjęcie Tim Mitchell. Jadalna makieta Londynu stworzona w 2007 roku przez grupę Ali & Cia w ramach projektu 'Eat London' zorganizowanego przez LIFT. Zdjęcie Tim Mitchell. Jadalna makieta Londynu stworzona w 2007 roku przez grupę Ali & Cia w ramach projektu "Eat London" zorganizowanego przez LIFT. Zdjęcie Tim Mitchell.

M.J.-K.: Jakich produktów używa Pani do swoich wizualizacji?

A.R.: Obowiązkowo, oczywiście, oliwy. Bez niej nie umiałabym nawet zacząć myśleć o projekcie. Lubię stosować oliwki, kapary, ryż, wypieki. Nasze "jadalne" projekty są pomyślane jako bankiety i tej konwencji staramy się trzymać: zawsze są więc przystawki, dwa dania główne i desery. Menu składa się zwykle z 75% składników pikantnych i 25% słodkich. Ważna jest ich symbolika. W przypadku cyklu "Eating the City" budynki różnych instytucji, takie jak stacje kolejowe, muzea, banki, tworzymy zwykle z pikantnych produktów, natomiast budowle bardziej ekstrawaganckie - pałace, luksusowe rezydencje, kościoły - są wykreowane ze słodkich składników.

Podczas burzy mózgów poświęconej opracowywaniu projektu nie ustalamy nigdy konkretnej listy składników, potraw i przepisów. O tym decydują już na miejscu zaproszone przez nas do udziału w wydarzeniu osoby, które wchodzą w rolę kucharzy, architektów, budowniczych. Pomysłów jest zawsze wiele - od dań i składników bardzo tradycyjnych po innowacyjne, pozbawione jakichkolwiek korzeni.

M.J.-K.: Przy okazji: czy zaskoczyły Panią jakieś polskie produkty?

A.R.: Dużą niespodzianką jest dla mnie to, że w Polsce tak żywa i powszechna jest tradycja robienia przetworów. To cudowne, że w wielu domach można skosztować tylu różnych marynat, dżemów, soków. Spodobały mi się też buraki i kasze, u nas w Hiszpanii niedostępne. Zaskoczył mnie spory wybór produktów mlecznych, w tym serów o różnym stopniu dojrzałości. Uwielbiam wasze wędzone kiełbasy i szynki, nalewki, piwa i wódki. Ale największy zachwyt wzbudził we mnie ogromny wybór autentycznego pieczywa - no wprost nie z tego świata. Nie wyobrażałam sobie na przykład, że można zrobić chleb bez śladu mąki, wyłącznie z ziaren.

M.J.-K.: Tworzy Pani nie tylko performance. "The Edible Hats Postcards" to seria pocztówek z portretami bohaterów w jadalnych kapeluszach. Jakie jest ich przesłanie?

A.R.: Ali &Cia wyprodukowała pocztówki w konkretnym celu - uruchomiliśmy archiwum fotografii kulinarnych, a pocztówki miały być naszą wizytówką: służyć do nawiązywania kontaktów i ułatwić wymianę zdjęć z innymi archiwami, kolekcjonerami czy muzeami.

Idea jadalnych kapeluszy była zaś taka: zamiast przenosić żywność w torbach, noś ją na sobie. Chodziło o surrealistyczną przemianę obiektu życia codziennego. Sam kapelusz to wyjątkowa część garderoby. Raz nas wyróżnia i dodaje pewności siebie. Innym razem - gdy jest elementem uniformu grupy - skrywa naszą indywidualność.

Bohaterowie portretów sami tworzyli swoje kapelusze podczas warsztatów: wybierali produkty i swobodnie je łączyli, biorąc pod uwagę ich kształt, kolor, teksturę i symbolikę. Pozowanie w samodzielnie zaprojektowanym nakryciu głowy uwalniało zabawne postawy, na przykład niektórym dodawało odwagi, by zachowywać się w mniej oficjalny, bardziej swobodny sposób. Proces tworzenia miał intuicyjny charakter i opierał się na kreatywności bohaterów, zatem te kapelusze można uznać za odzwierciedlenie ich osobowości.

M.J.-K.: W jaki sposób wykorzystuje Pani w swoich pracach akademicką i zawodową wiedzę na temat żywności?

A.R.: Dzięki tej wiedzy mam bezpośrednie, spersonalizowane podejście do składników. Ja się z nimi przyjaźnię, jesteśmy w zażyłych stosunkach. Wchodzimy w dialog, patrzymy na siebie. Czuję ich zmysłowość i symbolikę. Odkrywają przede mną swą przeszłość i tradycyjne zastosowanie, przydatność do nowatorskich rozwiązań i ukryte właściwości. Podpowiadają mi, jakich technik użyć, by ich walory zostały wydobyte w najbardziej efektywny sposób. Wysyłają mi sygnały kulturowe i wskazówki, jak mogę wykorzystać ich plastyczność, by wyrazić siebie.

M. J.-K.: Pojęcie food artu jest bardzo pojemne i często nadużywane. Jak Pani definiuje tę sztukę?

A.R.: Chciałabym odróżnić food art od eat artu. Eat art polega na wykorzystaniu żywności w tworzeniu prac, które później się wprawdzie zjada, ale które niosą za sobą różne znaczenia. To sztuka ulotna, która przetrwa tylko w umyśle i ciele jej konsumenta. Tym właśnie zajmuje się Ali & Cia.

Natomiast food art odnosi się do twórczości artystów zazwyczaj używających żywności jako budulca, ich prace mogą być jednak jadalne lub nie. Jest przecież wiele instalacji, zdjęć czy martwych natur wykorzystujących produkty żywnościowe i mówiących o jedzeniu, ale nienadających się do konsumpcji.

M.J.-K.: W jednym z wywiadów nazwała Pani siebie "krawcem wnętrza organizmu". Skąd takie określenie?

A.R.: Mój mąż, Francisco Garcia de Paredes, który był architektem, uważał, że ubranie to dom dla ciała. Ja, jako kucharka i projektantka menu, uważam siebie za krawca wnętrza organizmu.