T: Polej jeszcze. M : Tadziu, ja już naprawdę nie mogę. T: Ze mną się nie napijesz? M: Już dwa litry poszło; trochę mi słabo.

T: To dopiero połowa normy. M: Co za kraj! Ja wyjeżdżam do Kanady. T: Tam jest jeszcze większa norma. M: Większa niż dwa litry na głowę? Nie do wyobrażenia. Niech szlag to trafi. T: Nie klnij na dobre matki nasze, aniony i kationy.

M: Nie bierz mnie za wielbłąda, już nie dam rady. T: To nie ja cię biorę, to światowe organizacje zdrowia. Dwa litry wody dziennie, minimum, i będziesz zdrowszy. M: Zdrowo spędzę czas nad pisuarem. Zobacz, co to się porobiło. Kto pił wodę w dobrych czasach naszej młodości? Kto stawiał na stole karafkę z wodą albo całe butelki?

T: Francuzi i inni. U nas nie było zwyczaju. Kompocik, owszem. Weszliśmy do Europy, to pijmy jak ona. M: Aby pić jak ona, trzeba mieć dobrą wodę z kranu. Ufać zakładom jej oczyszczania. Niedawno ktoś zorganizował medialną akcję propagującą naszą wodę z kranu jako dobrą, lecz mało kto w to wierzy. Pić wodę z kranu u nas to dla naszej wyobraźni jak, nie wiem, jeść węża. Brrr. Tylko mineralka, nasza Polka mineralka może nas zbawić. Kiedy zmuszeni jesteśmy łyknąć kranówy, zauważyłeś, pijemy ostrożnie, ciut-ciut, najmniejszymi łyczkami, jakby sprawdzając, czy nie jest zatruta. Jeszcze dziesięć lat temu we Francji butelkowana woda mineralna w sklepach zajmowała jedną półkę, teraz to się nieco rozszerza, lecz w porównaniu z ofertą naszych sklepów to wciąż bida z nędzą. Jesteśmy prawdziwym cesarstwem wody mineralnej. Imperium niedarmowego H2O. W mineralkę wierzy cały świat, a my wierzymy najbardziej. A?propos tej światowej wiary w czystą, głębinową, niepokalaną wodę czy też a propos mody na nią. Jest taki prześmieszny rysunek Sempégo, wiesz, tego, co rysował przygody Mikołajka.

T: Poniżej Joyce'a nic mnie interesuje. M: Dlatego masz taką znudzoną twarz. Więc posłuchaj. Wnętrze restauracji, przy stoliku siedzi dostojna, starsza para, podchodzi kelner w muszce. Na tacy butelka wody mineralnej. Kelner dystyngowanym gestem na nią wskazuje i rzecze: "Spływając hardo i dziko po stromych zboczach Mont Gravillac, aby wedrzeć się po kilkunastu kilometrach w wapienne płaskowyże ery kredowej, woda ta nabiera tempa i przebija się skutecznie przez warstwy gliny przeplatane drobnym piaskiem u źródeł Malzacu; następnie wzmocniona spotkaniem z żelazistymi gresami rzuca się w dolinę Apremontu, w której wytraca swój pęd, zachowując przy tym całą swą mineralność".

T: Ha, ha. Tyle że klient francuskiej restauracji, jakiejkolwiek, od zwykłego bistro po trzy gwiazdki, zawsze może poprosić o karafkę kranówy, którą dostanie za darmo. A u nas wchodzisz do restauracji, prosisz o wodę, przynoszą, jeśli jesteś z kimś, dwie małe buteleczki i na starcie masz dwanaście złotych w plecy. Dwanaście złotych za tak zwaną mineralność. Popatrz, jak to słowo stało się modne. Wino, woda, wszystko mineralne. M: Mineralność to wierzchołek góry lodowej. W warszawskiej restauracji zamówiłem niedawno stek z tuńczyka i rioję oraz wodę. Zaproponowano mi wodę z islandzkiego lodowca, dobraną specjalnie do riojy przez hiszpańskich sommelierów. Cóż bardziej mineralnego niż islandzki lodowiec? I ja, sceptyk i kutwa, dałem się zbajerować, zamówiłem szklankę wody z tegoż lodowca, nie pytając o cenę!

T: Na szklanki ją sprzedawali? M: Żebyś wiedział! Kelner przyniósł wielką flaszkę, nalał mi szklaneczkę, a butelkę zabrał, pewnie do sejfu. I za tę szklaneczkę zapłaciłem osiemnaście złotych! Powininem ją spożywać złotą łyżeczką. T: Napij się kranówki z polskich gór, dwa złote za półtora litra, pomoże ci zapomnieć o tym blamażu. Mineralności nie ma w sobie za grosz, może dlatego jest tania. I dobra. Bo dla mnie woda wyraźnie mineralna jest bez sensu, jeśli nie przebywam na kuracji w Ciechocinku czy innym spa. Kupuję butelkowaną, bo ta z kranu, nawet w Wilanowie, jest niesmaczna.

M: Nawet w Wilanowie!? To oburzające! Trzeba powiadomić ONZ i fundację Billa Gatesa, a na wszelki wypadek - Watykan. T: Zacząłbym od sanepidu. Zamiast gnębić restauratorów, mogliby pognębić zarząd wodociągów. Duża firma, duży potencjał finansowy. Zresztą woda z kranu rzadko bywa dobra. W Madrycie, mówi mi hiszpańska przyjaciółka, jest świetna, lecz w Barcelonie - nie do picia. W Nowym Jorku i w Wiedniu - super. Ale w San Francisco była kiepska, więc wykupiłem abonament źródlanej.

M: Mieli osobne rury do źródlanej? Ech, ta Kalifornia! T: Nie, Mareczku, nie mieli, ale ty wypij jeszcze trochę, a dojdziesz do siebie. Wykupiłem abonament na dostawę wody w dużych baniakach, które umieszcza się na specjalnym cokole z wylewkami. M : Cokół z wylewkami? Nalej no jeszcze szklaneczkę T: Pij na zdrowie, kochany. Więc przyjeżdża ciężarówka z baniakami, kierowca wnosi wodę, instaluje ją na cokole i radzi, żeby gotować w niej warzywa, bo mają zupełnie inny smak. Inny, czyli lepszy, szlachetniejszy, dolarami wzbogacony. Mineralny.

M: A to miglanc! Próbowałeś? T: Marku, ja już wszystkiego próbowałem. Teraz twoja kolej. Przepraszam cię, muszę wyjść w sprawie służbowej. Zaraz wrócę. (Tadeusz wychodzi, Marek pije dalej. Po kwadransie Tadeusz wraca z dwoma talerzami). T: Porównaj smaki tych marchewek - jedne ugotowałem na parze z wody źródlanej, drugie na parze z kranówki. (Marek degustuje).

M: Obie są znakomite. Pyszne marcheweczki. Jakby cokolwiek mineralne. Skąd je masz? T: Z targu, od ogrodnika. Rolnika. Badylarza. Jak zwał, tak zwał. Ale powiedz, która lepsza? M : Nie czuję różnicy. T: Zachowaj to dla siebie - ja też nie. M: To co mam mówić publicznie? T: To samo, co myślisz prywatnie. W głębi duszy. M: To nie wypada! T: Więc wypada milczeć. Nawet o wodzie. M : Niepodobieństwo!

T: Więc gotuj w kranówce, ale gościom mów, że to źródlana. M: Mądrość godna Moliera! Dzięki ci, Miszczu! Ale tak na wszelki wypadek dzisiejszy obiad przyrządź na tej mineralce, trochę zostało, choć normę już przekroczyliśmy. Ha, czuję się świetnie. Co zatem mnie dziś czeka, pstrąg z wody? T: Otóż nie, dzisiaj obiad bez hadwao. Nie będę ci lał wody. Spływam do kuchni i wracam za 40 minut. A ty dokończ buteleczkę: za mamusię, za tatusia i za naszą cudną mineralność.

Młoda kapusta po indyjsku

Składniki

  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 2 łyżeczki czarnuszki
  • 10 suszonych listków  curry
  • cebule
  • trzycentymetrowy odcinek korzenia  imbiru
  • 1 łyżeczka kurkumy
  • 1 łyżeczka proszku  chilli
  • 1 młoda  kapusta
  • sól do smaku

Sposób przygotowania

Olej podgrzewamy na szerokiej patelni, dodajemy czarnuszkę, a kiedy nasiona zaczną pękać, dorzucamy listki curry. Mieszamy, dodajemy posiekaną cebulę, podsmażamy, mieszając, aż się zeszkli. Dodajemy posiekany imbir, kurkumę i chilli, potem poszatkowaną kapustę i sól. Mieszamy starannie, dodajemy kilka łyżek wody i dusimy na małym ogniu przez 10 minut, mieszając od czasu do czasu - kapusta ma być miękka, lecz jędrna.

Wino proponuje Marek Bieńczyk:

Jak słyszę: "trzycentymetrowy odcinek", to myślę od razu o autostradzie A1. To nie a propos, lecz i wino jest do tego dania, ze względu na ostre przyprawy, słabo a propos. Trzeba czegoś z dobrą kwasowością. Dr Riesling zawsze służy pomocą, lecz sięgnijmy może po butelkę z kraju, gdzie przypraw nie brakuje, do Gruzji zatem: za 30 zł Tbilisi 2013 z regionu Kachetii (producent: Tbilvino).

Autor

Tadeusz Pióro

Tamaryndowe skrzydełka

Składniki

  • 1 kg  kurzych skrzydełek
  • sól i pieprz
  • 6-8 łyżek oliwy
  • 4 ząbki czosnku
  • 3 łyżki pasty tamaryndowej
  • 3-4 łyżki octu z czerwonego  wina

Sposób przygotowania

Skrzydełka nacieramy solą i pieprzem. Na patelni podgrzewamy oliwę, dodajemy drobno posiekany czosnek i podsmażamy na małym ogniu przez minutę, bacząc, by się nie zrumienił. Dodajemy pastę tamaryndową i ocet, mieszamy bardzo skrupulatnie, żeby pasta zupełnie się rozpuściła. Zalewamy tą bejcą skrzydełka, mieszamy i odstawiamy pod przykryciem do lodówki na dobę. Skrzydełka pieczemy w temperaturze 200°C przez 40 minut, aż skórka będzie rumiana i chrupka. Od czasu do czasu smarujemy je bejcą i przewracamy z boku na bok. Można podawać na gorąco w domu albo na zimno na pikniku.

Wino proponuje Marek Bieńczyk:

Zostańmy przy Gruzji, za 60 zł Shavkapito 2012, region Kartlii, producent Château Mukhrani. Wybaczmy producentowi ?château? w nazwie, reszta jest jak trzeba: wino dosyć lekkie, ale na tyle zadziorne i taniczne, by zmierzyć się z bejcą i kurczakiem.

Autor

Tadeusz Pióro

źródło: Okazje.info