Marek: Tadziu, kiedy zaczęła się brzoskwinia? Tadeusz: Po tym, jak lodowiec wycofał się na północ, w Europie zaś nastąpiła... M: Pytam o ciebie, nie o lodowiec. Choć w sumie na jedno wychodzi. Kiedy pojawiła się brzoskwinia w twoim życiu? T: Nie pamiętam. Ale powiedz, kiedy w twoim? Przecież dlatego pytasz. M: Moim zdaniem pojawiła się wraz z puszkami importowanymi za wczesnego Gierka. T: Wcześniej nie jadłeś, biedaku? Takiej wprost z drzewka? M: Być może, lecz ta zaważyła na mojej, przyznam, miłości do brzoskwini. T: Któż jej nie kocha? M: Ludzi zimni i mózgowi. T: A my, bogowie zmysłów, demony seksu... M: O seksie później. T: Ale dziś jeszcze? Przyrzekasz? M: Przyrzekam. No więc, w tej puszce wyglądały, skąpane w słodkim syropie, nieziemsko. I tak smakowały! Dlatego wybaczam brzoskwini puszkę. Większość innych zapuszkowanych owoców zmienia się w nieczułe i smutne odpadki po prawdziwym ich istnieniu, a konserwowe przeobrażenia brzoskwini można nawet lubić. Nawet w hotelach, gdzie podają na śniadanie wliczone w cenę noclegu te okropne soki pomarańczowe czy jabłkowe, powstałe na skutek jakichś monstrualnych rozcieńczeń i dosłodzin... T: Nie ma takiego słowa! M: Już jest. T: No, ciągnij... M: ...nawet w tychże hotelach sok brzoskwiniowy broni się. Można go pić, jest jakoś normalnie gęsty. Fajny jest. A co do zmysłowości i tych spraw, to nie da się przebić Flauberta: owej znamiennej sceny w sadzie, kiedy to Emma, domyślamy się, całuje się z kochankiem, a Flaubert opisuje szelest spadających na ziemię, dojrzałych - dojrzałych jak miłość - brzoskwiń. T: To nie jest szelest. M: No to plusk. T: Plusk to do wody. M: No to plask. T: Nie ma takiego słowa. M: Już jest. T: Flauberta da się przebić. Bohater słynnego wiersza Eliota sprzed stu lat, tchórz i fajtłapa nazwiskiem Prufrock, boi się jedzenia brzoskwiń w towarzystwie dam. Spożywanie ich, choćby nożem i widelcem, najwyraźniej jest dla niego czynnością tak erotyczną, że aż wstydliwą. Nie chodzi tylko o cieknący z nich sok, lecz nieuchronne skojarzenia z kształtem całego owocu. M: Piękna scena, ale to były inne czasy. Dziś izolujemy się, żeby spokojnie zjeść kilogram lodów i dwie tabliczki czekolady, ze wstydu, że żremy, nie myśląc o niebezpieczeństwach żarcia. Nikomu nie przyszłoby do głowy zamykanie się w sypialni z koszyczkiem brzoskwiń. Zastanawiam się, czy da się jeszcze utożsamić wstyd z owocem. T: Nawet tak kalorycznym jak banan? M: No tak. To, co człowiek zrobił bananowi, przechodzi ludzkie pojęcie. Był sobie spokojny owoc, rósł jak Pan Bóg przykazał, a tu nagle zaczęto go nachalnie usymboliczniać i trafił do najgorszych pornograficznych czy pornografizujących pisemek. Co więcej, trafił jako symbol, a nie jako pożywienie, do szkół w przodujących państwach, i dzieci skandynawskie uczą się na nim, jak zakładać prezerwatywę. Brzoskwinia jest na szczęście niedopowiedziana, delikatnie sugerująca i w tym sensie jest erotyczna. Przy pornograficznym bananie to uosobienie dyskretnego czaru zmysłów. T: Przestań się tak rozmarzać. Bo ci nektarynkę kupię. M: Dlaczego nektarynkę? T: Brzoskwinię zreformowaną. Oderotycznioną. Przyznasz przecież, że nektarynka to powab wieku balzakowskego, coś się w niej jeszcze wdzięczy, ale, jak mówią mędrcy, to już nie to. M: To już nie to. T: Genetyczny mariaż ze śliwką brzoskwinię odzmysłowił. Bo śliwka, przyznaj, jest może rubaszna i również lubi te rzeczy, lecz to wszystko jest bez klasy i rasy brzoskwini. M: Ech, chyba znowu się zakocham. T: W brzoskwini? M: W brzoskwini, w kimkolwiek. Piękna rozmowa, Tadziu, dziękuję. A jak lubisz jeść brzoskwinię? T: Na pewno nie po amerykańsku. M: To znaczy? T: Prosto z puszki i podawaną z ichnim twarożkiem jako dressing do sałaty lodowej, ogórków i papryki. M: Co proszę? T: Nic, nic, kolejna ciekawostka etnograficzna, życie codzienne staruszków za wielką wodą, tym ich tam karmią, rozumiesz, żeby mieli co wspominać. M: Brzoskwinia fantastycznie sprawdza się w koktajlu Bellini. Pieszcząco ubita na coulis i zalana szampanem. To jedno z moich ulubionych jej zastosowań. T: Nie wspominasz teraz? M: Nie, opowiadam na bieżąco. T: Skosztujmy zatem Belliniego, nie piłem tego dekadenckiego drinka od... nie powiem ilu lat. Ostatnim razem zdarzyło mi się to w Harry's Bar w Wenecji. (Następuje degustacja). T: No tak, wszystko się zgadza, młodość mieliśmy piękną i beztroską jak Bellini. Więc możemy już teraz przejść do seksu? M: Musimy. Zacznijmy od pytania, jak jesz brzoskwinie. T: To zależy, ile ich mam. Jeśli cały koszyk, to znajduję zacienione miejsce z przyjemnym widokiem i jem, nie obierając brzoskwiń ze skórki, jedną za drugą, oblizując się bezwstydnie. Wgryzam się w tę pachnącą poduszeczkę jak w jabłko, po paru gryzach wydłubuję pestkę, zjadam owoc do końca i wzdycham, zanim sięgnę po kolejny. Jeśli mam tylko jedną czy dwie, to strasznie się z nimi certolę. M: A od czego zależy, ile ich masz? Chyba tylko od ciebie, od twoich konsumenckich decyzji, za przeproszeniem? T: Owszem, kiedyś tak było. Owoce nie różniły się zbytnio, to znaczy, każda dojrzała brzoskwinia była pyszna. Dziś zaledwie trafiają się pyszne. Nie mówię o bazarach w Prowansji czy Apulii, tylko w Warszawie. Bo polskie brzoskwinie, jeśli lato jest dość ciepłe, bywają wspaniałe. Mają wówczas bukiet smaków i aromatów złożony i upojny jak wybitne tokajskie wina. Importowanych nie kupuję, z reguły są przemysłowe. Więc rozumiesz: nie mamy tu rogu obfitości. M: W rzeczy samej, warto zadzierzgnąć znajomość z sadownikiem. T: Zwłaszcza jak się jest demonem seksu, którego tylko kwintal brzoskwiń zaspokoi, a i to na krótko. Ja potrafię się cieszyć tym tuzinem czy dwoma, które uda mi się w letnie miesiące zdobyć. Starannie dozowana rozkosz ma większą intensywność niż ta orgiastyczna i rozpasana. M: Wytłumacz to kiedyś piwoszom. T: A ty wmów sadownikom, że nawet jeśli lato będzie paskudne, kupisz od nich każdą ilość nieudanego plonu. Hodowla brzoskwiń w naszym klimacie to śliska sprawa. M: Jak obrana brzoskwinia. T: Masz na myśli - obnażona? M: Mam na myśli obiad w towarzystwie brzoskwiń. T: To dobrze się składa, bo właśnie zapoznałem takie cztery, całkiem niczego sobie. Czekają na następnej stronie. M: Poczekaj, skoczę po winko.

Brzoskwinie w sosie malinowym

Brzoskwiniowy sos do mięs