Marek: Tadziu, słyszałeś o Dominiku Strauss-Kahnie, zwanym przez media "DSK"? Tadeusz: Słyszałem. M: Jakimś dziwnie głuchym tonem to mówisz. T: No, no - bez didaskaliów mi tutaj! W czym rzecz? M: Zobacz, co znalazłem we francuskim (poważnym) tygodniku: "W pierwszych godzinach po zatrzymaniu Dominique Strauss-Kahn poprosił o kanapkę i jajko sadzone. Fetując zwolnienie z aresztu domowego, zaordynował sobie w szykownej restauracji makaron z czarnymi truflami i wykwintne włoskie wino". T: Cóż, smacznego! Mógł wybrać gorzej.

M: Coś mnie wszak razi. Albo zastanawia. T: To może, iż nie jest pewne, czy do trufli wziął barolo. M: Nie, nie - podejrzewam, że na bank wziął coś z odmiany nebbiolo, czyli albo barolo, albo barberesco. Na pewno mu powiedzieli, że to jest klasyczne połączenie. Na pewno było jak trzeba. Zastanawia mnie raczej, dlaczego w pierwszy dzień wolności sięgnął po trufle. T: Bo to dobre. M: Moim zdaniem sięgnął po trufle, bo wie, że trufle są luksusowe. I że wypada jeść trufle w dzień triumfu. Choćby tymczasowego. Jest w tym jakaś sztampa i mnie się to nie podoba. T: Wszystko jest normalne. Nie masz nastroju, wsuwasz kanapkę, masz nastrój - trufle. M: Wolałbym, żeby zrobił na odwrót. Albo zamówił tagliatelle z prawdziwkami. Jakoś bardziej bym mu wierzył. A tu się pokazał jako wyjątkowo sztampowy, nieoryginalny gość. Choć może zbyt okrutny jestem dla kogoś, kto wyszedł z krótkiego, lekkiego, ale jednak - więzienia. T: No wiesz! Przecież za PRL-u opozycjonistów wypuszczano po ustawowych 48 godzinach tylko po to, żeby mogli się najeść, i zaraz po posiłku wsadzali na następne 48. I gdzie oni ten posiłek jedli? Najczęściej w barze mlecznym! A ty myślisz, że zbyt surowo trak-tujesz pławiącego się w luksusie DSK! Zresztą, mniejsza z nim. Porozmawiajmy o daniach celebracyjnych.

M: Czyli jakich? T: No, takich na święta. Świeckie i prywatne. Niekoniecznie na wyjście z więzienia, ale na rocznicę ślubu, przykładowo, albo na imieniny. M: Przychodzi mi na myśl warszawska legenda o szewczyku i złotej kaczce. Szewczyk urządził sobie prywatny jubel, bo dostał od czarownej kaczki sto talarów. Można powiedzieć, że świętował wygraną w totolotka. Więc poszedł do gospody, kazał sobie przynieść piwa, kiełbasy, bułek. A jak się do syta nażarł i nażłopał, okazało się, że ledwo pół talara to kosztowało. T: Pamiętam tę legendę z czytanki do piątej klasy. Morał z niej taki: na co ci, biedaku, pieniądze, skoro nie wiesz, jak je wydać? I jest to bardzo trafna myśl. Bywam na imieninach i rocznicach ślubu członków dalszej rodziny, ludzi żyjących dostatnio. I zawsze jest to samo: gotowe zestawy na grill z hipermarketu, sałatki lepsze i gorsze, dość do siebie podobne, oraz tort. Odstępstwa od tej normy nie są mile widziane przez pozostałych gości. M: Współczuję ci tej monotonii. To zrozumiałe, że w Wigilię jemy tradycyjny zestaw, że na Wielkanoc muszą być jajka i mazurki wszelkiej maści, ale w święto prywatne trzeba puścić wodze fantazji. Tymczasem ludzie mają swoje stałe, ulubione dania na jubel, powtarzane z roku na rok. Nie przeczę - ma to swój urok, urok rytuału. Pamiętam, jak się chodziło do cioci Wandy na sałatkę włoską, a do cioci Marysi na bigos, bo sałatka Wandy, serwowana w dzień jej imienin, i bigos Marysi, serwowany w dzień jej imienin, nie miały sobie równych. Właściwie podoba mi się takie kojarzenie ludzi z potrawami. Wiem, że Dorota to mus z gęsich wątróbek, że Krzyś to własnej roboty gnocchi... T: ...że ty to risotto. M: Owszem. T: I nic więcej.

M: Bo zawsze wpadasz w piątek. Zatem wiem to wszystko, ale wolę być zaskoczony i siebie zaskakiwać. Chyba dlatego te trufle Dominika Strauss-Kahna, ten sztampowy luksus, tak mnie zmierził. T: Więc co jadłeś w ostatnią rocznicę urodzin? M: Mielonkę wołową z zielonym groszkiem. Notabene też z puszki. T: Pełne zaskoczenie. M: Tadziu, na kajakach byłem w Estonii. W planie mieliśmy puszeczkę foie gras oraz drugą, z ozorkami w maderze, ale poszły na dno przy wywrotce. Za to dodałem naręcze nadrzecznej mięty. T: No dobrze, jesteś usprawiedliwiony. Chociaż foie gras przewidziane na urodziny... jednak banał. M: Nie w dzikim, estońskim lesie. Podane na liściach łopianu, w świetle zachodzącego słońca, wśród komarzych bzyków... Oczywiście marzyłbym o czymś innym niż konserwa turystyczna. Po dwóch tygodniach spożywania puszek tym bardziej. Wyobrażałem sobie wiele przed zaśnięciem. A to mus kalafiorowy z przegrzebkami i gałką muszkatołową, a to caponatę z trzydziestoletnim octem balsamicznym (bo ocet jest tu decydujący), a to świeże, smażone ośmiornice. T: Chyba pojadę z wami w przyszłym roku! M: Nie kpij. Zaraz po mojej urodzinowej mielonce Olek poleciał nad rzekę i złowił lipienia! Czegoś tak wspaniałego, delikatnego, takiej fantastycznej ryby - upieczonej w żarze - nie jadłem nigdy. Wszystko się nagle odwróciło. Co za urodziny! Powiedz lepiej, co ty jadłeś ostatnio na swoje, tylko nic nie zmyślaj. Zaraz się przekonamy, czy podbijesz stawkę. T: Nie podbiję. Spędziłem urodziny w domu, a nie w estońskiej dziczy. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby pójść do restauracji, bo chciałem zjeść coś całkiem domowego. M: Czyli? T: Pieczonego kurczaka. Lubisz? M: Bo ja wiem? Mielonka bardziej mnie kręci, tak po prawdzie. Kurczak? W twoim wieku? Niskie loty!

T: Ale ja nie mam na myśli kurczaka z "rotisserie" w hipermarkecie, tylko wiejskiego, wybieganego, karmionego naturalnymi paszami, którego kupiłem na bazarze w stanie surowym za cenę sześciu już upieczonych w "rotisserie". Jeśli chodzi o smak, zrobiłem świetny interes. A że na straganie obok mieli śliczne borowiki, jadłospis sam się ułożył. M: No tak, pieczony kurczak, niedzielne danie, nadziewany, z pieczonymi ziemniakami, mizerią. Jadłospis sentymentalny, powrót do beztroskiego dzieciństwa. Teraz to brzmi inaczej. T: A guzik! Bez nadzienia, za to z sosem czosnkowym; bez mizerii, za to z pieczonymi batatami; a na zakąskę - borowiki zawijane w boczek, pieczone na ruszcie. W osnowie czosnku i tymianku, jak to ujmują autorzy menu w eleganckich restauracjach stołecznych. M: Pięknie! Znaczy się, jadłospis piękny, nie osnowa. A na deser? T: Śliwki z sadu ojców dominikanów. Bez żadnych dodatków, czysta doskonałość. M: A gdzie oo. dominikanie sprzedają te śliwki? T: Nigdzie. Trzeba się zakraść do sadu, jak święty Augustyn za młodu, i podwędzić. M: No wiesz! Okradać zakonników! T: Kiedy ja zebrałem je z ziemi! Tylko cztery. M: Ładny mi deser! Cztery śliweczki! T: Były takie soczyste i słodkie... M: Nie rozmawiam dłużej z przestępcą. Hajże na przepisy!

Fot. Łukasz Kozyra

Pieczony kurczak w sosie czosnkowym

Fot. Łukasz Kozyra

Borowik zapiekany z boczkiem

Fot. Łukasz Kozyra

Bataty z patelni