Tadeusz: Może wolałbyś na ryby? Marek: Na ryby, na działkę - co za różnica? Czas zleci. T: Różnica jest taka, że ani razu nie udało się nam złowić ryby, a zebrać poziomki na działce potrafią nawet tacy wędkarze, jak my. M: Ale czy naprawdę o to chodzi? Żeby złowić rybę czy zerwać agrest? Chyba o to raczej, żeby być na rybach. Albo na działce. Dowolnie. Czas zleci. T: Co ty tak z tym czasem? Nagle masz go za dużo? M: Znowu nie rozumiesz. Nieważne, czy czasu ma się dużo, czy mało. Sęk w tym, jak się go spędza. T: Przysięgam, że na działce nie ma telewizora. Czas spędzimy na pracach ogrodowych. M: Ech, Tadziu... Przecież po kwadransie rozbolą nas plecy i kolana. Więc jak spędzimy resztę dnia? T: Usiądziemy wygodnie. Oczyścimy rabarbar. M: Bóg Słońca i dwa bary. T: Słucham? M: Tak brzmiało najfajniejsze hasło krzyżówkowe, jakie zapamiętałem z młodości. Na osiem liter. Rozwiązanie: rabarbar. T: Brawo. Porozwiązujemy krzyżówki. Zrobię lemoniadę. Posłuchamy, jak ptaszyna kwili. Zobaczymy, czy wędkarz z sąsiedniej działki nie ma jakiej rybki na zbyciu. I czy żabki nie skaczą. Pełny relaks. M: Nareszcie mówisz do sensu.

[Kilka godzin później] M: Więc ten Slow Food to włoscy działkowicze wymyślili? T: Nie, Slow Food wymyślono w mieście, gdy kolejny zabytkowy plac w Rzymie przyozdobiono McDonaldem. Działkowicz nie wymyśliłby czegoś, co sam od dawna robi, to sprzeczność wewnętrzna. Ale coś jest na rzeczy, bo takie siedzenie na działce, zrywanie tylu tylko poziomek, ile chce się zjeść, snucie rozważań o schwytaniu żaby, żeby udka ewentualnie... Życie na działce zawsze toczyło się w duchu Slow Food, zanim ten zacny ruch powstał. M: Bo na działce chodzi o to, by nie pomidory, lecz własną egzystencję uprawiać, własne istnienie pielęg-nować. Ale nie lekceważę i pomidorów. Kupować u działkowicza, pamiętasz, cóż to była za frajda! Pora, pomidorka, ogórka. Kiedyś, za komuny, szło się kupować coś z działek, po pierwsze, dlatego, że było: zdarzał się pomidor, wyrastała sałata, a w sklepach nic. Po drugie, dlatego, że autentyczne. T: Tyle że po upadku tegoż komunizmu dość liczni działkowicze w wyborach poparli betonik. M: Nie, przecież nie gremialnie. Zresztą ludzka rzecz, obawiali się, że im grządki dealerzy budowlani wykupią. Jeśli tak nawet było, wybaczmy im ten grzeszek, bo dzisiaj działki wydają mi się nadal cudowną enklawą. W pomidorkach i ogórkach z działek jest smak, nie ma pestycydów i bije z nich prawda. T: Takie masz rozumienie działki: prawda zamiast pestycydów? M: Tak sobie marzę, bo trudno teraz działkowicza w działaniu zobaczyć. Tak jakby zamknęli się w swych altankach, nie wyściubiali nosa na zewnątrz. Pani Magdalena Zych, antropolożka kultury, która przygotowuje na rok 2012 wielką wystawę poświęconą działkom, pięknie powiedziała, że dla działkowiczów działka jest centrum świata i jej pielęgnowanie przynosi poczucie, że się porządkuje cały świat. Jednakże chciałbym działkowiczów (i ich produkty) częściej widywać na straganach. Wyobrażam sobie chętnie, że jak kiedyś działki były ostoją prywatności, wysepkami własności w zbiorowym morzu socjalizmu, tak dzisiaj są cichą ostoją antyglobalizmu, przeciwieństwem wszechświatowości z jej sztampowym, jednakowym przemysłowym smakiem wszystkich produktów od Alaski po Peloponez. T: Jak zawsze przesadzasz, wszystko musisz sklasyfikować i na ostrzu noża postawić. Od razu antyglobalizm, altermondializm, może byś lepiej artykuł do "Krytyki Politycznej" napisał? A to są proste ideały. Spędzanie czasu na mazowieckiej działce, pichcenie czegoś tam z rzeczy na niej rosnących, ale przede wszystkim nieróbstwo połączone z przyjemną konwersacją - o to chodzi. Niczego więcej z działki nie wyci-śniesz i działką świata nie zbawisz. Kupuj pomidorki u działkowca, jeśli go gdzieś wypatrzysz, porzuć jednak iluzje i nadzieję na gastronomiczną rewolucję, która wyjdzie z działek. A teraz poobdzieraj włókienka z rabarbaru, jest jeszcze cały stosik do obróbki. I tyle. Mam nadzieję, że się nie nudzisz? M: Bynajmniej. Uwielbiam patrzeć, jak nic się nie dzieje. Człowiek nudzi się w pracy. Karierę zawodową robią tylko ci, którzy są absolutnie odporni na nudę. T: Prawda to wielka. O! Widziałeś? M: Co znowu? T: Jak kicnęła. Ale to chyba ropucha. M: Przestań! T: Nie mówię, żeby od razu się na żaby wybierać, tylko pomyśleć od niechcenia, jakby to było... M: No tak, skoro nie potrafisz złowić ryby, może uda ci się zgarnąć z łąki żabę siatką na motyle. To by dopiero była nagroda pocieszenia. T: Ale zrozum, że myśl o jakimś absurdalnym działaniu, choćby łapaniu żab siatką na motyle, tylko uprzyjemnia nasz pobyt na działce. Nic więcej sensownego o działce nie powiemy, niczego więcej nie wymyślimy, bo to doprawdy zjawisko cichutkie i marginalne, miłe, ale bez społecznego znaczenia. M: Mylisz się. Działka nie jest PRL-owskim wymys-łem, sposobem na załatanie dziur w uspołecznionym zaopatrzeniu w owoce i warzywa. Działki wymyślono w Anglii, po rewolucji przemysłowej, kiedy ludzi ze wsi przeniesiono do miast. Działka miała zrekompensować brak własnego pola i umożliwić rekreację. Działka rekreacyjna, jest takie pojęcie. Rekreacja, czyli dosłownie "tworzenie wszystkiego od nowa". T: No tak, w rzeczy samej, w dni wolne od pracy rekreujemy, czyli odtwarzamy na działce, człowieczeństwo, którego przez cały tydzień pozbawiała nas praca w kopalni. Ale wróćmy do rabarbaru. Gotowy? M: Tak jest! T: Więc pokrój go na odcinki dwucentymetrowej długości, a ja podzielę się z tobą refleksją nad lekceważącym stosunkiem polskich kucharzy do rabarbaru. M: Jasny gwint! Mało sobie palca nie obciąłem! Jak możesz tak mówić! Kochamy rabarbar niczym Miłosza i Słowackiego! T: To dlaczego muszę cię wywozić na działkę teściów, żebyśmy mieli go w bród? Dlaczego w Anglii desery z mrożonego rabarbaru podaje się przez okrągły rok, i sosy? A u nas sezon na rabarbar trwa tyle, co spekulacyjna bańka na giełdzie? Rabarbar to zapoznana potęga, dla niego samego warto działkę zakładać. Mrożony nie traci większości walorów świeżego. Jadłeś lody z rabarbaru? M: Lody z rabarbaru? Bajki opowiadasz. T: Wyczytałem te bajki w XIX-wiecznych książkach kucharskich. Polskich! Ale czekaj, Wojtek wraca z ryb, zapytam, czy nie wymieniłby jednej na flaszkę tego rieslinga, co go tak zmyślnie schłodziłeś w studni.

[Po kilku minutach] T: Niestety, nic nie złowił. Ale po drodze kupił w hurtowni karton żabich udek. M: A niech to gęś kopnie! T: Nie żołądkuj się, żartowałem. Mamy sandacza. M: Z hurtowni, domniemywam? T: Domniemywaj, rozpalając ogień pod rusztem, a ja zrobię sos z tego rabarbaru. Na następnej stronie.

ZOBACZ WIĘCEJ PRZEPISÓW TADEUSZA PIÓRO