Byłem w Tokaju. Na tę winoznawczą wycieczkę zaprosił mnie Piotr Pietrzyk, prezes Collegium Vini, uczelni dysponującej rodakom wiedzę o winie. Zaproszenie fascynujące. Nie tylko dlatego, że Ludwik XIV, któremu słodkiego węgrzyna przysyłał Ferenc Rakoczy, nazwał tokaj "winem królów i królem win". I nie wyłącznie z powodu poematu Voltaire'a, w którym autor "Kandyda" wychwala ten trunek promiennymi błyskający barwami, który przędzie złote nici umysłu, podpowiadając najbłyskotliwsze myśli. I nawet nie dlatego, że wśród miłośników tokaju byli Rossini (na pierwszym miejscu, bo wielki smakosz i autor przepisów kulinarnych), Schubert i Goethe.

Najważniejszą rolę w sentymencie do tokaju odgrywa u mnie element patriotyczny. Bo to Polska przez wieki była głównym rynkiem zbytu dla tego wina, zanim - jak zwykle - Rosja nie zabrała jej tego poczesnego miejsca. Więcej. Dwa gatunki tokaju noszą polskie nazwy - szamorodni (czyt. samorodni) i máslás (czyt. maszlasz). Najwspanialszą tokajową enoteką, czyli zbiorem tego wina, była warszawska piwnica Fukiera. Kolekcja składała się podobno z ponad pięciu i pół tysiąca butelek, najstarsze pochodziły z roku 1606. Właściciel z rzadka i nie byle komu dawał w prezencie flakon. Na koronację Stanisława Augusta posłał podobno 150-letnie aszu, czyli z roku 1614. A w roku 1867 Franciszek Józef dostał ten sam rocznik z okazji wstąpienia na tron węgierski.

Podczas II wojny światowej, wkrótce po upadku stolicy, bo już w październiku 1939 r., Niemcy zrabowali Fukierowski skarb. Według Franka (to nie zdrobnienie, jest Niemcem, nazywa się Frank) Strzyżewskiego, uchodzącego za jednego z najwybitniejszych znawców historii tokaju, kradzieży patronowali najwyżsi dygnitarze nazistowscy, zapewne też Goering. Większość znawców uważa, że zbiory Fukiera nie przetrwały wojny, ale Strzyżewski wierzy opisom uczty, jaką w roku 1958 wydać miał w Związku Sowieckim na cześć amerykańskiego generała Alana Shapleya marszałek Żukow. Jak twierdzi Daniel Rogov, wtedy sekretarz Shapleya, a obecnie znany izraelski krytyk winiarski, kieliszków nie podano. Tokaj pito łyżeczkami z macicy perłowej.

Tak to, na pół wieku przed Obamą, Polak, Węgier, dwa bratanki, stali się ofiarą rosyjsko-amerykańskich konszachtów. Dodatkowo zniesmacza to smakowanie węgrzyna fakt, że dwa lata wcześniej Żukow, jako sowiecki minister obrony, odpowiedzialny był za krwawe zgniecenie rewolucji węgierskiej. Ten komentarz jest mój, ale całą wiedzę, jaką zdobyłem o tokaju, jego historii i teraźniejszości, sposobach winifikacji, dojrzewania i degustowania, zawdzięczam Piotrowi Pietrzykowi, człowiekowi, który wie wszystko o winie w ogólności, a o tokaju w szczególności. W jego zadziwiającej erudycji nie ma nawet śladu pedanterii, jest za to wielka pasja i wspaniałe poczucie humoru, pozwalające zapamiętać i zrozumieć, na czym polegają nawet tak usypiająco brzmiące etapy winnej technologii, jak fermentacja jabłkowo-mlekowa. Jabłek na Węgrzech nie jadłem, mleka nie piłem, ale dzięki tokajskiemu nektarowi na zawsze będę o nich myślał jako o kraju mlekiem i miodem płynącym.

Ludwik Lewin

dziennikarz, poeta i pisarz, znawca kuchni i zacnych trunków. Mieszka w Paryżu. Kontakt: ludwik.lewin@wanadoo.fr