Zachciało mi się baśniowego romantyzmu, bajkowych pejzaży i światła rozproszonego na kroplach wodospadów. Znalezienie takiej scenerii nie jest sprawą prostą, a szczególnie jesienią, nawet jeśli dobra jest, bo polska. - Jedź do Jury, do Janowa, znajdziesz to wszystko i jeszcze więcej - poradził mi mój przyjaciel profesor Czesław Nowak z krakowskiego Uniwersytetu Rolniczego i zabrał mnie tam swoim samochodem.

Najpierw w parku, poprzez wodę, patrzyliśmy na pałac, w którym nie mieszkał Zygmunt Krasiński. Nie mieszkał, ale spędził wakacje w parterowym dworku obok, dziś zamienionym na muzeum. Krótki pobyt zostawił długotrwałe ślady - autor "Nieboskiej" dał imiona interesującym miejscom w okolicy, takim jak choćby Brama Twardowskiego. To właśnie z tej skały odbił się kogut, unosząc czarnoksiężnika na Księżyc. Do dziś wyraźnie widać ślady pazurów.

Byliśmy w Złotym Potoku, w tej samej gminie, co Janów, mijaliśmy strumyki, milionami kropel rzucające się z wapiennych skałek. - Podjedźmy do pstrągarni - zaproponował Profesor. Po drodze opowiedział mi, że tę hodowlę założył hrabia Raczyński w r. 1881, jako pierwszą, a na pewno jedną z pierwszych w Europie. Na otwarcie przybył sam minister rolnictwa. Przybył przecież nie z Warszawy, ale z Moskwy, bo Janów był wtedy w carskim imperium.

Nie wiem, czy po wywłaszczeniu Raczyńskich na otwarcie PGR-u przyjechał dostojnik z tego samego miasta, ale ani Rosjanom, ani Sowietom nie udało się zniszczyć pstrągarni, która wciąż kwitnie, znów w rękach prywatnych, choć już mniej arystokratycznych. Obecny właściciel Marek Piszczała oprócz pstrągów tęczowych ma również potokowe oraz karpie i jesiotry syberyjskie. Ciekawe, kiedy zacznie sprzedawać kawior?

Postanowiłem spróbować pstrąga tęczowego. Dotychczas myślałem o nim jako o rybie dzikiej i trudnej w hodowli, wymagającej wody czystej i wartkiego prądu. W Złotym Potoku dowiedziałem się, że jest to przybysz z Ameryki Północnej, do Europy, znaczy do Janowa, sprowadzony niewiele ponad sto lat temu i wciąż słabo tu zadomowiony. A rodzi się (no, raczej wykluwa) wyłącznie dzięki sztucznemu zapłodnieniu i choć następnie, jako uciekinier czy wyzwoleniec, pływa na wolności, to przecież rozmnażać się bez pomocy człowieka nie potrafi.

W restauracji Nad Potokiem, położonej przy centralnym placu Janowa, podają pstrągi na wiele sposobów - z migdałami lub orzeszkami czy też faszerowane suszonymi śliwkami, z sosem czosnkowym lub majonezowo-ziołowym. Lokal nie wygląda zbyt imponująco. Trzeba wejść, by przekonać się, że jest unikatem. A to dzięki prowadzącej zakład pani Irenie Kurzawie, która klientów traktuje jak gości. Pani Irena dumna jest ze swych pstrągów, ale prawdziwą pychotą są u niej prażuchy, danie ludowe, spotykane w różnych regionach, a ogłoszone lokalną specjalnością Janowa. Wydawałoby się: nic prostszego. Na cztery osoby ugotować należy kilo kartofli, w połowie gotowania dosypać półtorej szklanki mąki, ostrożnie odcedzić i - to najdelikatniejszy etap pracy - potłuc, rozgnieść na gorącej blasze. Jeszcze tylko polać świeżo wytopioną słoninką i podawać ze zsiadłym mlekiem lub żurkiem, jak kto woli. Po prostu niebo w gębie. - Tylko zadzwońcie, o której będziecie, bo nie chcę, żebyście czekali, a prażuchy czekać nie mogą - prosi pani Irena.

Ludwik Lewin

dziennikarz, poeta i pisarz, znawca kuchni i zacnych trunków. Mieszka w Paryżu. Kontakt: ludwik.lewin@wanadoo.fr