Patrzyłem na obrazy przedstawiające sceny i krajobrazy bretońskie i myślałem o latach 80. XIX w., kiedy oberża nazywała się po prostu Hotelem Podróżnych, a mieszkali w niej Paul Gauguin i jego polski przyjaciel Władysław Ślewiński. Malowali te same motywy i nieraz zostawiali swe płótna jako zapłatę za nocleg, wikt i napitek. Dziś dzieła Francuza warte są setki milionów, a Polaka miliony złotych - nie dziw, że nie dekorują miejsca ich spotkań.

W martwych naturach dominują jabłka, sztandarowe owoce Bretanii. Owoce nie tyle do jedzenia, co do picia, gdyż robi się z nich cydr. Przekonany jestem, że dwaj artyści swoje nocne, nie-rodaków rozmowy popijali tym lekkim napojem. Chciałoby się powiedzieć "jabłkowym winem", lecz od takiego określenia odrzuca skojarzenie z jabcokiem. Bo cydr, w przeciwieństwie do alpagi i patykiem pisanego, to trunek finezyjny, w którym niewielka ilość alkoholu jest katalizatorem ogromnej liczby aromatów i smaków. Dlatego, podobnie jak szampan, doskonale towarzyszy najbardziej nawet wyszukanym potrawom.

Nie jest wykluczone, że malarze cydr pili do posiłku, a w nocy dyskutowali przy mocniejszym trunku. Bo jabłko bretońskie kariery swej w cydrze nie kończy. Francuski cydr, który produkuje się przede wszystkim w Normandii i w Bretanii właśnie, używany jest do destylacji. To, co powstaje w jej trakcie w Normandii, nazywa się calvadosem, w Bretanii lambigiem. Starzeć może się w nieskończoność i - odpowiednio zrobione oraz odpowiedzialnie dojrzałe - bez trudu wytrzymuje porównanie z najszlachetniejszymi koniakami. A w młodszym wieku wchodzi równie dobrze, jeśli nie lepiej, jak nasza czysta. Aż za dobrze - uznały władze francuskie w połowie zeszłego wieku i dekretem rządowym wprowadziły premię za karczowanie jabłoni - po to, by lud bretoński bronić przed alkoholizmem. Również zmiana struktury gospodarczej opróżniła Bretanię z tych drzew. W nowym stuleciu pozostało ich naprawdę niewiele. Aż kilku szalonych entuzjastów postanowiło lambig i cydr ożywić.

Jako narodowy, celtycki i patriotyczny. Bo Bretończycy mają swój język i choć już nim na co dzień nie mówią, to - jak Ślązacy - pretendują do miana narodu i prawie we wszystkim, co robią, szukają swej narodowej tożsamości. W sposób trzeba przyznać przemyślny. Choćby w dziedzinie piwa. Moda na rzemieślnicze czy wręcz amatorskie mikrobrowary zaczęła się w Anglii, by przez USA dojść do Europy i do Finistere. Gdzie okazało się, że piwo, szczególnie to najbogatsze w smaki, niepasteryzowane, ciemne lub bursztynowe, lecz również i jasne, tylko że pod rodzimą nazwą blonde, to - w przeciwieństwie do przemysłowych pilznerów - napój czysto celtycki i po prostu bretoński. By jeszcze bardziej je "zbretonizować", malutki browar Tonnerre de Brest (Piorun z Brestu, jak nazywała się armata przy wejściu do portu) wypuścił piwo z algami. Inni dają swym napitkom bretońskie nazwy - britt, celtika czy koreff. W kilka lat podbili Bretanię, sprzedają w całej Francji i eksportują aż do Ameryki i Japonii. Ciekawe kiedy do reklam wezmą Gauguina. I czy razem ze Ślewińskim.

Ludwik Lewin

dziennikarz, poeta i pisarz, znawca kuchni i zacnych trunków. Mieszka w Paryżu. Kontakt: ludwik.lewin@wanadoo.fr