Odmówiłam podpisu wcale nie dlatego, że jestem winopisarką; po prostu nie rozumiem, jak człowiek, który zdecydował się mieszkać w centrum miasta, może chcieć, żeby życie w nim płynęło jak na peryferiach. A jeszcze bardziej nie rozumiem polskiej hipokryzji w stosunku do alkoholu. Pijemy, a jakże, niemniej nie oswoiliśmy alkoholu jako trwałego elementu cywilizacji. Czy raczej oswoiliśmy go, ale wyłącznie jako czynnik destrukcyjny: picie dla zalania robaka. Fakt, że ludzie w barze zechcą skorzystać z toalety, a nie obsikiwać podcienie, nie mieści się mojemu dozorcy w głowie.

Ma to swoje historyczne uzasadnienie; taki był styl picia w komunistycznej Polsce. Szczyt alkoholizmu przypadł na lata 80. - wtedy to, a dokładnie w roku 1982, powstała Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, która w formie niemal niezmienionej (nie licząc kosmetycznych poprawek) zachowała się do dziś. Ustawa nieprecyzyjna, a przede wszystkim zupełnie niedostosowana do realiów współczesnej Polski. Jej wątpliwa skuteczność powinna zostać poddana analizie, ale państwo się do tego nie kwapi. Woli się skupić na penalizacji takich przewinień, jak kulturalne picie alkoholu w przestrzeni publicznej (nad Wisłą nie mamy prawa do pikniku z butelką prosecco, co jest naturalną przyjemnością mieszkających nad Sekwaną, Tamizą, Dunajem i tyloma innymi rzekami), niż wypracować rzeczywistą strategię edukującą, jak pić odpowiedzialnie, co skądinąd jest zapisane w wyżej wymienionej ustawie.

Jeden z jej paragrafów mówi bowiem, iż "organy administracji rządowej i jednostek samorządu terytorialnego są obowiązane do podejmowania działań zmierzających do ograniczania spożycia napojów alkoholowych oraz zmiany struktury ich spożywania, inicjowania i wspierania przedsięwzięć mających na celu zmianę obyczajów w zakresie sposobu spożywania tych napojów".

Polska, która w porównaniu z innymi krajami europejskimi nie spożywa aż tak dużo czystego alkoholu na głowę (dane WHO mówią, że jest to około 13,5 l, a?średnia UE wynosi 12,5 l), jest na szarym końcu listy, gdy idzie o spożycie wina. Statystyczny Polak pije go 3,5 l rocznie, inaczej mówiąc: 4,5 butelki . Dla porównania: Francuzi wypijają 45 l wina, Portugalczycy - 42, Włosi - 37, Austriacy - 31, Szwedzi - 21, Norwegowie - 18, Litwini i Ukraińcy - blisko 6.

Europejskim państwem, które wina spożywa najwięcej - co może być ciekawostką w kraju, gdzie Kościół promuje abstynencję w święta religijne - jest Watykan, z 62 l na głowę. W Polsce najwięcej pije się piwa, które po transformacji ustrojowej zdetronizowało wódkę i dziś stanowi 50% rynku alkoholi. Wódka to 38%, wino niewiele ponad 6%. Resztę stanowią inne spirytualia: rum, whisky, gin, koniak etc. W żadnym innym kraju europejskim, nawet tam, gdzie pije się dużo piwa, udział wina nie jest aż taki mały. Dla przykładu: w Czechach wynosi on 16%, w Niemczech - 27%, w Wielkiej Brytanii - 30%. Liderem są Włochy, gdzie wino zajmuje 73% rynku (tam też jest najmniej chorób alkoholowych).

Co z tych wszystkich statystyk wynika? Że kultura picia alkoholu w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej wypada w Polsce słabo. Wszystkie badania demonstrują jednoznacznie, że problemy z tzw. ryzykowną konsumpcją mają znacznie częściej amatorzy piwa i wódki niż zwolennicy wina . Liczne badania wskazują też, że większość wypadków samochodowych spowodowanych przez pijanych kierowców oraz przypadków przemocy domowej wiąże się z nadmiernym spożyciem wódki i piwa.

Tymczasem piwo w Polsce można reklamować, wino natomiast jest objęte zakazem reklamy, z którego wyłączona jest prasa branżowa. Niezależnie od tego taki "Magazyn Wino", którego jestem redaktorem, sprzedawany jest w Empiku zafoliowany - niczym pornografia. Obok spoczywa winiarska prasa zagraniczna - "Decanter" i "Wine Spectator", które zafoliowane już nie są. Młodzież nie czyta po angielsku? Prawie żadne polskie pismo kulinarne i lifestyle'owe, nie mówiąc już o prasie kobiecej, nie decyduje się na publikację artykułów o winie w obawie, że komunikacja zostanie przez ustawodowaców pomylona z reklamą.

Niedawno dowiedzieliśmy się też, że wina nie można sprzedawać przez internet. Administracyjny Sąd we Wrocławiu cofnął koncesję na alkohol jednej z sieci supermarketów za taką właśnie działalność. Swój wyrok uzasadnił tym, że koncesja nie przewidziała takiego miejsca sprzedaży. Przewidywać nie mogła, gdyż nieszczęsna ustawa o wychowaniu w trzeźwości powstała, gdy nikomu o internecie się nie śniło, nie został więc wyszczególniony w tzw. katalogu zezwoleń na prowadzenie sprzedaży. Wątpliwość budzi interpertacja internetu jako "miejsca", a nie kanału komunikacji, którym spółka zarejestrowana w określonym fizycznym miejscu się posługuje. Czy doprawdy uważamy, że w internecie wino będzie kupować młodzież, która bez problemu może skoczyć po piwo do Żabki na rogu? Sprzedaż alkoholu nieletnim w sklepach osiedlowych jest nagminna i bynajmniej nie przypłacają one tego utratą koncesji.

Być może, zamiast iść w kolejne zakazy (polskie przepisy dotyczące konsumpcji i sprzedaży alkoholu należą do najbardziej restrykcyjnych w Europie), powinniśmy wziąć przykład z krajów skandynawskich, które od XIX w. borykały się ze znacznie większym problemem alkoholizmu niż Polska. To w końcu Szwed Magnus Huss wprowadził w 1849 r. pojęcie alcoholismus chronicum.

Po nieudanych próbach zaprowadzenia prohibicji Szwecja i Norwegia, gdzie rynek alkoholi jest całkowicie pod kontrolą państwowych monopoli, świadomie zajęły się przebudowywaniem struktury spożycia i promowaniem kultury wina. Ograniczyło to przypadki choroby alkoholowej, aczkolwiek kraje skandynawskie i bałtyckie dalej załapują się pod tym względem do pierwszej europejskiej dziesiątki, co pokazuje również, że nadużywanie alkoholu jest w dużej mierze warunkowane kulturowo. (Polska jest w tej konkurencji 15., zaraz za Francją).

Jedno jest pewne: alkoholu wyrugować się nie da. Znacznie lepiej jest go okiełznać, dostrzegając w nim również rolę kulturotwórczą. W niewielkich dawkach inspiruje, wprawia w euforię, ułatwia komunikację, jest ważnym elementem biesiady, a co za tym idzie - spoiwem wspólnoty. Jak pisze Iain Gately w świetnej książce "Kulturowa historia alkoholu", to najbardziej kontrowersyjny składnik naszej diety - wzmacniający, ale i destabilizujący konstrukcję człowieka. Jego niejednoznaczny wpływ na cywilizację można porównać z biegunowo odmiennymi charakterami doktora Jekylla i pana Hyde'a. Raz ukazuje dobroduszne oblicze, kiedy indziej szczerzy się jak psychopata. Mam wrażenie, że w polskim dyskursie publicznym dostrzegamy jedynie to drugie oblicze.