Jeśli nie byłeś na Florydzie czy na Kubie, cubanosy możesz kojarzyć z filmu „Chef”. Te karaibskie kanapki grają tam główną kulinarną rolę. Tytułowy szef serwuje je ze swojego food trucka. Podobnymi smakowitościami Kasia raczy mieszkańców stolicy już od czterech lat. Najpierw miała swoją restaurację, potem food trucka, a obecnie prowadzi bar na Powiślu. Choć formy serwowania cubanosów się zmieniają, jej miłość do karmienia innych pozostaje niewzruszona.

Kubańskie kanapki – przepis na szczęście

O swoich specjałach Kasia może gadać godzinami. Cubanosy to pożywne kanapki, które powstały na Florydzie wśród kubańskich imigrantów. Przepis jest banalnie prosty – dwa duże kawałki miękkiego, grillowanego chleba wypełnia się mięsem i warzywami.

Kanapka kubańska Cubano Classico z dużą ilością ostrych papryczekKanapka kubańska Cubano Classico z dużą ilością ostrych papryczek Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

– Grunt to dobra świnka! – śmieje się Kasia, zdradzając sekret idealnych sandwiczów. Ma na myśli kruche, aromatyczne, długo pieczone mięso – pulled pork. Choć ten główny wsad smakuje i pachnie wyśmienicie, Kasia przyznaje, że to zwykła, mało szlachetna łopatka. Szlachetności nadaje jej dopiero marynata mojo i pasja, którą Kasia wkłada w jej przygotowanie.
– Marynuję mięso co najmniej przez dobę w zaprawie z pomarańczy, limonek, cytryn, kminu rzymskiego, czosnku, chili świeżego, chili w proszku, soli, świeżej kolendry i oliwy. Potem wstawiam je na 10 godzin do piekarnika nastawionego na 110 stopni Celsjusza – podaje instrukcję, z dumą przyznając, że w sezonie marynują i pieką nawet 100-120 kg mięsa tygodniowo!

Do dwóch razy sztuka

Trzydziestolatka otworzyła swój lokal w samym sercu warszawskiego Solca. Tuż obok lokali Mr. Pancake i Pizza Boyz coraz śmielej zwraca na siebie uwagę La Chica Sandwicheria. To już druga miejscówka pod tą nazwą. Pierwsza okazała się niewypałem. Zdaniem Kasi Mordor – zagłębie biurowe w Warszawie – nie był gotowy na lunche w formie kanapek. Dziewczyna splajtowała, bo nieco przeszarżowała – za drogie sprzęty, za dużo dbałości o detale, za mało marketingu. Po paru latach szczerze przyznaje:

– Mieliśmy bardzo dobre recenzje, ale pokonały nas lokalizacja i czynsz. Zamknęliśmy lokal po roku. Popełniłam wszelkie typowe błędy początkującego restauratora i płacę za nie do dziś.
Nauczona doświadczeniem do ponownego otwarcia lokalu podeszła zupełnie inaczej i wierzy w to, że tym razem uda jej się rozsmakować ludzi w kubańskich smakach i na tym przy okazji zarobić. Mimo że na miejscu nie ma najnowocześniejszych sprzętów, a wnętrza nie projektował znany architekt, można się tu dobrze poczuć i wybornie zjeść.

Wnętrze baru La Chica w Warszawie serwującego kubańskie kanapkiWnętrze baru La Chica w Warszawie serwującego kubańskie kanapki Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta



Kasia malowała z chłopakiem ściany, wieszała obrazki, drukowała zdjęcia. Miejsce zyskało na tym wiele autentyczności. Nie jest wymuskane, ale dzięki temu przyciąga swojskością. Na ścianach pstrzą się amerykańskie tablice rejestracyjne, plakaty nawiązujące tematycznie do Kuby i Florydy, liczne zdjęcia. Z jednego na gości patrzy sędziwa Kubanka z cygarem, z drugiego uśmiecha się Kasia. Jest nie do poznania w kolorowym stroju, w którym przypomina rodowitą mieszkankę wyspy.

Gdy przecieram oczy ze zdziwienia, Kasia opowiada historię tej fotografii. Kiedy mieszkała na Florydzie, pracowała w gastronomii jako kelnerka, a potem menedżerka sali. Pewnego razu znajomy, lokalny przedsiębiorca, poprosił ją o przysługę. Miała mu pomóc wypromować nowy bar Cuban Coffee Queen. Wcieliła się w rolę hostessy. Ze względu na oryginalną urodę Kasia przyciągała uwagę wielu turystów. Większość zakładała, że jest Kubanką. Wszystko się wydało, gdy przyjezdni Kubańczycy zaczęli, a raczej usiłowali z nią rozmawiać po hiszpańsku.

Kasia Mirecka na Florydzie w roli kubańskiej hostessyKasia Mirecka na Florydzie w roli kubańskiej hostessy archiwum prywatne



W La Chice kubańskich akcentów jest mnóstwo, ale znajdziemy i te polskie. W tej warszawskiej oazie Florydy możemy podziwiać bujne zielone paprotki. Zwisają dumnie z sufitu. Kasia śmieje się, że to taka polska wariacja na temat palm rosnących na Key West, skąd przywiozła pomysł na biznes. To właśnie tam po raz pierwszy spróbowała cubanosów. Ale nim trafiła na Key West, musiała przebyć bardzo długą drogę.

365 dni w podróży

Pod koniec studiów Kasia nie wiedziała, jaką ścieżkę zawodową obrać. Z przyjaciółką Domi wpadła na pomysł, żeby ten dość powszechny problem przeczekać w oryginalny sposób. Stanęło na podróży dookoła świata.
Najpierw pojechały na pół roku do Edynburga, by zarobić na realizację szalonego planu. Swoją podróż planowały podczas przerw w pracy. Poszczególne etapy eskapady spisały na serwetce upstrzonej plamami caffè latte. Dzięki zarobionym pieniądzom mogły kupić roczne bilety British Airways dookoła świata. Miały do dyspozycji po 11 lotów w ciągu roku i nie zawahały się wyczerpać tego limitu. – Jak się czegoś bardzo chce, to wszystko można – zdradza swoje podejście do życia Kasia i od razu widać, że dla tej kobiety nie ma rzeczy niemożliwych.
Kasia śmieje się, że to była podróż za jeden uśmiech, ponieważ średnio na dzień miały z Domi po 15-20 dolarów i z racji małego budżetu musiały liczyć na ludzką życzliwość, której sporo zaznały. Budżet ten rzadko wystarczał na jedzenie w restauracjach czy barach. Za to starczył, żeby dziewczyny postawiły swoje stopy w Indiach, Laosie, Tajlandii, Kambodży, Malezji, Singapurze, Indonezji.
W Australii spędziły aż trzy miesiące i nawet tam pracowały. Dzięki temu mogły skosztować lokalnych przysmaków, w tym niezapomnianych steków z kangura. Najciekawszy był jednak pobyt w Nowej Zelandii, gdzie polowały na króliki, strzygły owce i kosztowały pork belly (kawałek brzucha świni z chrupiącą skórką bez kości). Potem przyszła pora na Amerykę Południową, czyli Chile, Argentynę, Boliwię, Peru, i Meksyk. I tu miał nastąpić koniec podróży, ale zamiast wracać do domu, Kasia – już solo – wyruszyła na podbój Stanów Zjednoczonych, w szczególności Florydy, na której mieszkał jej dawny kolega. Tak zaczęła się kolejna – tym razem bardziej kulinarna – podróż.

Raj na ziemi

Trafiła na południe Florydy, w okolice słynnego archipelagu wysepek o dźwięcznej nazwie Florida Keys. Pośród nich, na samym końcu, znajduje się kultowa Key West, gdzie Kasia zatrzymała się na dwa lata. Wyspę tę opisują w przewodnikach jako najbardziej rozrywkowe, tolerancyjne i tropikalne miejsce w USA. Pełnia szczęścia – tak w skrócie Kasia opisuje spędzony tam czas.
Skąd na Key West kubańskie kanapki? To tu znajduje się najbardziej wysunięty na południe punkt Stanów Zjednoczonych – Southern- most Point. Stąd do wybrzeży Kuby jest zaledwie 150 km. W pogodne dni widać na horyzoncie delikatne zarysy wyspy Fidela Castro – mówi Kasia i dodaje, że w związku z tym kubańskie wpływy na Key West są wszechobecne. I to zarówno w postaci kolorowych strojów, obecności kubańskiej ludności, jak i serwowanej kuchni.
Hemingway pisał, że Floryda to najlepszy kawałek ziemi, jaki kiedykolwiek dane było mu znaleźć. Kasia podziela jego zdanie i przyznaje, że to miejsce wzywa ją do siebie nieustannie. Zwłaszcza, że odmieniło jej życie. To tutaj poznała nowe smaki, nauczyła się zarządzania restauracją i to stąd pochodzą inspiracje kulinarne, które stały się podstawą jej biznesu.

Kanapkowa lista przebojów

Kasia kupiła mnie klasyczną kanapką ze swojego menu, w której smak mięsa wzbogacają dodatki: ser, szynka, pikle, musztarda i majonez. Zgrillowany i obficie posmarowany masłem chleb kubański może nie jest najmniej kalorycznym produktem, ale jak grzeszyć, to tylko z takimi dobrociami. Sporej wielkości kanapka kosztuje tutaj od 20 zł do 27 zł.

Kasia Mirecka serwuje kubańską kanapkę w barze La Chica w WarszawieKasia Mirecka serwuje kubańską kanapkę w barze La Chica w Warszawie Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta



Trzydziestolatka eksperymentowała z menu, dostosowując je do gustów gości. Słuchała, co im smakuje, do czego mają zastrzeżenia, i metodą prób i błędów stworzyła idealne menu, które tylko od czasu do czasu nieco modyfikuje. W efekcie do Cubano Classico szybko dołączyła Cubano Piccante – ostrzejszą wersję klasycznej kanapki z dodatkiem papryczek jalapeno. A ulubiona kanapka Kasi to Tango Mango – lekka, na mały apetyt, z grillowanymi polędwiczkami kurczaka i dodatkami.
Ostatnio wielu fanów zyskał sandwich Mamacita z chorizo. Kasia dodaje do niego chimichurri – sos z dominującą nutą natki pietruszki i czosnku, bez którego nie istniałaby kuchnia argentyńska. Tę kanapkę restauratorka zadedykowała mamie. A z myślą o partnerze, Jacku, stworzyła cubanosa Hola Jack! Dodaje do niego majonez chrzanowy. Menu idzie z duchem czasu, dlatego nie brakuje w nim opcji wege. Green & Bean z pastą z czerwonej fasoli z masłem orzechowym oraz Mango Loco z humusem mają zaspokoić kubki smakowe roślinożerców.
Sandwicze kubańskie z La Chiki wyróżnia coś jeszcze – chleb. Kasia kilka miesięcy szukała piekarni, która piekłaby dla niej specjalny rodzaj pieczywa. Zdradza, że ma ono jeden tajemny składnik, który wszyscy dobrze znają, ale ona zastosowała go w nietypowy sposób. Przyznaje, że jej kanapki nieco różnią się od kubańskich oryginałów ze względu na kształt chlebów. Te na Florydzie bardziej przypominają tradycyjną, długą, bagietkę, którą znamy z naszych piekarni. Ona woli serwować kanapki w bardziej zwartym i zbitym bochenku. Jej pieczywo jest puszyste i ma dość miękki wierzch, który twardnieje i staje się chrupiący dopiero po opieczeniu kanapki.

A na deser gwarantowana słodko-kwaśna rozpusta

Kasia uwielbia rozpieszczać podniebienia swoich gości. Zawsze tak miała. Jeszcze przed karierą w gastronomii zapraszała do swojego mieszkania ludzi za pośrednictwem platformy foodsharingowej. Gotowała dla zagranicznych gości specjały, takie jak np. chili con carne z czekoladą. Przez jej mieszkanie przewinęły się setki ludzi z różnych stron świata. Cieszy się, że teraz może łączyć swoją pasję z pracą. Bo w sumie obsługiwanie gości La Chiki nie jest dla niej pracą – to czysta przyjemność.
– Chicago ma deep-pizzę, Filadelfia – cheesesteaki, Teksas – mostek, a słoneczna Floryda kusi podniebienie key lime pie – mówi Kasia i pokazuje mi jedyny deser w menu jej baru. Ten rodzaj cytrusowej tarty z bitą śmietaną można znaleźć niemal w każdym menu restauracji słonecznego stanu.
Patent na idealny key lime pie jest prosty: potrzebne są pokruszone herbatniki z masłem, sok z limonki, mleko skondensowane i żółtka. Ot, cała filozofia. Chodzi o to, by znaleźć balans między słodkością a kwasowością. Kasia jest w tym mistrzynią i zachęca wszystkich do poszukiwania własnych proporcji.
– Parę lat temu nikt nie traktował kanapek na poważnie – i nie uznawał ich za pełnoprawny posiłek, raczej jak przekąskę, na pewno nie substytut lunchu. Na szczęście dzisiaj się to zmienia – mówi Kasia i z nadzieją patrzy w przyszłość. Wierzy, że La Chica Sandwicheria na dobre zapuści korzenie na Powiślu. Jej bar to miejsce pełne dobrych smaków, dobrej energii, a przede wszystkim dobrych historii. To namiastka Key West na Powiślu.