Delikatny, słony powiew znad zatoki Saint-Tropez zapowiadał chłodny wieczór po kolejnym upalnym dniu na Lazurowym Wybrzeżu. Na ustawionym na plaży stoliku stygła pasta z?owocami morza i zdawało się, że białe wino w kieliszkach nie może się doczekać, by uszlachetnić smak muli i krewetek. Patrzyliśmy na kołyszące się na falach srebrzyste jachty warte miliony dolarów, zacumowane przy bulwarze Saint-Tropez. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Oboje czuliśmy, że to chwila idealna, taka, która powinna trwać - Mamaaaaaa! - wrzasnął Wili, wyrywając nas z rozmarzenia i w sekundę sprowadzając na ziemię, bo trzymał w małej łapce wyrwaną skądś latarenkę oświetlającą dróżkę na kempingu nad zatoką, gdzie mieszkaliśmy.

Pierwszą Wielkanoc z dzieckiem spędziliśmy w drodze, fotografując obrzędy wielkanocne 
na ziemi sandomierskiej i Podkarpaciu. Tu Wili w towarzystwie Turków maszerujących w Wielką Niedzielę ulicami podkarpackich wsi.Pierwszą Wielkanoc z dzieckiem spędziliśmy w drodze, fotografując obrzędy wielkanocne na ziemi sandomierskiej i Podkarpaciu. Tu Wili w towarzystwie Turków maszerujących w Wielką Niedzielę ulicami podkarpackich wsi. Fot. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie Fot. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

Nie, nie jesteśmy światowej sławy projektantem i supermodelką, którzy umówili się na kolację na nadmorskim bulwarze w Saint-Tropez i mogą beztrosko rozmawiać, a nawet flirtować przez cały wieczór. Sami. A potem nawet pójść na spacer w blasku księżyca. Jesteśmy rodzicami dwuletniego potwora. Kiedy chodzimy razem na kolacje do restauracji, zazwyczaj jedno z nas siedzi przy stoliku samotnie, a drugie ugania się za wszędobylskim, ledwo odrośniętym od ziemi chłopakiem, który biega pomiędzy gośćmi. Tylko fakt, że trafiamy do miejsc z niezwykle sprawną obsługą, sprawia, że kelnerzy w porę zauważają niebezpieczeństwo nagle wyrastające przed nimi na wysokości kolan i zgrabnie omijają przebiegającego drogę intruza.

Spacer w blasku księżyca też nie wchodzi w grę, bo mały siedzenie w wózku uważa za stratę czasu, więc chce chodzić - ale już nie za rączkę (bo przecież ma już dwa lata!). Wspólna przechadzka w naszym wykonaniu wygląda więc jak seria podbiegnięć oraz przysiadów i z romantyzmem nie ma nic wspólnego. Na jacht przycumowany przy głównym bulwarze też nie możemy sobie pozwolić, więc zadowalamy się kempingiem nieopodal Port Grimaud po drugiej stronie zatoki, z piękną plażą i widokiem na Saint-Tropez. Kolacje ze świeżych regionalnych składników przygotowujemy sobie na plaży. Przyrządzamy je co prawda sami, na maszynce do gotowania, rozstawiamy stolik turystyczny, menażki i plastikowe kieliszki na wino, ale i tak czujemy się w takim miejscu jak milion dolarów.

Mały bawi się w piasku, jest zachwycony pieskami, które wyprowadzają o tej porze turyści z różnych stron świata. Czasem tylko nasz synek pobiegnie między supernowoczesne kampery, którymi przyjeżdżają tu brytyjscy oraz niemieccy emeryci, i z triumfalnym okrzykiem przyniesie a to lampkę oświetlającą drogę, a to inną zdobycz. Uśmiechamy się do siebie, bo po raz kolejny uświadamiamy sobie, że życie w podróży z dzieckiem to mieszanka fantastycznych chwil i wielu wyrzeczeń. Zabawnych sytuacji i kompromisów. I najbardziej niezwykła droga, w jaką było nam dane wyruszyć.

W słowackich Tatrach podczas pierwszej wspólnej wyprawy narciarskiej.W słowackich Tatrach podczas pierwszej wspólnej wyprawy narciarskiej. Fot. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie Fot. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

Wszystko zaczęło się trzy lata temu, pod koniec października. O świcie kończyliśmy pakować plecaki przed przygotowywaną od kilku tygodni wyprawą do Rumunii szlakiem krwawego wołoskiego hospodara Vlada Draculi. Każdego dnia mieliśmy zaplanowane przejechanie kilkuset kilometrów, często przez górzyste, kiepskie i nieoświetlone drogi. Halloween mieliśmy spędzić u stóp zamku Bran, legendarnej (nieprawdziwej, ale i tak tłumnie odwiedzanej przez turystów) posiadłości okrutnego Draculi, a w Dzień Zaduszny zapalić świeczkę na jego grobie w maleńkim monastyrze na wyspie Snagov.

To tam go pochowano w 1476 roku, ale po odsunięciu płyty kilkanaście lat temu, ku swojemu przerażeniu badacze odkryli pierścień władcy i kości konia. - U progu tej fascynującej wyprawy, o świcie zrobiłam test ciążowy i okazało się, że jeśli pojedziemy do Rumunii, to na pewno nie sami - wspomina Magda. - Zalałam się łzami, bo ta wiadomość przewróciła całe nasze życie do góry nogami. Co z wyprawą? Jak w tym stanie jechać tyle tysięcy kilometrów? Przecież to niebezpieczne. A poza tym - przecież mieliśmy próbować tam doskonałych rumuńskich trunków! Zrobiliśmy szybką naradę rodzinną i po chwili postanowiliśmy: jedziemy.

Co prawda podróż nie wyglądała tak, jak to sobie wyobrażaliśmy, bo zamiast krwistoczerwonych win piliśmy wodę, a zamiast ryzykownych regionalnych dań wybieraliśmy miejscowe słodkości (mimo że Magda słodyczy wcześniej nie znosiła). Jednak przejechaliśmy Rumunię wzdłuż i wszerz, starając się tylko nie zatapiać za mocno w klimacie spowitych listopadową mgłą maleńkich wiosek, a podczas barwnych, głoszonych rykiem górskich trąb pogrzebów, na wszelki wypadek nie zaglądać do otwartych trumien.

Wtedy zrozumieliśmy, że nie musimy rezygnować z dotychczasowego życia. Dziecko nie zmieni go i będzie podróżowało razem z nami. Kilkadziesiąt tysięcy kilometrów i kilkanaście lotów później urodził się Wili. Wybraliśmy mu - także z myślą o późniejszych podróżach - imię, które będzie niosło w sobie wielowiekową, europejską tradycję, a zarazem będzie miało międzynarodowe brzmienie. Nasz Wilhelm to dla Francuzów Guillaume, dla Hiszpanów Guillermo, dla Węgrów Vilmos, a na Wyspach Brytyjskich kojarzy się szczególnie dobrze: Brytyjczykom - z księciem Williamem, a Irlandczykom z Północy - z Wilhelmem Orańskim. Przez pierwsze dwa lata życia Wili przejechał z nami 40 076 km, pokonując długość równika.

Nie zawsze było łatwo. Zdarzało się bolesne ząbkowanie w hotelach, które w środku nocy stawiało na nogi i nas, i wszystkich gości na piętrze, szukanie jedzenia dla dzieci  i pieluszek w maleńkich kaukaskich wioskach, lot niedługo po zapaleniu ucha i wiele innych sytuacji, o których wolelibyśmy zapomnieć. I zapominamy, bo z podróży z naszym synem zostają nam tylko najpiękniejsze wspomnienia. Jego pierwsze kroczki, które na naszych oczach postawił w katedrze w Orleanie. To, jak bawi się na placach zabaw na całym świecie z miejscowymi dziećmi. Podczas kiedy my próbujemy rozmawiać z naszymi gospodarzami mieszanką angielskiego i lokalnych języków, on rozumie się z każdym bez słów i po chwili od wejścia do restauracji lub kawiarni już chodzi za rączkę z włoską kelnerką albo gra w piłkę z węgierskim barmanem. Zresztą restauracje to jego żywioł.

Dziewięciomiesięczny Wili doskonale odnajdywał się w Gruzji. W restauracjach i kawiarniach natychmiast trafiał na ręce barmanów i kelnerek. Tu w barze Warszawa w Tbilisi.Dziewięciomiesięczny Wili doskonale odnajdywał się w Gruzji. W restauracjach i kawiarniach natychmiast trafiał na ręce barmanów i kelnerek. Tu w barze Warszawa w Tbilisi. Fot. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie Fot. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

Nie potrafi usiedzieć z nami, tylko biega między stolikami, zaczepiając innych gości. Uśmiecha się szeroko, szczerząc mleczaki. Swoim ulubieńcom (najczęściej paniom, które przypominają mu ukochaną babcię) przynosi w darze łyżeczkę albo lekko pogryzioną bułeczkę, a jeśli zaczepiana osoba nieostrożnie okaże mu zainteresowanie, pakuje się jej na kolana. Kiedy uda nam się zatrzymać go przy stoliku choć na chwilę, chętnie próbuje nowych smaków. W Amiens, we francuskiej Pikardii, po raz pierwszy spróbował les moules mariniere. Owoce morza bardzo mu smakują, co nie dziwi nikogo z krajów basenu Morza Śródziemnego, za to w Polsce nieraz nam się za to oberwało.

W stolicy Bretanii, Rennes, ze straganu na targu, który odbywa się w tym samym miejscu od wieków, próbował tradycyjnego przysmaku galette-saucisse, kiełbaski owiniętej w gryczany naleśnik. Naleśnik szybko wylądował na ziemi, za to kiełbaska na stałe weszła do jego kulinarnego repertuaru. W Manchesterze dostał fish & chips, a w Wenecji po raz pierwszy zajadał się pizzą i, podobnie jak jego włoscy rówieśnicy, wcale nie szedł o 20 do łóżeczka, tylko biesiadował z rodzicami do późna. Pierwszą pralinkę jadł w fabryce czekolady w Pradze, tam też daliśmy mu odrobinę gęstej, gorzkiej piany z czeskiego pilsnera.

Dachstein: mały?z tatą na 'stairway to nothingness' na wysokości 2700 m n.p.m.Dachstein: mały?z tatą na 'stairway to nothingness' na wysokości 2700 m n.p.m. Fot. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie Fot. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

W austriackiej winnicy prosto z krzewów jadł niewielkie grona szczepu grüner veltliner. Na Węgrzech zasmakował mu pikantny gulasz. W Gruzji pozwoliliśmy mu spróbować słodkiego kindzmarauli - ponoć ulubionego wina Stalina, a na kolacje zjadał pierożki chinkali z mocno przyprawionym mięsem pływającym w aromatycznym rosole. Gruzja to  raj dla rodzin podróżujących z dziećmi, a nasz syn był tam prawdziwą atrakcją: na punktach widokowych robiono sobie z nim zdjęcia, w komunikacji miejskiej szybko znikał z naszych kolan, bo każdy pasażer chciał się z nim choć przez chwilę pobawić.

Bywało, że do naszego stolika w kawiarnianym ogródku bez słowa podchodził przechodzący ulicą człowiek, całował małego w czółko i szedł dalej. W monastyrach surowi mnisi porzucali karcenie turystów za niewłaściwy strój czy robienie zdjęć, brali naszego synka w ramiona, nieśli do ikonostasu i po gruzińsku - a może nawet w staro-cerkiewno-słowiańskim - tłumaczyli mu symbolikę ikon. Kiedy tylko wchodziliśmy do restauracji, kelnerka bez słowa brała nasze dziecko na ręce i zabierała je za bar albo do kuchni. Na początku, zaniepokojeni, patrzyliśmy, co się z nim dzieje, ale kiedy widzieliśmy kucharki tulące małego i bawiące się z nim, wracaliśmy spokojnie do stolika. Po deserze dostawaliśmy rachunek, a wraz z nim pojawiał się nasz syn, szczęśliwy i uśmiechnięty. A my, choć przez tę krótką chwilę romantycznej kolacji tylko we dwoje, mogliśmy poczuć się jak światowej sławy projektant i supermodelka.

źródło: Okazje.info