W kuchni dworskiej, tak polskiej, jak i europejskiej, kurczaki, a właściwie kapłony lub pulardy, były daniem wytwornym, przyrządzanym na wyszukane sposoby, podawanym wyjątkowym gościom. Dziś supermarketowe kurczaki są byle jakim jedzeniem masowym. Ich mięso, nafaszerowane hormonami i antybiotykami, nie ma żadnego smaku, a i tak większość ludzi je kupuje, bo po pierwsze, jest tanie, a po drugie, łatwe do przyrządzenia. Ten drugi powód jest, oczywiście, ważny, dlatego nie namawiamy do rezygnowania z kurczaków, tylko do szukania w sklepach i na bazarach ptaków zagrodowych. Pewnie, że są droższe, pewnie, że trzeba trochę pochodzić, aby taką wiejską kurę z wolnego wybiegu sobie zorganizować, ale z całą pewnością warto. Jej mięso nie dość, że jest zdrowe, bo nienaszpikowane chemią, to jeszcze ma wyjątkowy, intensywny smak.

 

 

Kupując, zwracajcie uwagę na kolor skóry. Kurczaki karmione kukurydzą są żółtawe, a te, które jedzą jęczmień, owies, pszenicę - białokremowe. Te ostatnie smakują lepiej.

 

Jeśli uda się kupić dobrego kurczaka, warto go zamarynować. Miękkie kawałki (np. piersi bez skóry) można tylko natrzeć "suchą marynatą", czyli świeżo zmielonymi przyprawami. Udka, skrzydełka, cała tuszka mogą poleżeć np. w czosnkowo-ziołowej oliwie. Wystarczy 30 minut, w każdym razie nie dłużej niż 2 godziny, bo mięso zrobi się gąbczaste i będziemy czuli tylko smak przypraw.