Choć słońce wysoko wciąż było na niebie, Hrabia niepokoił się sprawą kolacji, ale Renia postanowiła iść jeszcze, choćby kilka kilometrów. Tysiąc lat temu, gdy zaczęły się pielgrzymki do Composteli, całą drogę szło się na nogach. Obecnie mało kto o własnych jedynie siłach przemierza dystans od domu do Santiago. Niektórzy zaczynają iść od francuskiej lub portugalskiej granicy. Inni marszem przemierzają tylko pewne odcinki, podwożąc się samochodami. I ja byłem w takiej sztafecie, głównie za szofera.

 

Głośna troska Hrabiego o posiłek, wspierana mą milczącą aprobatą, nie była bynajmniej nie na miejscu. Zachowywał się jak nasi poprzednicy sprzed stuleci. Zapał religijny stanowił dla nich bez wątpienia najważniejszą motywację do podjęcia wędrówki, ale nie zaniedbywali wyżywienia i przed wyruszeniem w drogę dowiadywali się, gdzie są oberże, w których jeść dają najlepiej.

 

Małgosia zaproponowała restaurację Casa Valladeiro, ale ponieważ czekać trzeba było na Renię, to wskoczyliśmy do narożnego baru Porto Guardés, gdzie po zamówieniu białego wina zostaliśmy ugoszczeni malutkimi kanapkami z ostrym czerwonym serdelkiem i łagodną zieloną papryczką. Po drugiej butelce albarino - nazwa miejscowej odmiany winogron - na nadbrzeżnym trakcie pojawiła się Renia. Twarz miała zmęczoną, ale promieniejącą. W restauracji mieliśmy do wyboru kraby, homary i langusty pływające w akwarium oraz inne dziwne morskie stworzenia. Nie tylko jadło było nadzwyczajne. Cudactwa, które gdzie indziej kosztują krocie, tu ceny miały całkiem dostępne. Rzuciłem się na langustę, Hrabia pożarł homara, Były Towarzysz, a obecnie przedsiębiorca, schrupał pająkowatego kraba. Renia zadowoliła się sałatką z pomidorów.

 

Na drugi dzień skoro świt towarzystwo ruszyło w drogę. Miałem ich zebrać na piętnastym kilometrze i odwieźć z powrotem na obiad. Wolny czas wykorzystałem na przedłużone śniadanie składające się z szynki bellota, chorizo ibérico, czyli hiszpańskiej kiełbasy, zimnego omletu, sernika i ciasta budyniowego. Gdy ich spotkałem, piechurzy z radością zmienili się w pasażerów. Z wyjątkiem Reni, która postanowiła, że wróci na piechotę. Tak mnie zaskoczyła, że oddałem kierownicę Małgosi.

 

Po drodze dowiedziałem się, jak Renia w stanie wojennym czerwonego robiła na szaro. Opowiedziała mi o swych przodkach i o studiach na psychologii w Warszawie. Nie zdążyłem zapytać, skąd się bierze jej płomienny zapał do pielgrzymki, bo doszliśmy do restauracji Xeito. Hrabia rzucił się na langustę, ja pożarłem homara, a potem on langustę, i potem ja homara. I jeszcze małże, krewetki, pąkle i inne wodne robactwo, elegancko zwane owocami morza. Spać nam się chciało, ale Były Towarzysz zażądał, byśmy się wdrapali na pobliską Górę Świętej Tekli, z wykopaliskami celtyckimi i słynną drogą krzyżową. Zdyszany stałem na szczycie i po lewej widziałem, jak wyznaczająca granicę z Portugalią rzeka Mino wpływa do Atlantyku. Po prawej ocean wrzynał się w wybrzeże. Odcienie szarości, zieleni i błękitu obramowywały miniaturowy z tej wysokości port rybacki. Piękno zapierało dech w piersiach. Obok mnie stanął Profesor, który na obiad, tak jak Renia, zadowolił się ziemniakami i ryżem. - O suchym chlebie i wodzie też by się przyjść tu chciało - powiedziałem.