Przyznaję się też do tego, że jadąc do Supraśla, spodziewałem się Polski B i nie znalazłem, bo znalazłem się w Europie całą gębą: wspaniałe bulwary nadrzeczne - rzeka nazywa się Supraśl i jest Supraślą w przeciwieństwie do miasta, które jest Supraślem... Monastyr prawosławny, znaczy Akademia Supraska, jak spod igły. Piękna fasada Liceum Plastycznego im. Grottgera. I nawet dziewiętnastowieczne domki tkaczy odrestaurowane aż miło popatrzeć. (Prawda, patrzyłem tylko od zewnątrz, ale nie podejrzewam ich o potiomkinowską fasadowość.) Byłem w towarzystwie cudzoziemca, a cudzoziemcy z definicji językami mówią obcymi, więc się ich uczyć nie muszą. Ten mój był z Paryża. Wykładowca finansów, radca francuskiego senatu, wspaniale posługiwał się mową Racine'a, a innymi ani mru-mru. Nie był przecież skazany na milczenie, bo nasi gospodarze, poza śpiewną mową Mickiewicza i Słowackiego, mową, która tu jest naprawdę śpiewna, sprawnie posługiwali się nie tylko obowiązkowym, lecz tym razem bezużytecznym angielskim, ale i po francusku świetnie dawali sobie radę. A z powodu rozmowy to w ogóle czułem się jak w Brukseli. Dlatego że była o polityce rolnej, o nieznanych mi jej filarach, których doliczyć się nie umiem, o impaktach dopłat i innych niezrozumiałych sprawach związanych z tym, że Unia jednym to, a tamtym tamto. Sprawy, muszę niestety zaznaczyć, niezrozumiałe były tylko dla mnie, bo mój gość specjalizuje się w europejskich kwestiach rolnych, a dwie panie, które nas przyjmowały - Elżbieta Filipowicz, dyrektor Departamentu Rozwoju Rolnictwa przy Urzędzie Marszałkowskim Podlasia i Joanna Sokólska z lokalnej grupy działania Puszcza Knyszyńska - znały przedmiot jeszcze lepiej.

Znały też zagraniczne obyczaje i wiedziały, że Francuz zasiąść musi do stołu z wybiciem południa, więc zaraz zaprowadziły nas do restauracji. Miałem lekkie obawy, że restauracja będzie równie europejska, znaczy pizza, hamburger, może sałatka Cezar i do tego rukola albo wręcz carpaccio. Szczęśliwie kolejny raz tego dnia się myliłem. Wszystko było polskie - polskie, jak w pewnej wierszowanej powieści polska jest Litwa, ojczyzna moja.

Restauracja zwała się Prynuka. Słowo pochodzi z ruskiego, nie wiem, czy z białoruskiego czy z ukraińskiego, w polszczyźnie zadomowiło się od wieków i choć po tamtejszemu to po prostu zachęta, oznacza natarczywe namawianie do jedzenia i picia. ? było co jeść i pić, ale prynuki nie było, mawiano z nieukontentowaniem? - pisał Jan Stanisław Bystroń w ?Dziejach obyczajów w dawnej Polsce?.

W Prynuce była prynuka, choć nienatarczywa. Rozpoczęliśmy sałatką buraczkową, a echo grało: O boćwino! Hipokreno Litewska!

Był rosół z kołdunami bezwzględnie litewskimi, ale ponieważ Mickiewicz gdzieniegdzie uważany jest za poetę białoruskiego, więc nie będę się sprzeczał. Potem podano pierogi, niby takie jak wszędzie od Tatr do Bałtyku, ale przecież inaczej śpiewały nadzieniem mięsno-jaglano-gryczanym, a niektóre, rumieniąc się wstydliwie, wmawiały, że zwą się pielmieni. Jakby tego było mało (nie było, ale wciąż się chciało), na stół wjechały harczoczki, czyli wyjęte z piekarnika kamionkowe garnuszki, a w nich duszona z jarzynami wołowina i baranina. Deser też był dietetyczny - pieczone jabłko z kaszą jaglaną i bakaliami. Jedliśmy do kresu sił, popijając kwasem chlebowym. W głowie szumiało jakąś rzeką, nie wiem, Supraślą czy Niemnem, ale na pewno tam wrócę.