Marek: Jakie realia dziś na rozkładzie?
Tadeusz: Zupne.
M: Nareszcie! ?W te ciemne, słotne i podłe dni tylko dzięki zupie nie tracę wiary w ludzkość, ani własne człowieczeństwo?. Koniec cytatu.
T: Kto to powiedział?
M: Chyba jakiś mężczyzna. Wiary nie traci mężczyzna, pod warunkiem że dostanie talerz ciepłej zupy. Najlepiej od mamy.
T: To samo czuję, przyjacielu, ale...
M: Zawsze musisz wyjechać z tym ?ale?! Nawet gdy mowa o zupie, która jest oczywista, jak wszystko, co święte, ty masz jakieś ?ale?! Jedno, kilka?
T: Jedno. I nie do zupy jako takiej. Moje ?ale? tyczy się sposobów jedzenia zupy.
M: Mam w tej dziedzinie spore doświadczenie, więc mogę z czystym sumieniem cię zapewnić, że do zupy sztućcem najstosowniejszym jest łyżka.
T: Ty sobie kpisz, a ja mówię o sprawach poważnych. Sprawach życia i śmierci. Śmierci towarzyskiej, środowiskowej, choć nie tylko. Podam przykład ekstremalny. Japoński smakosz, który przez całe długie życie trzymał się miastowej etykiety i makaron zaledwie zraszał bulionem, na łożu śmierci zażądał, by podano mu michę dymiącego rosołu, w którym pływała średniej wielkości porcja makaronu.
M: Rozumiem. Całe życie znał proporcjum, dużo twardego, mało mokrego, ale w głębi duszy był mu przeciwny, więc dopiero in articulo mortis mógł sobie pozwolić na prawdziwą przyjemność. Jaka szkoda, że tak późno.
T: Lecz w tej anegdocie chodzi tyleż o smakosza-nieszczęśnika, co o morderczą etykietę. Mówisz:
łyżka. Ale jak się z nią obchodzić? Jak postąpić z prawie pustym talerzem? Zostawić w nim resztkę zupy, żeby uniknąć blamażu, który spowoduje przechylenie talerza od się, zamiast do się lub vice versa? A zostawiać cokolwiek na talerzu w gościnie będąc, nie jest-li blamażem niepomiernie większym?
M: Dotykasz spraw fundamentalnych. Czy wolno łyżkę włożyć do buzi? To naturalne, ale w pewnych kręgach uważane za nieeleganckie. Zupę należy wypić z łyżki, nie wkładając jej do ust. Dokonać transferu bezdotykowego. Jaki to ma wpływ na przyjemność jedzenia zupy - arbitrzy elegancji mają w nosie.
T: A jednak w Japonii, gdzie etykieta stołowa i wszelkie inne są sztuką wielką i pradawną, jedzeniu rosołu z makaronem ma towarzyszyć odgłos wsysania, a kto wciąga bezgłośnie, daje przez to
do zrozumienia, że mu nie smakuje. Co innego w przypadku zup bez makaronu, które je się jak consommé w Wersalu za czasów sprzed gilotyny.
M: W tym wypadku wsysanie zostało zastąpione siorbaniem. Co do którego etykieta też się odnosi. Siorbano w czasach sprzed gilotyny, siorbano w czasach jej funkcjonowania, i w czasach po gilotynie. W postmodernizmie, postnowoczesności, posthistoryzmie, postkolonializmie też się siorbie. I siorbać będzie w przyszłych stuleciach. A co mówi etykieta na temat siorbania?
T: Unikać.
M: Czyli najlepiej nie przychodzić na świat.
T: Tak, ale skoro już się urodziłeś, próbuj nie siorbać.
M: Nie da się. Zupa jest do siorbania. Po to ją wymyślono. Nie ma potrawy, która by bardziej ujawniała, że człowiek, mimo całej obróbki cywilizacyjnej, mimo przykazań, jak zachowywać się przy stole, jest tylko ciałem. Nie ma potrawy, która by lepiej pokazywała, jak bardzo potrzebne jest nam jedzenie, żeby żyć. Jak jesz widelcem i nożem, możesz zachować pewien dystans do jedzenia. A do gorącej zupy nie możesz i nie powinieneś. Uwielbiam siorbanie.
T: Wiem.
M: Kto nie siorbie, niech lepiej nie je zupy! Kto nie siorbie, niech...
T: Puść mój rękaw!
M: Przepraszam, uniosłem się. Nie lubię, jak ludzie cicho jedzą zupę i się kontrolują. Starają się być jak trzeba. Bardzo lubię, jak siorbią kobiety. A najbardziej lubię, jak siorbią kobiety, które lubię i jeszcze więcej.
T: Ty to jednak nie jesteś normalny, przyjacielu. Tak mówiąc wprost, bez etykiety.
M: Bo siorbiąc, przełamują swoją dyskrecję, elegancję, staranność o wygląd i powstaje taki piękny rozdźwięk między makijażem a odgłosem, między maską a prawdą, między szminką a naturą.
T: Na temat siorbania wiemy zatem wszystko. Lecz nie wyczerpuje to tematu etykiety zupnej. Potrafisz jeść cebulową?
M: Tak do tej pory sądziłem, ale twoje inkwizytorskie spojrzenie każe mi teraz w to wątpić.
T: Nie wywiniesz się tak łatwo, robaczku! Dostajesz talerz zupy gęstszej lub rzadszej, a na powierzchni pływa grzaneczka z puszystej, pszennej bagietki, z roztopionym serem typu ementaler. Co robisz?
M: Staram się ją omijać, aż zjem całą zupę, bo wówczas ona będzie już jak gąbka miękka, a ser przestanie się ciągnąć - i jednym ruchem włożę ją do ust i połknę gładko?
T: Przenigdy! Jeśli dostajesz taką zupę, wylewasz
ją kucharzowi na łeb, obrzucając go wyzwiskami!
M: To chyba wbrew wszelkiej etykiecie, poza koszarową.
T: Nawet do koszar taka zupa się nie nadaje! Wyobrażasz sobie, jak stu rekrutów wciąga ten ser, a on się ciągnie i jest coraz dłuższy, i ani zębami nie da rady go przegryźć, ani łyżką bojową przeciąć, i nagle z całej zabawy w wojsko robi się farsa ? la Gombrowicz?
M: No tak, pocieszny widok. Ale w domu czy oberży ciemnej jakoś ujdzie.
T: ?Jakoś? nie znaczy na sucho. Po pierwsze - nie dawać mi do cebulowej ementalera, ani innych,
co się ciągną jak gumka od kalesonów. Gruy?re ma być albo parmezan i szlus. Po drugie - jeśli
wiadomo, że samą łyżką bojową będzie niezręcznie, wydać noże i widelce.
M: Według rozkazu. A można coś wypić?
T: A masz coś?
M: Nie, tak ogólnie pytam, czy do zupy wino wypada podać. Bo mądrość ludowa głosi, że tylko ludzie głupie nie piją przy zupie.
T: Przykładowo, szczawiowej?
M: Wykoślawiasz sens mojego pytania. Bynajmniej, właśnie na nie odpowiedziałem. Zupy gładkiej niczym się nie popija. Równie dobrze mógłbyś podać wino do herbaty. Jak jest dużo mięsa czy ryb, albo warzyw, fasoli i makaronu - nie wypada wina nie podać. Teraz ty wyjaśnij, do jakiej zupy jakie.
M: Kiedy ja mam dość tej suchej teorii. Posiorbałbym trochę.
T: To już na następnej stronie. Mam tu takie przepisy na zupy, które przywrócą ci wiarę we własne człowieczeństwo, kiedy pod wpływem mazowieckiej aury zapragniesz być choćby małym kamieniem
na śródziemnomorskiej plaży.