Siedemdziesiąt lat temu francuski pisarz Paul Morand opisywał lunch w Nowym Jorku. Opisywał z wyraźnym obrzydzeniem. Amerykanie, jedzący szybko, na stojąco, bez zdejmowania kapelusza, przypominali mu konie w stajni. Dwadzieścia lat później amerykański socjolog Daniel Lerner ze zdziwieniem obserwował w Paryżu obyczaje żywieniowe Francuzów. Rytualne posiłki spożywane o stałych, sztywnych porach przywodziły mu na myśl ogród zoologiczny. Ciekawe, że biegunowo przeciwne obserwacje prowadziły podróżników do takiego samego wniosku: obcy jedzą jak zwierzęta.

W porównaniu do panujących przez wieki i wciąż niewygasłych ludowych przekonań wielce byli łagodni. Prezes Książki i Wiedzy Włodzimierz Gałąska pokazał mi we wznowionej przez to wydawnictwo "Megalomanii narodowej" Stanisława Bystronia przyśpiewkę z okolic Stanisławowa, w której młode dziewczę twierdzi, że nie wyjdzie za Rosjanina, bo: "Moskal niewiara, czartu duszę sprzedał. Na naszym Kościele Boże słońce świeci. Mówią, że Moskale jedzą żywcem dzieci". Wiara Polaków w ludożerstwo Rosjan stara jest i rozpowszechniona. Eisenstein w "Iwanie Groźnym" pokazuje przyjęcie kniazia Andrieja Kurbskiego przez Zygmunta Augusta. Damy pożerają przystojnego księcia oczami, ale jedna skutecznie studzi zachwyt sąsiadki, szepcząc: - Czy pani wie, że ci Moskale pożerają niemowlęta?

W roku 1815, gdy po klęsce Napoleona rosyjskie wojska stały w Paryżu, żadne dziecko nie miało odwagi pokazać się poza domem, gdyż wierzono powszechnie, że Kozacy jedzą dzieci. Rosjanie to przecież niejedyni europejscy ludożercy. W Saksonii, jeszcze niewiele ponad sto lat temu, panowało przekonanie, że pożeraczami dzieci są Polacy. Polska reputacja nie dorównuje jednak francuskiej. W tejże "Megalomanii" Bystroń przypomina rozruchy Żydów galicyjskich, którzy pod koniec XVIII wieku zbuntowali się na wieść o poborze do wojska austriackiego. Pewnie bali się wojny, ale najbardziej się obawiali, że wpadną w ręce ludożerczych Francuzów.

W kanibalizm Francuzów od wieków - przynajmniej od wojny stuletniej - nie wątpili Anglicy. A gdy przestali być katolikami i odrzucili dogmat o przemianie chleba i wina, głosili wręcz, że podczas mszy Francuzi zjadają ciało ludzkie i piją krew. Takie pomówienia nie występowały jedynie wśród ciemnych i maluczkich. Pod koniec XVIII wieku pisał wielki apostoł liberalizmu Edmund Burke: "istnieją niepodważalne dokumenty, świadczące o tym, że francuscy ludożercy, po zmasakrowaniu swych ofiar, wyrywają im serca, wyciskają z nich krew, w pucharach mieszają z winem i piją z rozkoszą". A przecież Burke, choć po ojcu był protestantem, kilka lat spędził w katolickiej rodzinie matki i dobrze znał katolickie obyczaje. No cóż, bliźniego, sąsiada zna się lepiej albo gorzej, ale na ogół nie kocha. I dlatego bez weryfikacji wiemy, że jeśli nawet nie wysysa krwi niewiniątek, to na pewno żywi się jak bestia.

A najciekawsze, że szybko postępująca globalizacja i związana z nią standaryzacja pożywienia, niesamowicie zmieniając warunki zaopatrzenia, przygotowania i podawania posiłków, niemal wcale nie zmienia mentalności. Jutrzenka McDonald'sa, świecąca dwoma złotymi łukami, od Nowej Zelandii po krąg arktyczny, równie jasno pod Wawelem na Floriańskiej, co w Paryżu na Polach Elizejskich, w muzułmańskiej Syrii i w żydowskim Izraelu, jak dotychczas nie zwiększyła porozumienia między narodami. Znaczy, nie jest to jeszcze jutrzenka nadziei.

Ludwik Lewin

dziennikarz, poeta i pisarz, znawca kuchni i zacnych trunków. Mieszka w Paryżu. Kontakt: ludwik.lewin@wanadoo.fr