Nie lubię ananasów, bo śmierdzą naftą i zaczadzają powietrze - powiedziała mi znajoma spotkana na porannych zakupach pod Halą Mirowską. Lekko osłupiałem, gdyż nigdy tego nie zauważyłem, choć chlubię się (po cichutku i przed samym sobą) wybitnym smakiem i powonieniem oraz głęboką wiedzą o owocach i jarzynach. Pomyślałem o durianie, rarytasie z południowo-wschodniej Azji, wspaniałym, słodkim, delikatnym i śmierdzącym jak źle przetrawiony czosnek.

Ale durianów na straganach nie było, a moja znajoma mówiła o ananasach. Szybko okazało się, że mówiła metaforycznie. Nafta w ananasie oznaczała paliwo samolotowe, niezbędne do sprowadzenia egzotycznego owocu nad Wisłę. A zaczadzone powietrze to dwutlenek węgla zostawiony w atmosferze przez wypalony kerozen.

Ubocznym skutkiem zawrotnego wzrostu cen ropy naftowej stało się spopularyzowanie tendencji do jedzenia produktów miejscowych. Tendencja ta, jak większość tendencji, narodziła się kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych, dokładniej w San Francisco. Cztery panie z tego awangardowego miasta Kalifornii oburzyły się, że produkty spożywcze, zanim trafią na talerze, odbywają bardzo długie podróże. Jeśli, tak jak one, wierzyć ekspertom, w USA jest to przeciętnie 2000 km, w Europie niewiele mniej. Te dystanse to nie tylko odległość od sadu, pola, plantacji do konsumenta. To również transporty od producenta do hurtownika, następnie do składów wielkich sieci supermarketowych i wreszcie na półki sklepowe. Czyli sprawa bardzo nieprzyjazna środowisku, bo dwutlenek węgla w milionach ton i ocieplenie klimatyczne.

Cztery panie szybko się zorganizowały, napisały manifest, w którym wzywały, żeby jeść wyłącznie produkty powstałe w promieniu stu mil (160 km) od miejsca zamieszkania. Ukuły nawet nazwę dla swego ruchu - Locavore, loca od "lokalne", a vore od łacińskiego vorare - "pochłaniać". Na tej samej zasadzie zbudowane są po angielsku carnivore - "mięsożerny", czy herbivore - "roślinożerny". Locavore należałoby pewnie przetłumaczyć na polski jako "lokafag", ale wciąż byłoby niezrozumiałe, więc po co.

Pożywienie ma być nie tylko z bliska, ale o właściwej porze. Porze roku. Grudniowe pomidory i styczniowe truskawki spożywają od dziesięciu do dwudziestu razy więcej oleju napędowego niż w sezonie. Jedzenie produktów "ekologicznych", "biologicznych", "organicznych", czy jak je nazwać, to sposób dbania o własną osobę, a nie o środowisko i przyszłość Planety, jeśli sprowadzane są one z dalekich krajów. Szczególnie, gdy w trosce o świeżość, przylatują samolotami - powietrzny transport to 50 razy więcej gazów cieplarnianych niż przy przewozie morskim.

Nawet rodzime befsztyki na paliwo łakome są jak samochody. Na każdy kilogram wołowiny z intensywnej hodowli idzie go tyle, co na przejechanie osiemdziesięciu kilometrów średniolitrażowym autem - twierdzi francuski ekspert. Idealne odżywianie się, według Sztokholmskiego Instytutu Środowiska (Stockholm Environment Institute), powinno być zrównoważone, biologiczne, wegetariańskie i lokalnego pochodzenia.

Jestem za, a nawet przeciw. Chętnie zrezygnuję z holenderskich pomidorów. Ponieważ nigdy nie należałem do bananowej młodzieży, na starość obejdę się bez ananasa. Nie muszę pić szampana, a i węgrzyna zastąpić mogę gorzałką zrobioną w Żyrardowie ze złotego dańkowskiego żyta. By jeszcze lżejszy był ślad węglowy, jaki po sobie zostawię, przestanę jeździć tramwajem do Hali Mirowskiej i zadowolę się tym, co znajdę na "szczękach" rozłożonych na rogu Górczewskiej i Płockiej. Ubrany w lnianą koszulę - bawełnę trzeba sprowadzać z daleka - cieszyć się będę z całkowitej swojskości. Nie będę przecież odcięty od świata. O radościach autarkii podyskutuję w internecie z paniami z San Francisco. Przy okazji dowiem się o rakietowo-jądrowych sukcesach Islamskiej Republiki Iranu. Nie przykrywając się gazetą (w trosce o lasy), spokojnie doczołgam się na cmentarz. I wreszcie przestanę pieprzyć, bo pieprz przecież też z Indii.

Ludwik Lewin - dziennikarz, poeta i pisarz, znawca kuchni i zacnych trunków. Mieszka w Paryżu. Kontakt: ludwik.lewin@wanadoo.fr