Nie ma tu domu, obok którego nie byłoby sadu lub kilku bodaj drzew owocowych, nadto niektóre drogi i skraje pól ujęte są?w szeregi śliw? - tak opisywano Łącko w 1923 roku w periodyku ?Ogrodnictwo?. Wieś rozsławiły jednak nie sady, a zdradliwy trunek, co daje krzepę i krasi lica, a niewprawionych smakoszy potrafi zwalić z nóg, jakby byli snopkiem owsa. Niewiele osób wie, że jedyną legalną w regionie śliwowicą - bo o niej mowa - jest ta od Krzysztofa Maurera, sadownika i producenta soków.
Jak śliwka w zacier
O legalizację śliwowicy walczono w okolicy przez 22 lata. W Łącku z ustawy zezwalającej na handel alkoholem z przydomowej produkcji skorzystał jedynie Maurer. Dlaczego tylko on? Sporo przy tym biurokracji - to jedno. Na głowie siedzą urząd celny i sanepid. Ale  ważniejsze, że akcyza na śliwowicę nie należy do niskich, dlatego też butelka legalnie zrobionego trunku kosztuje dwukrotnie więcej niż ta spod lady. Po co się więc z państwem dzielić zarobkiem i zrażać klientów wysokimi cenami, skoro tyle lat proceder nielegalnego pędzenia bimbru kwitł. Niejeden dom stanął tu dzięki sprzedaży butelek brzęczących wesoło w bagażnikach wyjeżdżających z Łącka turystów.
- W gminie dziwnie na mnie patrzono. Pukali się w czoło - Krzysztof Maurer opowiada o reakcji mieszkańców Łącka. Podobne głosy towarzyszyły też innej jego decyzji. W roku 2002, jako jeden z pierwszych w Polsce, Maurer zaczął sprzedawać tłoczone na zimno soki. Na początek dwa rodzaje: z jabłek i z gruszek. Teraz podobne tłocznie wyrastają w całej Polsce jak grzyby po deszczu, a Maurer dalej się rozwija - w jego ofercie są już soki z blisko 20 odmian owoców i warzyw, m.in. z truskawek, czarnych porzeczek, buraków, rabarbaru, selera, czarnego bzu.
Owocowy start up
Pomysł na to, by tłoczyć soki, przyszedł do głowy panu Krzysztofowi, kiedy rodzinne gospodarstwo borykało się z problemami ze sprzedażą owoców. - Mieliśmy w domu starą prasę i tłoczyliśmy soki na własny użytek. Pomyślałem, że może warto byłoby zbudować taką tłocznię z prawdziwego zdarzenia i raz na zawsze uniezależnić się od skupów - z uśmiechem wspomina

Nie ma tu domu, obok którego nie byłoby sadu lub kilku bodaj drzew owocowych, nadto niektóre drogi i skraje pól ujęte są?w szeregi śliw? - tak opisywano Łącko w 1923 roku w periodyku ?Ogrodnictwo?. Wieś rozsławiły jednak nie sady, a zdradliwy trunek, co daje krzepę i krasi lica, a niewprawionych smakoszy potrafi zwalić z nóg, jakby byli snopkiem owsa. Niewiele osób wie, że jedyną legalną w regionie śliwowicą - bo o niej mowa - jest ta od Krzysztofa Maurera, sadownika i producenta soków.

 

Jak śliwka w zacier

O legalizację śliwowicy walczono w okolicy przez 22 lata. W Łącku z ustawy zezwalającej na handel alkoholem z przydomowej produkcji skorzystał jedynie Maurer. Dlaczego tylko on? Sporo przy tym biurokracji - to jedno. Na głowie siedzą urząd celny i sanepid. Ale ważniejsze, że akcyza na śliwowicę nie należy do niskich, dlatego też butelka legalnie zrobionego trunku kosztuje dwukrotnie więcej niż ta spod lady. Po co się więc z państwem dzielić zarobkiem i zrażać klientów wysokimi cenami, skoro tyle lat proceder nielegalnego pędzenia bimbru kwitł. Niejeden dom stanął tu dzięki sprzedaży butelek brzęczących wesoło w bagażnikach wyjeżdżających z Łącka turystów.

- W gminie dziwnie na mnie patrzono. Pukali się w czoło - Krzysztof Maurer opowiada o reakcji mieszkańców Łącka. Podobne głosy towarzyszyły też innej jego decyzji. W roku 2002, jako jeden z pierwszych w Polsce, Maurer zaczął sprzedawać tłoczone na zimno soki. Na początek dwa rodzaje: z jabłek i z gruszek. Teraz podobne tłocznie wyrastają w całej Polsce jak grzyby po deszczu, a Maurer dalej się rozwija - w jego ofercie są już soki z blisko 20 odmian owoców i warzyw, m.in. z truskawek, czarnych porzeczek, buraków, rabarbaru, selera, czarnego bzu.

Owocowy start up

Pomysł na to, by tłoczyć soki, przyszedł do głowy panu Krzysztofowi, kiedy rodzinne gospodarstwo borykało się z problemami ze sprzedażą owoców. - Mieliśmy w domu starą prasę i tłoczyliśmy soki na własny użytek. Pomyślałem, że może warto byłoby zbudować taką tłocznię z prawdziwego zdarzenia i raz na zawsze uniezależnić się od skupów - z uśmiechem wspomina skupów - z uśmiechem wspomina Maurer. - Na początku szło słabo i myślałem, że wrócę do gospodarki - opisuje. Przełomem okazał się jednak wyjazd w 2006 roku na targi ekologiczne BioFach do Norymbergi. Tam Maurer poznał kilku polskich dystrybutorów.
- Zrozumiałem wtedy, że warto robić coś inaczej niż wszyscy i skupić się na ekologii. Początkowo zakładałem nawet, że będziemy produkować jedynie soki ekologiczne, ale kiedy jednego roku z powodu braku dopłat do rolnictwa ekologicznego miałem problem z kupieniem owoców, postanowiłem stworzyć też drugą linię, Łąckie Ogrody - tłumaczy, nalewając do szklanki sok jabłkowo-morelowy.

Jesteśmy na parterze niedawno wybudowanego domu. Na?stole, przy którym usiąść może kilkanaście osób, ktoś zaczął układać puzzle. Przez okno widać huśtawki i zjeżdżalnię. Po drugiej stronie podwórka stoi rodzinny dom Maurera. Większość podwórka zajmują jednak tłocznia i magazyny. Trwa właśnie tłoczenie soku z owoców dzikiej róży. Na swoją kolej czeka teraz aronia - kilkaset kilogramów.

 

Pokuta w drzewkach

Część owoców, których używa pan Krzysztof, pochodzi z okolicy. Tutejsze tradycje sadownicze sięgają XIII wieku. Ogromne zasługi w propagowaniu uprawy drzew owocowych mieli w XIX wieku Austriacy, którzy zarządzili obsadzanie dróg drzewami owocowymi i założyli pierwszy sad z prawdziwego zdarzenia. Chociaż ojcem chrzestnym łąckiego sadownictwa nazywa się Stanisława Wilkowicza, kierownika szkoły na przełomie XIX i XX wieku, to do rozwoju sadów przyczynili się też łąccy proboszczowie. Ksiądz Maciej Szaflarski, który proboszczem został w 1844 roku, miał nakazać z ambony, by wszyscy narzeczeni przychodzący do kancelarii parafialnej dawać na zapowiedzi przynosili zaświadczenia, że posadzili w swych ogrodach co najmniej dziesięć drzew owocowych. Kilkadziesiąt lat później, ?rozczarowany stanem moralnym tutejszych parafian?, ksiądz Jan Piaskowy postanowił wyrwać wieś z marazmu. Od swoich podopiecznych wymagał jednak nie tylko przestrzegania przykazań, lecz także, jak można przeczytać w parafialnym archiwum, ?znajomości zawodowych: umiejętności uprawy roli, szczepienia i sadzenia drzewek, chowu bydła?. Legenda głosi, że pokutą za grzechy było sadzenie drzewek owocowych. Złośliwi się zastanawiali, co więc na sumieniu musiał mieć sam proboszcz, skoro jego sad należał do największych w okolicy...

Sady rozrastały się do tego stopnia, że w 1910 roku kronikarz zapisał: ?Gdy na tem polu praca tem tempem pójdzie dalej, cała okolica przedstawi się w niedalekiej przyszłości jak jeden ogromny sad. Lud tu przejrzał i przekonany, iż sad więcej zysku przynosi niż pole orne, chwycił się tej gałęzi przemysłu?.

Jak to wygląda dziś? Wyruszamy na wycieczkę po wzgórzach opadających łagodnie ku dolinie, którą płyną Dunajec i jego dopływ - Kamienica. Pan Krzysztof obwozi nas po okolicy. Częściowo porośnięte lasami pagórki poszatkowane są niewielkimi polami uprawnymi; tworzy się kolorowy dywan. Wypatrujemy sadów. Coraz mniej jest tych, w których stateczne jabłonie o rozłożystych koronach z pewnej odległości przypominają drzewa oliwne. Większość sadów przywodzi na myśl Wypatrujemy sadów. Coraz mniej jest tych, w których stateczne jabłonie o rozłożystych koronach z pewnej odległości przypominają drzewa oliwne. Większość sadów przywodzi na myśl raczej winnice. Gęsto posadzone drzewka rzadko są wyższe niż trzy metry. Prowadzi się je na drewnianych palikach. - Niedługo w całym Łącku nie będzie można znaleźć sadów, jakie porastały te wzgórza kilkadziesiąt lat temu - mówi pan Krzysztof i wspomina zasadzony jeszcze przed wojną rodzinny sad, który został wycięty w latach 90. Wielu gospodarzy rezygnowało wówczas ze starych odmian i wybierało te bardziej wydajne i słodsze, stworzone już w drugiej połowie XX wieku. Nikt nawet wtedy nie przypuszczał, że popularne stanie się rolnictwo ekologiczne ani że to właśnie stare odmiany, odporne na trudne warunki pogodowe i choroby, będą przy tej formie uprawy przynosiły lepsze zbiory.

 

Nostalgiczny jabcok

Tak się składa, że to stare odmiany są najlepsze do produkcji cydru, żartobliwie nazwanego przez Krzysztofa Maurera Jabcokiem. Pierwszy jego Jabcok stanął na sklepowej półce dwa lata temu. Premierę poprzedziło kilkanaście mniej lub bardziej wybuchowych prób, żmudne opisywanie całego procesu, a w końcu - poszukiwania krachli, czyli charakterystycznie zamykanych butelek. Największym wyzwaniem było przede wszystkim znalezienie receptury, która za każdym razem daje podobny rezultat. - Trzeba pamiętać, że w produkcji prawdziwego cydru udział biorą żywe organizmy, a nie komputer i substancje chemiczne - tłumaczy pan Krzysztof. A potem dodaje: - Nasz cydr nie jest niczym innym, jak w pełni wyfermentowanym moszczem jabłkowym. Musuje dzięki naturalnemu dwutlenkowi węgla, który wytworzył się w procesie fermentacji. Do produkcji cydru używamy jabłek starych odmian, bo są mniej słodkie i bardziej aromatyczne.

Niedawno w jednym z pomieszczeń w Zarzeczu stanęło urządzenie, które wyglądem przypomina batyskaf. Wprost do stalowej kadzi spływa z niego owocowa esencja - destylat. - Myślałem, że zdążę na 25-lecie demokracji przygotować owocowe destylaty w 25 smakach, ale się nie udało - żartuje Maurer. - Mam nadzieję, że nasz region zasłynie kiedyś z okowity. Moglibyśmy mieć nasz polski calvados - snuje marzenia. Na razie Morelowica z Łącka została nagrodzona na tegorocznym Festiwalu Smaku w Grucznie, zresztą wraz z produkowanym przez Maurera winem agrestowym. - Mam jeszcze kilka pomysłów na upłynnianie owoców, ale na razie muszą one zostać w mojej głowie - uśmiecha się pan Krzysztof.

Manufaktura Maurera: Zarzecze 1, Łącko, sklep  firmowy: Zabrzeż 318, tel. kom. 605 913 100, soki@maurer.com.pl, manufakturamaurera.pl

Zdjęcie BIOWIN Butelka dekoracyjna MARASCA 43608964 Zdjęcie BIOWIN Butelka z hermetycznym zamknięciem JABŁKA 44365090 Zdjęcie BIOWIN Butelki na wino BUW80.75BIA
BIOWIN Butelka dekoracyjna ... BIOWIN Butelka z hermetyczn... BIOWIN Butelki na wino BUW8...
źródło: Okazje.info