Mimo tego trendu rośnie też grupa osób, którym zależy na wysokiej jakości spożywanych produktów. Nie chcą jedzenia, które dotarło do sklepów nie wiadomo skąd, zlewanego chemią (raz, by pięknie rosło i drugi raz, by wytrzymało transport). Marzy im się powrót do warzyw z babcinej grządki, owoców zrywanych wprost z krzaka. Ich smakom nie są w stanie dorównać warzywa i owoce z hurtowni. Czy rzeczywiście są tańsze? Wszak „nie ma darmowej kawy”, za wszystko ktoś musiał zapłacić... Gdy pośredników sprzedaży jest wielu, zarobić musi każdy. Traci na tym producent, bo musi proponować jak najniższe ceny, i tracimy my – konsumenci, bo cena w sklepie to także transport, magazynowanie, obsługa kas oraz zarobek pośredników.
Zaczęliśmy się nad tym zastanawiać, a przede wszystkim myśleć, co dajemy jeść własnym dzieciom. I czy to, co jemy sami, jest zdrowe? Tak powstała nowa zdrowa moda: na powrót do źródeł. W sezonie staramy się jak najczęściej kupować bezpośrednio na wsi. Prosto od rolnika! Albo hodować na własnej działce, tarasie, balkonie lub... choćby w doniczce. Powstaje coraz więcej Klubów Zakupowych, kooperatyw (jak warszawska „Dobrze”) i małych wspólnot, które zajmują się zaopatrywaniem swoich członków w warzywa i owoce ze wsi, ale też z ekologicznych gospodarstw za granicą. Płody rolne, które kupują, produkowane są tradycyjnie, w czystym środowisku, choć nie zawsze z certyfikatami „bio” i „eko”, które podnoszą cenę. I co ważne, sprzedawane są po korzystnej dla obu stron cenie.
Może nie taniej, niż w supermarkecie, ale taniej niż w wypasionym eko-sklepie. Jest i dodatkowy bonus: przystępując do kooperatywy, Klubu Zakupowego czy inwestując w „Paczkę od rolnika” (z dostawą, często bezpłatną, pod drzwi) wspieramy gospodarkę. Pomagamy polskim rolnikom! Zupełnie inaczej też smakuje sałata wprost z grządki pana Jana, który nie używa chemicznych oprysków, jabłka z sadu, bób w strąkach świeżo zerwany z gałązek... Nie mówiąc już o jajkach od pani Józi, która ma 10 kur biegających po podwórku, a nie fermę – ponury obóz koncentracyjny dla ptaków.
W Warszawie, jeśli nie mamy sprawdzonego targowiska w pobliżu, kupujemy warzywa na sezonowym targu, np. u Pana Ziółko. Nie żal nam czasu, by pojechać za miasto do państwa Majlertów: jesienią, w Dniu Szabrownika, gdy każdy może sam zebrać to, co zostało w polu, stawiają się tam tłumy. Dobrze jest wiedzieć, kto, gdzie i jak wyhodował liście i bulwy, które wkładamy do garnka. Przez internet kupimy „Paczkę od rolnika”: może być wysłana w dowolne miejsce w kraju. „Rano zebrano”, wspólnota producentów żywności, zapewnia, że warzywa zerwane rankiem dostarczy kurierem w dowolne miejsce Polski najpóźniej następnego dnia. Jeśli nie macie sprawdzonych dostawców blisko domu, przejrzyjcie internetowe zagony.
Kto nie chce kupować jedzenia przez internet, zawsze może oprócz kwiatów posadzić w doniczkach trochę warzyw (pomidorki koktajlowe, minipapryczki). Miejskim ogrodnikom w tym roku z pomocą przyszła supermarkety budowlane i sklepy ogrodnicze, które sprzedaj zestawy do uprawy, pojemniki, podłoża, nawóz, oświetlenie i regały) umożliwia prowadzenie upraw hydroponicznych – czyli w wodzie zamiast w ziemi – właściwie... wszędzie. Przez cały rok, nie trzeba nawet mieć balkonu. Możemy hodować w ten sposób sałaty (endywię, rukolę, cykorię, sałatę rzymską), kapustę pack choy, różne odmiany bazylii, kolendrę, pietruszkę naciową, rukiew wodną i inne cuda. Jeśli nie mamy ani odrobiny gruntu – zaufajmy wodzie. Świeże warzywa i zioła to przecież samo zdrowie. A skoro już jesteśmy tym, co jemy, to jadajmy tylko to, co najlepsze...