W1986 roku McDonalds miał otworzyć swoją pierwszą filię we Włoszech – tuż obok przepięknych Schodów Hiszpańskich. Informacja o tym wywołała wielkie oburzenie – był to bowiem zamach na wszystko, co włoskie, a według inicjatora i przywódcy protestu, dziennikarza Carlo Petriniego – także ludzkie. Z owego protestu zrodziła się organizacja, którą Petrini nazwał Slow Food. Jej działalność, w którą zaangażowane jest aktualnie ponad sto tysięcy osób, obraca się wokół pozytywnych praktyk związanych z jedzeniem.

Miłość do jedzenia obrała u ciebie ciekawe drogi…

Te trzydzieści lat temu po prostu musiałem zrobić coś w reakcji na planowane otwarcie fastfoodu w jednym z najpiękniejszych, historycznych miejsc w Rzymie. Zawieszenie przy Schodach Hiszpańskich tego wielkiego, żółtego, „M” całkowicie rozmontowałoby estetycznie nasze włoskie dziedzictwo. Ludzie byli absolutnie temu przeciwni. Razem z przyjaciółmi zorganizowaliśmy więc biesiadę – rozdawaliśmy na placu makaron, potrawę chyba najtrafniej symbolizującą włoską kulturę. Wykorzystując najważniejsze dla naszej tradycji danie – będące w pamięci i sercu każdego Włocha – postanowiliśmy zaprotestować wobec homogenicznemu „wszędzie to samo”, proponowanemu przez fast foody. Oczywiście McDonalds i tak się otworzył, ale osiągnęliśmy przynajmniej część tego, o co walczyliśmy – logo „M” zostało zmniejszone, by uszanować miejsce i jego mieszkańców. Wtedy to zdecydowaliśmy się założyć organizację, która miała ocalić tradycyjny smak, potrawy i produkty na całym świecie. W końcu są one nie tylko kluczowe dla zachowania bioróżnorodności planety, ale też dla naszej tożsamości, poczucia przynależności i naszej kultury.

Ruch się rozrósł. Już nie promujesz tylko produktu lokalnego, masz realny wpływ na politykę rządów, dotyczącą np. rolnictwa.

Od lat powtarzam, że dogmatem Slow Food jest, że każdemu na tej planecie należy się łatwy dostęp do dobrego, niezanieczyszczonego i wyprodukowanego w prawy sposób jedzenia. Nikt nie może iść do łóżka głodny, i każdy powinien mieć dostęp do pokarmu, który jest jedzony w jego kulturze – to również ważne! Np. Afrykańczycy powinni móc spożywać produkty i dania, które lubią, które im smakują, które jedli od wieków – potrawy będące dla nich bardziej pożywne, niż te, których jedzenie czasem wymusza na nich zachodni styl życia czy pracodawcy – obcokrajowcy. Wiadomo, że jako Slow Food jesteśmy najbardziej znani ze swojej działalności kręcącej się wokoło smaku i historii ludzkich – promujemy tylko jedzenie sezonowe, najlepsze o danej porze roku – jest ono wtedy świeże i nie trzeba go mrozić czy puszkować – pochodzi z terytorium, na którym mieszkamy – nie musi wtedy podróżować daleko, więc jest lepszej jakości i nie przyczynia się do zanieczyszczenia środowiska. Popieramy lokalnych producentów, a nie wielkie korporacje. Ponieważ zadajemy zawsze pytania o produkt – jesteśmy w stanie barwnie o nim opowiedzieć i wymyślić, jak ugotować z niego prostą, ale pyszną strawę, pokazać, w jaki sposób to podkreśla walory jedzenia, a nas łączy z naszym dziedzictwem.

Zajmujecie się też głodem.

2004 był dla nas ważny – stworzyliśmy ruch Terra Madre (hiszp. Matka Ziemia). 7 tysięcy osób skupionych wokoło jedzenia – rolników, rybaków, serowarów – połączyło się, żeby w 170 krajach opowiadać o tym, co dla nas ważne. Przed 2004 rokiem byliśmy obecni w 40 państwach, ale to były kraje bogate. Dziś jesteśmy aktywni również w biednych państwach, w których panuje głód. Zakładamy właśnie 10 tysięcy ogrodów w Afryce. Mają one służyć lokalnym społecznościom – to praca naprawdę wielu zaangażowanych osób.
Również w 2004 roku Slow Food ufundował w miasteczku Bra uniwersytet, zajmujący się tylko nauką o jedzeniu. Aktualnie uczy się tam 600 studentów, ponad 60 proc. z nich jest spoza Włoch. Przez ostatnie paręnaście lat uczelnia wykształciła specjalistów, którzy są w stanie rozmawiać nie tylko o jakości jedzenia, ale także o polityce. Zawsze uważałem, że wpływanie na politykę, polityka żywieniowa – to podstawa!

Największym błędem, który popełniliśmy, było umieszczenie jedzenia tylko w kontekście programów telewizyjnych czy książek kucharskich, a nie skupienie się na tym, żeby było ono dostępne dla każdego. Bo programy i książki – to nie jest gastronomia! To tylko wycinek tego, czym gastronomia, żywienie jest – może z 10 procent...

Szczególnie niepokoją mnie programy o jedzeniu – teraz właściwie można je oglądać 24 godziny na dobę, nawet w najbiedniejszych afrykańskich krajach. Ale to pornografia gastronomiczna, nieprawdziwe jedzenie! Bo żywienie to też fizyka, biologia, chemia, genetyka, ekonomia i ekonomia polityczna. Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy mocno myśleć o tych, którzy jedzenia nie mają. Musimy to robić, zwłaszcza zdając sobie sprawę z tego, że nasze żywienie to konsumpcja ponad miarę, wytwórnia wielkiej ilości odpadków i marnowanie jedzenia.

Każdego dnia produkujemy na świecie jedzenie dla 12 miliardów ludzi – a jest nas 7,3 miliarda. 20 procent żywności ląduje więc w koszu, a i tak jedna trzecia świata położy się spać głodna – to naprawdę wstyd! To dane z programu „Zero Hunger” prowadzonego przez FAO [od red.: Food and Agriculture Organization], którego jestem ambasadorem. Dlatego musimy o tym rozmawiać, mówić o tym głośno.

Oczywiście nie musimy wyrzekać się przyjemności. Przyjemność płynie przecież nie tylko z drogiego jedzenia. W fawelach w Rio [od red.: dzielnica biedy] – gdzie pracujemy – ludzie tak samo, jak gdzie indziej odczuwają przyjemność z posiłku. Każdy ma prawo do tej przyjemności. My mieszamy tę przyjemność z zasadami, o których już wspomniałem – jedzenie ma być dobre, niezanieczyszczone, wyprodukowane zgodnie z zasadami etyki. Dobre – to chyba wiadomo, co to znaczy. Niezanieczyszczone, ponieważ chcemy jedzenia, które jest czyste, nie niszczy środowiska, tylko je wspiera. O prawości – fair tradzie – mówimy wtedy, kiedy wytwórca dostaje godziwą zapłatę za swoją pracę. Jeśli nie ma jednego z tych czynników – nie ma jakości, o którą nam chodzi.

Odzwyczailiśmy się od prawdziwego jedzenia – nie kupujemy, jeśli nie jest piękne, opakowane. Wolimy naładowane chemikaliami jabłko o równym kolorze od zdrowego o nierównej skórce.

Niestety taki trend obserwujemy na całym świecie, bo zapomnieliśmy jak wygląda prawdziwe jedzenie. W Europie wyrzucamy 30 procent żywności dlatego, że nam się nie podoba – bo marchewka nie jest „skalibrowana”, by odpowiadać naszym wyobrażeniom o idealnej marchewce, bo ziemniak ma coś, co uważamy za wysypkę. Ale to tylko estetyka! Jeśli mówimy o ich właściwościach odżywczych – czasem mają ich po prostu więcej, bo te brzydkie nie były sztucznie nawożone, czy potraktowane chemią, żeby dobrze wyglądać. To kwestia edukacji, powinniśmy o tym
informować ludzi i rozmawiać. Musimy też zmienić system ekonomiczny, bo ten istniejący kręci się wokoło niepowstrzymanej konsumpcji, a nie wokoło natury – a tak być powinno. To ekonomia, która bierze pod uwagę również samych ludzi, ich dobro – mamy naprawdę kawał roboty do wykonania.

Damy radę?

Spędzam czas z tymi młodymi ludźmi na uniwersytecie w Bra i widzę, jak są inni ode mnie. Ale też chcą zmienić świat, mają tylko inny start, bo zostali trochę odepchnięci od możliwości decydowania o dużych sprawach. Moje pokolenie było oczywiście inne – nam przedstawiano pewien konkretny model życia, pracy, świata i myśmy się wobec niego buntowali. Wierzę, że i temu młodemu pokoleniu się to uda. I że decyzje powinniśmy podejmować wspólnie.
Dość niedawno we Włoszech była prowadzona akcja uświadamiająca, jak koszmarne skutki dla środowiska ma produkcja oleju palmowego, który znajduje się w wielu produktach – znasz pewnie tę sprawę – i szokujące zdjęcia śmierci orangutanów. Wielkie koncerny spożywcze od razu podjęły akcje PR-owe mające na celu wmówienie ludziom, że jest coś takiego jak „organiczny” olej palmowy, który jest inny niż ten zły. I co? Ludzie zadecydowali inaczej. Uznali, że są wystarczająco mądrzy, że nie chcą być przekonywani do złych rzeczy. W tym jest nasza moc – moc wielu, którzy mogą się sprzeciwić, nawet głupim przepisom wprowadzanym przez Unię Europejską.

W czym jeszcze widzisz nadzieję?

W ogrodach. Powinniśmy zakładać ogrody wszędzie – w krajach ogarniętych głodem, a w tych bogatych – w domach spokojnej starości, w miastach, na dachach – wszędzie! Bo powrót do ziemi, do natury, jest dla nas aktualnie kluczowy. I edukacja – szczególnie dzieci. Powinny dotykać nasion, zobaczyć jak wzrastają. Pamiętam, kiedy zadzwoniła do mnie Alice Waters [od red.: amerykańska restauratorka, działająca na rzecz upowszechnienia organicznej żywności], chciała podrzucić Pierwszej Damie Ameryki pomysł na założenie ogródka w Białym Domu. To się wtedy wydawało niemożliwe: Alice zwróciła się do Hillary Clinton, która nie była tym zainteresowana. Na szczęście spytała jeszcze Michelle Obama i ona dostrzegła ten potencjał. Ten ogród w Białym Domu to była chyba najlepsza akcja marketingowa dla ogródków w historii. Tylko w roku 2017 Slow Food otworzył tysiąc ogródków w szkołach we Włoszech, to sposób, żeby wrócić do korzeni, żeby naprawić ekonomię. Nie możesz mówić o jedzeniu, rozumieć, o co w nim chodzi, jeśli nie wiesz, skąd się wzięło. Jeżeli nie wiesz, jak trudno uprawia się zboża, owoce, warzywa. Ile czasu i energii zabiera wyhodowanie tej nieskalibrowanej marchewki. 

Slow Food

Organizacja zrzesza sto tysięcy członków ze 160 krajów na wszystkich kontynentach.
Do największych projektów należą ogrody w Afryce, zakładane m.in. przy szkołach. Opieka nad nimi ma pomóc młodym ludziom zrozumieć wagę bioróżnorodności żywności, czystej ekologicznie żywności; ogrodów ma powstać 10000. W 2004 roku Slow Food ufundował też uniwersytet we włoskim miasteczku Bra, który zajmuje się nauką o jedzeniu. Uczy się tam teraz 600 studentów, większość z nich jest spoza Włoch.