Na swoim blogu zachęcasz do celebrowania pysznych śniadań. Czy sama masz na to czas?

Oczywiście, że mam! Moja przygoda z jedzeniem zaczęła się właśnie od celebrowania poranków. Choć nie jestem osobą, która wcześnie wstaje, założyłam sobie, że mój blog będzie dotyczył śniadań. Chciałam udowodnić, że mogą wyglądać tak pięknie jak w filmach. No i okazało się, że jest to jak najbardziej możliwe. Z tym, że ktoś musi się poświęcić i wcześniej obudzić, by wszystko przygotować. Ale warto! Taki celebrowany poranek jest całkowicie odmiennym doświadczeniem. Masz czas, by spokojnie usiąść, zjeść, a przy tym porozmawiać albo poprzeglądać magazyny. A potem bez pośpiechu iść do pracy. Dzień wygląda wtedy inaczej niż po pobudce na ostatnią chwilę i zjedzeniu czegoś na szybko. To jest fajny start. Moje życie naprawdę się zmieniło, odkąd znaleźliśmy z partnerem czas, by jeść śniadania na spokojnie. Taki obyczaj łączy ludzi, zmienia relację i nastawienie do całego dnia. Teraz to różnie wygląda, bo nasza mała córka czasami odmawia udziału w moich śniadaniach, choć na początku je uwielbiała. Ale mam nadzieję, że uda nam się utrzymać nasz zwyczaj. Żeby cała rodzina była rano razem.

Co było impulsem do stworzenia śniadaniowego bloga i zmiany obyczajów?

Wszystko przez moją dietę oczyszczającą. Złapałam w Boliwii salmonellę, ze trzy razy. To było dość bolesne przeżycie. Kiedy wróciłam z podróży do domu, bałam się, że znowu coś się do mnie przyplącze. Czułam, że muszę oczyścić organizm z toksyn. Zaczęłam jeść bardzo zdrowo, przyjmować dużo płynów. Dieta była dla mnie jednak katorgą. Nie mogłam smakować tych wszystkich dobrych rzeczy, bardzo tęskniłam za śniadaniami, które jadłam podczas pobytu w Australii: tostami francuskimi oraz pancake’ami z syropem klonowym i owocami. Wtedy nie potrafiłam jeszcze gotować, ale byłam tak złakniona konkretnych smaków i zapachów, że zaczęłam robić te śniadaniowe smakołyki wyłącznie dla męża, bo sama przecież nie mogłam ich jeść. Wstawałam o 5 lub 6 rano, przygotowywałam mu ucztę, a potem budziłam go o 7. Był zdziwiony, że o tej porze stół jest już zastawiony pysznym jedzeniem. Na pierwsze śniadanie upiekłam scones’y i – jeszcze cieplusieńkie – podałam z ubitym kremem oraz dżemem. Tak to się zaczęło. On jadł, a ja siadałam naprzeciwko, pytając: „No i jak?”. I nie wystarczało mi, kiedy mówił, że dobre. Kazałam mu opisywać, czy danie nie jest za suche, czy tekstura jest odpowiednia, czy powinno być słodsze. Ja nie mogłam tego próbować, więc nie wszystko mi się udawało.
Przygotowywanie tych śniadań nie wystarczało mi. Będąc na diecie miałam tak dużą potrzebę obcowania z jedzeniem, że zaczęłam tworzyć blog. To był właściwy moment. Nieco wcześniej zrezygnowałam z aplikacji i pracy w kancelarii prawniczej, byłam po przeprowadzce do Amsterdamu i podróży do Ameryki Południowej, gdzie chciałam odkryć, co chcę robić w życiu. Dobrze się tam bawiłam, ale wróciłam i nadal nie miałam zielonego pojęcia, co dalej. Doszłam więc do wniosku, że mogę doszkolić się w fotografii, którą się interesowałam i zacząć pisać blog. Był 2010 rok i fotografia kulinarna w Europie nie była jeszcze tak rozwinięta jak teraz, czy wówczas w Australii czy Stanach Zjednoczonych. Chciałam iść w tym kierunku, ale nie wiedziałam, jak prowadzić bloga. Nie potrafiłam jeszcze promować swoich postów w internecie, więc całkiem przypadkiem dostawałam pod nimi jakieś komentarze. Ktoś przysłał mi maila, że blog śniadaniowy to fajny pomysł. Nazwy bloga też nie przemyślałam. What should I eat for breakfast today? Czy w polskiej wersji: Co dziś zjem na śniadanie? Miała być żartobliwa, a jest zdecydowanie za długa. Nie przypuszczałam jednak, że blog chwyci, a teraz już głupio zmieniać...

Gdzie szukasz inspiracji na bloga?

Wszędzie. Na początku szperałam w książkach kulinarnych, a potem nastąpił wysyp blogów kulinarnych, na których można było wiele ciekawego znaleźć. Szukałam przepisów, bo kiedy zaczynałam tworzenie bloga, nie potrafiłam w ogóle gotować. Nie wiedziałam, że np. muszę rozgrzać piekarnik, zanim cokolwiek do niego włożę. Nie kojarzyłam, co z czym łączyć i dlaczego, np. przy pieczeniu babeczek. Musiałam śledzić przepis krok po kroku. Po roku prowadzenia bloga zdobyłam sporą wiedzę o gotowaniu. Teraz, po ośmiu latach to się zmieniło jeszcze bardziej. Ostatnio po powrocie z Portugalii znalazłam w domu jedynie mleko, jajka i kaszę jaglaną, które zostawiła koleżanka opiekująca się mieszkaniem. I wiedziałam, co mogę z tego przyrządzić bez potrzeby dokupywania czegokolwiek w sklepie. To jest wartość dodana blogowania. Z jednej strony zarabiam na nim, z drugiej – uczę się dzięki niemu.

Możesz utrzymać się wyłącznie z bloga?

Tak, ale nie bezpośrednio, bo kiedyś sobie założyłam, że nie będę sprzedawać reklam na blogu. On jest dosyć widoczny w sieci, więc dostaję dużo ofert z magazynów, by sprzedawać im fotografie kulinarne, przepisy czy swoje opowieści i przewodniki z podróży. Z prośbą o zrobienie reportażowych zdjęć zgłaszają się do mnie również inni klienci, np. winiarnie. Zarabiam też na tym, co jest dookoła bloga, np. na Instagramie, gdzie zamieszczam sponsorowane posty. Ale to wszystko wynika z bloga. Gdybym go nie tworzyła, nikt by nie wiedział, że może mi cokolwiek zlecić.

Mam wrażenie, że twoja aktywność przeniosła się ostatnio właśnie na Instagram. Dlaczego?

Łatwiej mogę na nim zarobić, ale też zwyczajnie go lubię. Traktuję Instagram trochę jak swój osobisty dziennik. Oprócz fotografii kulinarnych wrzucam tam zdjęcia dziecka, odwiedzanych przeze mnie miejsc, restauracji.
Poza tym jest prostszy w obsłudze. Kiedyś tworzenie treści na bloga nie było dla mnie problemem, bo podróżowałam sama. Gromadziłam zdjęcia, a w głowie doznania oraz odbyte rozmowy. Kiedy miałam już komplet, po prostu siadałam i pisałam. A teraz muszę to robić, trzymając córeczkę za kołnierz, żeby nie uciekła. Kiedy podróżowałam kamperem po Nowej Zelandii, mogłam usiąść do pracy nad blogiem dopiero po jej zaśnięciu. Byłam zwykle tak zmęczona, że jeden wpis zajmował mi pięć wieczorów zamiast jednego. O wiele łatwiej było mi opublikować zdjęcie z krótkim komentarzem na Instagramie. Tymczasem każdy wpis na bloga jest dopracowany, nie chcę wrzucać tam czegoś mało interesującego. Muszę sama chcieć wracać do tych wpisów. Lubię to robić, bo dzięki nim wracają do mnie wszystkie myśli, emocje, wspomnienia. Blog tworzę przede wszystkim dla siebie.

Marta Greber z córeczkąMarta Greber z córeczką archiwum prywatne

Jak się zdobywa ponad 400 tysięcy fanów na Instagramie?

Systematycznością i pracą. Na Instagramie jest wiele kont ze zdjęciami dużo lepszymi niż moje – ciekawszymi, bardziej przemyślanymi. Ale fotografia to nie wszystko, na Instagramie trzeba być jeszcze aktywnym. Odwiedzać inne konta, zostawiać po sobie ślady: polubienia, komentarze. Należy znaleźć swoją grupę docelową i starać się do niej dotrzeć, żeby być zauważonym. Bo można robić niesamowite zdjęcia, ale jeśli ich nikt nie zauważy, to będziemy stać w miejscu. Rozwijamy się szybciej, gdy mamy nowe bodźce, nowe możliwości, wyzwania. Jeżeli cały czas tkwimy w swojej strefie komfortu, robiąc to, co już potrafimy, to nie idziemy naprzód. Jestem fanką podręczników motywacyjnych, z których nauczyłam się, że trzeba jasno określić swój cel i rozpisać sobie, jak do niego dążyć, co codziennie robić, by go osiągnąć. Rozwijanie konta na Instagramie to zawód jak każdy inny, więc powtórzę – kluczem jest praca.

Inaczej pracujesz nad zdjęciami na Instagram, a inaczej nad tymi na bloga?

Teraz już tak samo. Na początku faktycznie publikowałam na Instagramie zdjęcia robione telefonem. Ale Instagram totalnie się zmienił, większość jego użytkowników robi już zdjęcia aparatem i dzięki temu są one dużo lepszej jakości. Kiedyś traktowałam Instagram wyłącznie jako miejsce promocji bloga, więc wrzucałam tam po prostu fotografie z bloga z informacją, że pojawił się na nim nowy wpis i przepis. Teraz publikuję zdjęcia bardzo różne, kierując się emocjami. Czasem więc są to rzeczy niekoniecznie najpiękniejsze. Wrzucam po prostu to, co do mnie samej przemawia, nie przejmując się, czy dostanę 2 tysiące czy 20 tysięcy lajków.

Jak się przygotowujesz do sesji zdjęciowej?

Najważniejszy jest wybór dania, więc przede wszystkim zastanawiam się, co chciałabym zjeść na śniadanie. Jest coraz trudniej, bo zgromadziłam już na blogu około 600 przepisów i gdy przeglądam książki poświęcone śniadaniom, co rusz stwierdzam: to już było, to też i to także. No i mam z nowymi zachciankami problem, bo teraz najchętniej jadłabym cały czas owsiankę. Można ją przyrządzić na tysiąc sposobów, ale to wciąż będzie owsianka. Opracowałam już 30 przepisów i wystarczy. Moi czytelnicy są przecież na tyle inteligentni, że sami wpadną na pomysł, aby np. jabłko zastąpić gruszką. Podobnie było z naleśnikami czy pancake’ami. Wciąż mnie jednak inspirują podróże, podczas których jadam rano potrawy nie kojarzące się śniadaniowo, np. w Portugalii były to frytki podane z mielonym mięsem i jajkiem sadzonym. Idę w tym kierunku.

Na blogu dzielisz się nie tylko przepisami, tworzysz także osobiste przewodniki po różnych miejscach na ziemi. Sama je odkrywasz?

Przed wyjazdem zawsze pytam znajomych o polecenia. Ludzie chętnie się nimi dzielą. Trafiłam w ten sposób w dużo dziwnych miejsc, których absolutnie nikomu bym nie poleciła. Ale również w takie, których sama bym nie odkryła, np. w Portugalii jadłam niesamowite steki w restauracji położonej pośrodku niczego, niedaleko Parku Narodowego Peneda-Gerês.

Masz za sobą długą wyprawę camperem. Czego cię ona nauczyła?

Może to zabrzmi banalnie, ale odkryłam, że najważniejsza w życiu jest rodzina. Podróżowałam sama z córką, dużo rzeczy chciałam zrobić, ale w pewnym momencie uznałam, że ważniejsze jest to, aby Mia była w dobrym nastroju. Bo jak ona nie będzie zadowolona, to i ja nie będę. Wiele nauczyłam się o sobie i o tym, czego chcę. Za kółkiem, gdy córka spała, mogłam oderwać się od wszystkiego. I wtedy wpadałam na genialne pomysły. Bo to był czas bez ludzi, internetu, Instagrama, Pinterestu, bez tych wszystkich intensywnych bodźców. Wówczas widzi się rzeczy, których normalnie nie można dostrzec, bo brakuje czasu na to, aby się zatrzymać i na nie spojrzeć. Trzeba zwolnić, zrelaksować się – wtedy uruchamia się nasza kreatywność.

Wpis o podroży kamperem jest ostatnim na polskiej wersji bloga. Dlaczego ją zarzuciłaś i pozostałaś jedynie przy angielskiej?

Lubię pisać po polsku, ale robię to zupełnie inaczej niż po angielsku, więc to dla mnie dodatkowy wysiłek. Gdy urodziła się moja córka, nie miałam już na to siły. Przestałam pisać polskiego bloga z braku czasu i bardzo tego żałuję. To najgłupsza rzecz, jaką zrobiłam. A dzięki angielskiej wersji zarabiam, nie mogę z niej zrezygnować. Nawet mama ma do mnie żal o zaniedbanie polskiego bloga. Zamierzam więc do niego wrócić. I częściej odwiedzać Polskę.

Będziesz promować Polskę na swoim anglojęzycznym blogu?

Tak! Chcę pisać przewodniki o tym, gdzie warto spędzić czas w naszym kraju. Kiedy moi czytelnicy zorientowali się, że jestem Polką, zaczęli mnie podpytywać, dokąd się wybrać i co robić w Polsce, a ja nie bardzo wiedziałam, co im polecić. Zaczęłam więc jeździć po Polsce i odkryłam wiele niesamowitych miejsc, takich, które nie są jeszcze zbyt dobrze znane wśród samych Polaków. Ostatnio zwiedzałam Stawy Milickie w dolinie Baryczy. To fantastyczne miejsce, przy którym rozwija się region winiarski. Widziałam tam orła bielika, chodziłam po wsiach i rozmawiałam z ludźmi. Każdy miał czas, by się zatrzymać i ze mną chwilę pobyć. Chcę pokazać moim zagranicznym czytelnikom właśnie taką Polskę. Udowodnić, że to ciekawy i piękny kraj, że mieszkają w nim cudowni, pełni pasji ludzie, że jest tu co jeść i podziwiać.