Ceremonia odbędzie się w ogrodzie, więc nie będziemy sobie przeszkadzać. Za to w okolicach trzeciego wina, na stół zaczynają wjeżdżać wyrafinowane przystawki spod ręki tutejszego szefa, Marco Morico. I trzeba przyznać, że podana w tartaletce ricotta z pastą z oliwek i maliną wyjątkowo dobrze komponuje się z bellone. Przemycająca z weselnej kuchni przekąski kelnerka, pełna podniecenia okrasza serwis najnowszymi ploteczkami - jak wyglądają państwo młodzi, kto kogo pocałował i w ogóle, co też dzieje się na górze.

Cincinnato to otoczona winnicami XIX-wieczna willa płynnie przechodząca w nowoczesny, przeszklony pawilon restauracyjny z niemal niewidoczną, ukrytą w podziemiach winiarnią. Trudno uwierzyć, że to spółdzielnia. W dodatku z 70-letnim stażem. 130 winogrodników z Cori uprawia ekologicznie 100 ha ziemi u stóp Monti Lepini, zaledwie 50 km od rzymskiego Koloseum.

W Cincinnato skupiają się przede wszystkim na dwóch, autochtonicznych odmianach - wspomnianej już, białej bellonie i czerwonej nero buono. Pierwsza daje zrównoważone wina owocowo-kwiatowe, z przyjemnym skalnym posmakiem, druga - nieco ziemiste, krwiste, wiśniowo-śliwkowe, niezwykle pijalne. A przecież Cori to Lacjum - przez dekady słynące z bezpłciowych win robionych z międzynarodowych odmian, gdzie jeszcze niedawno szczytem wyrafinowania był anonimowy, mocno beczkowy merlot. Tymczasem w Cincinnato już w latach 1970. płaciło się rolnikom więcej za bellonę, byle ta pamiętająca jeszcze czasy Pliniusza odmiana przetrwała.

130 winogrodników z Cori uprawia ekologicznie 100 ha ziemi u stóp Monti Lepini, zaledwie 50 km od rzymskiego Koloseum130 winogrodników z Cori uprawia ekologicznie 100 ha ziemi u stóp Monti Lepini, zaledwie 50 km od rzymskiego Koloseum Fot. Shutterstock

Vinum non est bonum

Lacjum, stołeczny region Włoch, otacza Rzym, opiera się o Morze Tyrreńskie, na północy graniczy z Toskanią, na wschodzie z Umbrią i Abruzją, na południu z Molise i Kampanią. Trudno mówić o jakimkolwiek jednorodnym stylu powstających tu win. Co innego robi się bowiem wokół badlandów otaczających dolinę Tybru na północnym wschodzie, co innego na Błotach Pontyjskich nad morzem, co innego jeszcze w rejonie Castelli Romani pod Rzymem.

Jeśliby szukać najbardziej typowego dla Lacjum wina, byłaby to do bólu nudna, biała mieszanka malwazji i trebbiano, którą tłoczy się i w podstołecznym Frascati i należącej do Lazio części DOC Orvieto (reszta leży już w Umbrii), wreszcie w okolicach Montefiascone nad jeziorem Bolsena. To tu robi się jedno z najsłynniejszych (i niesławnych) win w regionie: Est! Est!! Est!!!

Szampańska galaretka

Nazwa jest rzekomo pokłosiem przygody, jaka przydarzyła się niemieckiemu biskupowi, Johannesowi Fuggerowi zmierzającemu do Rzymu na koronację Henryka V w 1111 r. Duchowny puścił przodem sługę, który miał sprawdzać, gdzie dają dobre wino. Na drzwiach wytypowanych karczm ów biskupi kiper pisał po prostu słowo est, „jest” (zamiast przydługiej formuły Vinum est bonum - wino jest dobre). W Montefiascone sługa zachwycił się lokalnym winem tak bardzo, że na drzwiach trattorii napisał po trzykroć Est! Est!! Est!!!

Wino musiało być zaiste świetne. Fugger bowiem do Rzymu już nie dojechał, spędził ostatnie dwa lata życia w Montefiascone, gdzie, nim zmarł, raczył się z pewnością lokalnym specjałem. Niestety, pozostała po biskupie legenda jest największą wartością apelacji Est! Est!! Est!!! di Montefiascone, które wcale dobre nie jest. Tak samo jak większość podobnych mu wodnistych frascati z drugiej strony Rzymu, trafia na stoły milionów niewymagających turystów nawiedzających stolicę Włoch i okolice. Gasi pragnienie i to jego jedyna zaleta. 

Z Montefiascone pochodzi jedno z najsłynniejszych win regionu Est! Est!! Est!!!Z Montefiascone pochodzi jedno z najsłynniejszych win regionu Est! Est!! Est!!! Fot. Shutterstock

È la morte sua - dla czegoś takiego warto umrzeć!

Pod koniec sierpnia ubiegłego roku na wzgórzu powyżej Antrodoco, niedaleko Rieti, we wschodnim Lacjum pożar strawił zasadzony w 1939 r. las układający się w gigantyczny (8 ha) napis DUX - hołd dla Benito Mussoliniego. Mieszkańcy stołecznego regionu mają wobec Duce uczucia ambiwalentne. Jednym z najśmielszych projektów zrealizowanych za jego dyktatury wokół Rzymu, było osuszenie malarycznych Błot Pontyjskich między Monti Lepini, a brzegiem Morza Tyrreńskiego. 770 km kw. podmokłych terenów leżących w depresji zamieniono w pola uprawne. Ziemię dostali w użytkowanie przesiedleńcy z przeludnionych i ubogich części Italii. Agri Pontini, ze względu na wielość używanych tu dialektów, zaczęto nazywać włoską wieżą Babel. To przybysze z Veneto przywlekli tu merlota - przez lata tłoczonego na Błotach jako jedno z najbardziej wodnistych win w kraju.

Gabriele Pandolfo przybył na nadmorską równinę z zupełnie innego kierunku. Zwraca się do mnie w płynnej francuszczyźnie, a jego syn, Andrea twierdzi, że w domu rozmawia z żoną w czystym dialekcie sycylijskim. Rodzina Pandolfo pochodzi z Pantellerii, maleńkiej wysepki leżącej między Sycylią, a Tunezją. W 1880 r. przybyli do Khanguet pod Tunisem, w  której zaczęli tłoczyć wino i wysyłać je do Francji.

Afrykańska kariera Pandolfich trwała do 12 maja 1964 r., gdy prezydent Harbib Bourguiba wywłaszczył wszystkich obcokrajowców. Ojciec Gabriele, Andrea II zamiast na Pantellerii, wylądował na Błotach Pontyjskich. Tu, pod Borgo Vodice zaczął od początku jeszcze raz.

Pół wieku później Andrea III zarządza poważnym przedsiębiorstwem założonym przez dziadka. Oczywiście, robi i merlota, jednak jego winiarnia słynie z aromatycznych muszkatów (tradycja zobowiązuje, w końcu to najważniejsza odmiana Pantellerii) - moscato di Terracina.

Gabriele nie potrafi mówić o swych winach inaczej niż w kontekście jedzenia. Długo opowiada o ciętym w wąskie paski, suszonym mięsie - dawniej końskim, dziś wieprzowym - mieszanym z papryką i zwanym coppietta (jeśli bardzo ci smakuje mówisz wtedy: copppiettta) idealnie łączącym się z jego terraciną. Jednak za parę idealną uważa swe lekko słodkawe wino musujące zestawione z pizzą (bo w końcu ile można wypić piwa!). Pandolfiemu świecą się oczy, gdy stwierdza: è la morte sua, dla czegoś takiego warto umrzeć!

Jasna strona Frascati

De Sanctis lubi Pink Floydów. W sali degustacyjnej winiarni na obrzeżach Frascati wybrzmiewa "Time" z "Dark Side of the Moon", gdy Luigi nalewa mi pierwszy kieliszek swego 496, podstawowego frascati nazwanego dla upamiętnienia roku (p.n.e.), w którym Rzymianie pokonując Latynów ustanowili swą władzę w Lacjum. Dziś zarys Wiecznego Miasta widać z tarasu De Sanctisów. Wino zaś jest cytrusowe i orzeźwiające i wykracza daleko poza wyobrażenie o przeciętnym frascati. Luigi, którego rodzina para się winiarstwem od ponad 200 lat, jest jednym z nielicznych, którym się chce i udaje udowodnić, że tutejsze wulkaniczne siedlisko potrafi dać wina znakomite - takie są bowiem mineralne, złożone, długie i pachnące jaśminem frascati superiore Abelos i Amacos.

Być może tajemnicą sukcesu Luigiego jest używanie zamiast powszechnie uprawianej wokół Frascati malvasii di candia, malvasii puntinaty, naturalnej krzyżówki muszkatu aleksandryjskiego i schiavy. Istotniejsze jest chyba jednak oddanie De Sanctisa sprawie. Luigi mieszka nad winiarnią, ta zaś leży w sercu winnicy - wszystko po to, by reagować jak najszybciej na najmniejsze uchybienia w parcelach. Jego wino nie ma wiele wspólnego z sikaczami, jakie podadzą wam w licznych trattoriach na Zatybrzu, czy w samym Frascati. Tu, w mieście strojnych willi i cyprysowych alei, zamiast na un bicchiere vino bianco, Luigi woli zaprowadzić mnie do starej piekarni przy placu Bambocci, gdzie rodzina Ceralli od czterech pokoleń wypieka chleb, pizzę i dolci i wyposażyć na drogę w ciambelle al mosto, słodkie bułeczki z winnym moszczem. Choć, jak mawiają miejscowi, lepiej wypić kieliszek frascati, niż całą wodę z Tybru.

Tomasz Prange-Barczyński - redaktor naczelny "Magazynu Wino"