Pędzone przy blasku księżyca, czyli historia bimbru

Jacek Ukleja
11.05.2017 17:43
A A A
Instalacja do pędzenia bimbru. Skansen Podlaskiego Muzeum Kultury Wsi Ludowej zorganizował wystawę dzięki uprzejmości policji, która udostępniła zarekwirowane dowody rzeczowe

Instalacja do pędzenia bimbru. Skansen Podlaskiego Muzeum Kultury Wsi Ludowej zorganizował wystawę dzięki uprzejmości policji, która udostępniła zarekwirowane dowody rzeczowe (FOT. MICHAL JASIULEWICZ / AGENCJA GAZETA)

Pędzenie bimbru - domowy, nielegalny wyrób wysokoprocentowych napojów alkoholowych - jest procederem znanym powszechnie od XIX w., kiedy to rządy większości państw Zachodu wpadły na pomysł opodatkowania tego intratnego segmentu rynku. Jeszcze wcześniej w szlacheckiej Polsce przywilej propinacji dawał właścicielowi dóbr wyłączne prawo do produkcji alkoholu i nakładał obowiązek kupowania przez chłopów pewnej jego ilości. Można zatem powiedzieć, że Polacy są genetycznie predestynowani do bimbrownictwa.

W większości regionów świata problem domowego pędzenia alkoholi do czasów niemal nam współczesnych praktycznie nie istniał. W wielu językach nie ma nawet osobnego słowa na bimber (np. po słowacku zwie się on domáce, czyli „coś domowego”), a własnoręcznie pędzony trunek określany jest często tak samo jak przemysłowy – taką mieszaną nielegalno-legalną genezę mają np. pędzone w Meksyku na bazie agawy tequila i mezcal, a także tamtejsza, otrzymywana z trzciny cukrowej charanda (o podobnych polskich przypadkach czytaj poniżej).

Nocą, na mchu, w szopie, na mokradłach...

Największą historycznie karierę proceder pędzenia bimbru zrobił niewątpliwie w latach prohibicji w Stanach Zjednoczonych (1920-33). Dorobił się nawet pochodzącej z Appalachów – regionu stanowiącego historyczne centrum amerykańskiego bimbrownictwa – romantycznej nazwy moonshine, „blask księżyca”.

Nazwa wzięła się oczywiście stąd, że bimber pędzono po kryjomu, często nocą, by nie widać było dymu, wydostającego się z kominka prowizorycznej gorzelni. Najczęściej zresztą gorzelenki te, u nas zwane parnikami, ustawiano w jak najgęstszych zagajnikach na terenie niczyim, by w razie czego wyprzeć się jakiegokolwiek związku z pędzonym tam alkoholem.

Podobna praktyka utrzymała się do lat 80. ubiegłego wieku (a pewnie i dłużej) na Podlasiu, gdzie produkcję prowadzono w parnikach maskowanych na terenach podmokłych, takich jak łęgi olchowe. Leśną proweniencję najlepiej zdradza litewska nazwa bimbru: "saman", od samanos – „mech”. Podobnie wskazująca na miejsce nielegalnej produkcji jest malezyjska langkau („szopa”), czyli wódka z podfermentowanego ryżu.

Za PRL-u bimbrownictwo kwitło u nas zwłaszcza w czasach reglamentacji żywności i trunków w latach 80., choć najsłynniejszą prohibicją jest zapewne na naszych ziemiach ta, którą ogłoszono w zaborze rosyjskim wraz z wybuchem I wojny światowej. Ponieważ gorzelnie musiały wówczas pozbyć się wszystkich zapasów wódki i spirytusu, szlachetne te płyny spuszczano do ulicznych rynsztoków; mieszkańcy ulic Ząbkowskiej, Białostockiej i kilku innych na warszawskiej Pradze (okolice dzisiejszego Konesera) przez kilka pokoleń wspominali cudowny dzień spędzony przez przodków na czworakach.

'Maria Zimna - amatorka rozgrzewających okładów. W takim oto zbiorniku szmuglowała bimber' (oryginalny opis prasowy); akcja MO, Legionowo 1947'Maria Zimna - amatorka rozgrzewających okładów. W takim oto zbiorniku szmuglowała bimber' (oryginalny opis prasowy); akcja MO, Legionowo 1947 PAP / PAP

Ale wróćmy do bimbru. Jego popularność nie musi się koniecznie wiązać z czasami wojen czy nadzwyczajnych trudności zaopatrzeniowych. Siłą przebicia domowej wódki jest jej cena, ze względu na szereg podatków typu akcyzowego nakładanych na legalny alkohol.

Jak wykazały badania, koszt produkcji rosyjskiego samogonu jest cztery do pięciu razy niższy od ceny wódki dostępnej w sklepie. Badania z 2016 r. wykazały, że udział domowej produkcji w konsumpcji rosyjskiej wódki wynosi ok. 50 proc., a we wcześniejszych latach był jeszcze wyższy.

Nawiasem mówiąc, samogon dorobił się w Rosji nawet swoistej nomenklatury klasyfikacyjnej. Pierwacz to samogon z pierwszej destylacji, najlepszej jakości, bowiem w kolejnych fazach procesu produkcyjnego w trunku osadza się coraz więcej zanieczyszczeń z aparatury.

Bimber z boiska?

Z języków europejskich chyba tylko polski ma tak oryginalne, egzotycznie brzmiące i w sumie tajemnicze słowo na ów nielegalny produkt. Wspomniany wyżej rosyjski (zadomowiony również w polszczyźnie) samogon wskazuje na coś, co się goni (pędzi) samemu, z bimbrem natomiast sprawa jest trudniejsza.

Często przeze mnie cytowany profesor Andrzej Bańkowski uważał, że słowo bimber pojawiło się w warszawskim slangu około 1942 r. Musiało chyba jednak funkcjonować w powszechnym obiegu nieco wcześniej, skoro pobrzmiewa w powszechnie znanej za okupacji piosence: „Siekiera, motyka, bimbru szklanka...”. Miało ono dostać się do standardowej polszczyzny z żargonu złodziejskiego, gdzie oznaczało skradziony towar znaleziony u zatrzymanego przez policję złodzieja, zwłaszcza zegarek (stąd niektórzy próbowali wywodzić słowo bimber od bicia zegara: bim-bom, bim-bom). 

Fałszywym tropem okazało się poszukiwanie źródeł słowa bimber w jidysz, skąd pochodzi spora część słownictwa warszawskiego półświatka (dintojra, majcher itp.) Innym, równie wątpliwym śladem było wywodzenie tej nazwy od łacińskiego bibere, czyli pić, skąd wzięła się m.in. nazwa piwa w kilku językach zachodnich (angielskie beer, niemieckie Bier), a także polskie wyrazy birbant i bibosz, oznaczające człowieka nie stroniącego, delikatnie mówiąc, od zabaw i trunków.

Niewykluczone zresztą, że słowo bimber pochodzi z dziedziny... sportu, również nielegalnego. Oto w swej książce „Zakazane gole –  futbol w okupowanej Warszawie” Juliusz Kulesza twierdzi, że tak nazywała się od 1940 r. jedna z podziemnych drużyn piłkarskich, powstałych na bazie zdelegalizowanej Polonii Warszawa. Według autora popularna za okupacji w stolicy nazwa samego trunku pochodzić miała od niemal śmiertelnego zatrucia się jesienią 1939 r. samodzielnie pędzonym samogonem niejakiego Antoniego Bimbra z ulicy Miedzianej, który ze sportem nie miał zresztą wiele wspólnego.

Teorię tę, jako zbyt trącącą legendą miejską, kwestionuje filolog ze Śląska Grzegorz Walczak, który sam proponuje onomatopeiczny (dźwiękonaśladowczy) trop. W prywatnej korespondencji z autorem niniejszego artykułu p. Walczak napisał: Zrozumie tę etymologię łatwo każdy, kto sam robił bimber i słyszał cudne brzmienie pierwszych kropli bijących w dno naczynia.

W dzisiejszej Polsce produkcja bimbru, w tym także na własny użytek, jest w świetle ustawy z 2002 r. nielegalna i teoretycznie można za ten proceder posiedzieć rok, a przy większych ilościach nawet dwa lata. Wprawdzie poprawka do ustawy z 2006 r. zdejmuje odpowiedzialność karną z bimbru nieprzeznaczonego do obrotu, ale nakazuje producentowi się zarejestrować.

Likwidacja nielegalnej bimbrowni przez funkcjonariuszy Policji Państwowej i Straży Granicznej w Krościenku. Wśród zatrzymanych byli policjanci i pogranicznicy (1925-1939)Likwidacja nielegalnej bimbrowni przez funkcjonariuszy Policji Państwowej i Straży Granicznej w Krościenku. Wśród zatrzymanych byli policjanci i pogranicznicy (1925-1939) Narodowe Archiwum Cyfrowe

Od Beskidów po Grunwald

Odpowiedzialność prawna nie zniechęciła domowych fermentatorów, a w kilku przypadkach lokalna tradycja wygrała nawet z prawem. Tak było w wypadku słynnej śliwowicy łąckiej, czyli trunku zawierającego 70 proc. alkoholu, wytwarzanego w gminie Łącko (pogranicze Beskidu Sądeckiego i Wyspowego) ze śliwek węgierek (ma charakterystyczny żółtawy kolor i śliwkowy zapach; na etykiecie butelek widnieje hasło: Daje krzepę, krasi lica nasza łącka Śliwowica).

Stan prawny tego trunku jest zadziwiający – formalnie jest on nielegalny (i nie może być zarejestrowany jako podlegający ochronie produkt regionalny), a z drugiej strony jego znak towarowy został w roku 2011 zastrzeżony w Urzędzie Patentowym RP przez Stowarzyszenie Łącka Droga Owocowa i urząd gminny w Łącku (znaku mogą używać jedynie produkujący miejscową śliwowicę rolnicy za zgodą specjalnej kapituły). Na butelkach brak jest krajowego znaku akcyzy. W 1989 r. urząd konserwatora zabytków w Nowym Sączu uznał śliwowicę łącką za niematerialne dobro kultury narodowej. W 2005 r. na targach w Minnesocie łącki trunek uzyskał tytuł najlepszej śliwowicy świata. Śliwowica łącka posiada też swoją wersję koszerną, międzynarodowo znaną jako Passover Slivovitz.

Sukcesem mogą się pochwalić również domowi producenci księżycówki z Kujaw – bezbarwnej wódki o aromacie świeżych gruszek bergamotek, od wieków kojarzonej z Nieszawą i jej okolicami, spopularyzowanej w filmie „Wiosna, panie sierżancie”, zwykle rozlewanej do zielonych butelek zamkniętych korkiem okrytym serwetką przywiązaną gumką lub sznurkiem. Nazwa, podobnie jak amerykańskie moonshine, nawiązuje do nocnej pory produkcji tego nielegalnego trunku, który jednak w 2008 r. został wpisany na listę produktów tradycyjnych ministerstwa rolnictwa.

Niekiedy renoma nielegalnego pochodzenia sprzyja popularności danego trunku. Tak było niewątpliwie w przypadku siwuchy, od 1995 r. produkowanej legalnie przez zielonogórski Polmos wódki palonej na bazie owoców. Wcześniej nazwą tą w kilku regionach kraju oznaczano samogon lub wódkę gorszej jakości (siwy kolor miał świadczyć o niedokładnie przeprowadzonej destylacji).

Inne regionalne nazwy bimbru to m.in. gołda – słowo, które może być przekręceniem nazwy wódki gdańskiej Gold Wasser – oraz berbelucha, popularna zwłaszcza w Poznańskiem (z kolei w Białostockiem wyraz ten oznacza tanie wino, a w Łódzkiem oraz w slangu więziennym – niesmaczną, cienką zupę). Dialektalną formą berbeluchy jest zapewne brymucha, powstała być może pod wpływem niemieckiego brennen – „pędzić”. Ciekawe pochodzenie ma powszechna w niektórych regionach kraju okowita, pędzona na owocach lub ziołach – źródłem nazwy jest łacińska aqua vitae („woda życia”), co z kolei może być średniowiecznym łacińskim tłumaczeniem gaelickiego uisce beatha, jak w Irlandii nazywano niegdyś domową whisky.

Z kronikarskiego obowiązku należałoby jeszcze dodać współczesne prześmiewcze nazwy bimbru, jak KPN, czyli koniak pędzony nocą, bądź WWW –  wiejska wódka wyborowa (w nieco podobnej poetyce utrzymuje się nigeryjski „szaleniec w butelce” – crazy man in the bottle, a zwłaszcza kenijski trunek z kukurydzy, znany jako kill me quick – „zabij mnie szybko”). Powszechnie też w Polsce na bimber zwykło się mówić zacier, ten zaś w przypadku domowej wódki najczęściej jest owocowy, choć równie dobrze może być ze zboża, kartofli, melasy czy na przykład landrynek.

Towarzysząca nam od wieków tradycja bimbrownictwa pozostawiła ślady w masowej kulturze. I tak policjantowi, który przyłapał nas na nielegalnym procederze, wypada bez słowa wyjaśnienia wręczyć kilka butelek trunku, księdza uspokajamy wiadomością, że Pan Jezus na dzbany w Kanie Galilejskiej akcyzy nie naklejał. O popularności bimbrowniczego rzemiosła wśród ludu polskiego świadczy choćby wierszyk:

Nad rzeką, opodal krzaczka,
Mieszkała kaczka Pijaczka,
Lecz zamiast trzymać się rzeczki,
Pędziła bimber z porzeczki.

I wreszcie, przepis na bimber pozwala lepiej zapamiętać datę bitwy pod Grunwaldem. 1410 można bowiem interpretować jako 1 kg cukru, 4 litry wody i 10 dag drożdży.

Bądźmy ostrożni!

Bimber nie przechodzi przemysłowego procesu oczyszczenia, stąd przy jego konsumpcji niekiedy dochodzi do zatruć (destylat zawiera często np. metale ciężkie, wypłukiwane z aparatury). Od tej reguły bywają jednak wyjątki.

Na przykład w latach 90. w Bułgarii domową rakię (wódkę z winogron) pito również z obawy przed zdarzającymi się wówczas zatruciami rakią przemysłową, zwłaszcza tą od mało znanych producentów. Niektóre zanieczyszczenia, zwłaszcza lżejsze alkohole i ketony, mogą korzystnie wpływać na smak bimbru – pędzonego zwłaszcza z owoców i zbóż – co zresztą jest celowym zabiegiem przy produkcji whisky, koniaku i grappy.

Najgorszą renomę ze względu na częste przypadki śmiertelnych zatruć mają indyjskie trunki tharra (z trzciny cukrowej) i toddy (z soku drzew palmowych); w jednym z masowych zatruć w 2008 r. w stanach Karnataka i Tamil Nadu od jednej partii alkoholu zginęło 180 osób. Jak zatem zawsze przy obchodzeniu się z ogniem i alkoholem, pijąc bimber, należy zachować ostrożność.

Domowa nalewka wiśniowa - Haps #18+

Słynne alkohole. Wiesz, skąd pochodzą? [QUIZ]

1.Pochodzący z Japonii napój alkoholowy produkowany (zazwyczaj) z ryżu to:

  • sake
  • mirin
  • umeshu
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Zobacz także
  • Menu baru mlecznego z wtykanymi literkami (Kraków, 2015 r.) Czy Fast food pochodzi z Warszawy?
  •  Widelec: pokrętna historia "diabelskiego sztućca"
  • Lody z zieloną herbatą Lody - historia i rozwój najpopularniejszego deseru
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX