Byłam wdzięczna Jurgenowi, że na powitanie podarował mi czerwony kapelusz z cekinami. W zwykłej kurtce i czapce czułabym się nieswojo w tłumie elfów, bajkowych postaci, klaunów, pszczółek, grzybków, wampirów. Zdumiały mnie wędrujące nieopodal dwie… prezerwatywy. W niedzielne przedpołudnie w rytm marszowej muzyki kolorowy tłum przelewał się wokół mnie Königsallee – główną handlową ulicą Düsseldorfu, zwaną tu pieszczotliwie „Ko”. Młodzi i starzy, rodziny i grupy przyjaciół. Główny pochód sunął środkiem alei, którą niegdyś jechała karoca pruskiego króla, gdy po wojnach napoleońskich powtórnie objął panowanie nad miastem. To na jego cześć ulicę nazwano Królewską.

Dusseldorf: upamiętniający karnawał w Dusseldorfie znaczek.Dusseldorf: upamiętniający karnawał w Dusseldorfie znaczek. fot. Spatuletail/Shutterstock

Od protestu do dobrej zabawy

Obok nas przeszła właśnie orkiestra w strojach z epoki napoleońskiej.

– Pierwszy karnawał w Düsseldorfie odbył się w 1825 r. Był protestem mieszkających tu katolików przeciwko protestanckim obyczajom. Pewnie na złość pruskim władzom stroje przebierańców nawiązywały wówczas do mundurów napoleońskich żołnierzy i tak już zostało – tłumaczył mi Jurgen.

Napoleon, kiedy zdobył Düsseldorf, kazał zburzyć mury obronne. W  ich miejsce powstały fosy. Od tej pory w krajobraz miasta wpisały się urocze mostki i odbijające się w lustrze wody drzewa. Jednak konflikt katolików i protestantów był znacznie starszy. Jego oznaką jest choćby cofnięta od głównej ulicy Starego Miasta – „by nie raziła” – protestancka świątynia. Nieliczne milczące zabytkowe budowle, które przetrwały alianckie bombardowania w 1943 roku – ze słynną krzywą wieżą kościoła św. Lamberta, którą ponoć skrzywił sam diabeł – kontrastowały z gwarnym, barwnym tłumem, wypełniającym uliczki Starego Miasta.

Dusseldorf: parada.Dusseldorf: parada. fot. Pecold/Shutterstock

Nie wyłamywaliśmy się z tutejszego obyczaju, zaglądaliśmy jak wszyscy do kolejnych barów, serwujących altbier, czyli warzone według starej receptury piwo górnej fermentacji, z którego słynie Düsseldorf. Tutejsze bary to także mikrobrowary, w których z tajnikami produkcji można się zaznajomić nie tylko kubkami smakowymi, lecz także naocznie. Nie zdążyliśmy jeszcze do końca opróżnić szklanek, gdy na stoliku lądowały kolejne – pełne.

– Kelnerom płaci się tu od liczby sprzedanych piw. Dlatego nikt nie pyta, czy chcesz następne. Jeśli masz dość, kładziesz na szklance podkładkę do piwa – tłumaczył Jurgen, przekrzykując przebierańców. W czasie karnawału w samym tylko Düsseldorfie sprzedaje się mniej więcej 15 milionów szklanek piwa. Na jednym kilometrze kwadratowym Starego Miasta jest tu ponad 300 barów i piwiarni! To swoisty rekord świata.

Wolne od poprawności i diety

W niemal każdym barze Jurgen spotykał znajomych.

– Dopiero dziś przyjechałaś? – Zdziwiła się Erika, która po powitaniu z Jurgenem zaprosiła nas do stolika. – Najlepsze jest we czwartek.

– Tłusty czwartek? – zapytałam. – Wy nazywacie go tłustym, a my czwartkiem kobiet – zaśmiała się. – Wtedy dla kobiet zaczyna się karnawałowe szaleństwo. O 11.11 szturmujemy ratusz, wdzieramy się tam i obcinamy facetom krawaty, bo jak inaczej im wytłumaczyć, że czas zdjąć te nudne garnitury i zacząć zabawę! – zaczęła swoją opowieść Erika.

Düsseldorf to w istocie miasto krawaciarzy, drugie po Frankfurcie centrum bankowo-biznesowe Niemiec. Tu mają swoje niemieckie siedziby światowe korporacje. Może dzięki temu jest jednym z nielicznych niemieckich miast z budżetem na plusie. Codziennie do pracy dojeżdża tu 250 tys. osób. W tym „Korpo-Mordorze” spodziewałabym się wszystkiego prócz luzu i dobrej zabawy.

– Od czwartku do środy bierzemy urlopy, część firm robi „ferie” dla pracowników. To właśnie piąta pora roku. O tym, co działo się w barach czy na ulicach, później w pracy się nie wspomina, choć – jak widzisz – wszyscy się tu znają. To pełny reset, od pracy, od trosk, od poprawności i od diety. Piąta pora roku między niebem i ziemią – opowiadała Erika.

I dlatego zamówiłyśmy „niebo i ziemię”, czyli Himmel und Erde. Wyglądało to jak ziemniaczane purée. Na nim ułożone kawałki kaszanki polanej tłuszczem z przysmażoną cebulką. Purée aksamitne, kwaskowe, słodkawe nie przypominało znanego purée ziemniaczanego.

– Same ziemniaki to byłaby tylko ziemia. Tu są jeszcze jabłka, czyli niebo, do którego drzewa sięgają konarami – roześmiała się Erika.

Jej słowa rozmyły się w dźwiękach piosenki: „Lorelei, mój statek minął cię, choć obiecywałaś wskazać drogę”. Cały bar podchwycił melodię.

Miasto kontrastów

Historia nimfy, która zamieniła się w skałę z powodu nieszczęśliwej miłości, inspiruje kolejne pokolenia artystów w najdalszych zakątkach świata. Z niepamięci wykopał ją Heinrich Heine, który na ulicach Düsseldorfu hasał jako chłopiec.

Romantyczny poeta i biznesowe miasto... Kontrasty historii i ludzkiej natury w karnawałowym rytmie przesuwały się przed moimi oczami nazajutrz. Dokładnie o 11.11 w poniedziałek zwany tu „różanym” ruszyła parada, będąca kulminacyjnym punktem karnawału.

Jedenastka ma symboliczne znaczenie. Erika tłumaczyła mi, że to ostatnia „normalna” liczba przed dwunastką, oznaczającą liczbę apostołów, i przynoszącą pecha trzynastką. Dlatego karnawał zaczyna się 11 listopada i jedenastka wyznacza rytm karnawałowego szaleństwa.

Z Jurgenem staliśmy w tłumie. Szybko dopiłam altbier z plastikowego kubeczka. Ręce były mi potrzebne nie tylko do robienia zdjęć, ale też do łapania cukierków, maskotek i róż, którymi rzucali w tłum jadący na platformach uczestnicy parady.

„Bombardowanie” trwało kilka godzin. Przede mną sunęły konie, ludzie, orkiestry, na platformach zaś gigantyczne figury wykonane z papier-mâché. Była i gigantyczna nader zabawna Angela Merkel i Barack Obama. Politycy, piosenkarze, celebryci. Dowcipne, czasem złośliwe ludyczne podsumowanie mijającego roku. Byli też napoleońscy żołnierze i postacie „oswajające” trudną historię. Wśród wybuchów śmiechu i przelatujących nad głowami róż. Granica między uczestnikami parady a publicznością, wyraźnie wyznaczona w przestrzeni, zacierała się w powszechnej zabawie.

MedienHafen i kiełbaski z curry

Dałam się jej ponieść i dopiero po kilku godzinach, kiedy ulice wokół mnie pokrywały niezłapane łakocie i kwiaty, poczułam, że zgłodniałam.

– Na kolację zapraszam na najbardziej złote curry w Düsseldorfie – zapowiedział Jurgen. Ruszyliśmy wzdłuż Renu w stronę gigantycznej wieży, górującej nad miastem.

– Nie bez powodu Heine wybrał Lorelei – wodną nimfę. Ren to aorta Düsseldorfu, miasta żyjącego przez wieki dzięki rzece właśnie – tłumaczył.

Rzeczne porty w czasach Heinego były najnowocześniejsze w Europie. I szybko się zestarzały… Ich miejsce zajęły nowoczesne budowle – Wieża Renu, z której podziwialiśmy imponującą panoramę miasta z budynkami parlamentu i Medienhafen. Władze Düsseldorfu zaprosiły najznakomitszych architektów XX wieku – Franka Gehry’ego, Davida Chipperfielda, Joego Coenena, Stevena Holla i Claude’a Vasconiego –  by przywrócić do życia niepotrzebny nikomu port.

Jak zauroczona patrzyłam na budowle ze stali, szkła i cegieł, układające się w kształty okrętów, czekających na brzegu kobiet, falujące jak Ren, przypominające żagle. Nie dziwiłam się, że właśnie tutaj chcą mieć swoje siedziby najbogatsze i najbardziej prestiżowe światowe firmy.

Dusseldorf: Neuer Zollhoff - budynki w Medienhafen.Dusseldorf: Neuer Zollhoff - budynki w Medienhafen. fot. Timyee/Shutterstock

Kiełbasiane curry zapowiadane przez Jurgena zjedliśmy w ulicznym barze. Pieczone kiełbaski polane keczupem, zwieńczonym posypką z proszku curry. Tuż po II wojnie światowej, by trafić w gusty brytyjskich żołnierzy, zaczęto je serwować w Berlinie. Stały się symbolem Niemiec. Z nimi fotografują się wszyscy kandydaci na burmistrza Berlina, doczekały się swojego muzeum, pisano o nich książki i uwieczniano na obrazach. Najprostsze, zwyczajne, a jednak zaskakujące, inne od stereotypów i wyobrażeń – znak czasów, mieszającej się z przeszłością przyszłości. W powrotnej drodze na Stare Miasto, zajadaliśmy na deser pączki z papierowej torebki – symbol karnawałowego szaleństwa, piątej pory roku.

Himmel und Erde

Dla 2-3 osób
Przygotowanie: 40 minut

2 duże żółte cebule
100 g masła
500 g jabłek kwaśno-słodkich (np. boskoop albo elstar)
sok z połowy cytryny
500 g ziemniaków
cukier
starta gałka muszkatołowa
sól i pieprz do smaku

Cebule obieramy i kroimy w cienkie plasterki. Smażymy na 2/3 masła na maleńkim ogniu, aż będzie złotobrązowa. Odstawiamy. Jabłka obieramy, usuwamy gniazda nasienne, miąższ kroimy w kostkę. Dodajemy pół szklanki wody, sok z cytryny, cukier do smaku. Rozgotowujemy jabłka około 15 minut, tak aby powstał sos. Ziemniaki obieramy i gotujemy do miękkości w osolonej wodzie. Gorące ubijamy na purée z resztą masła i gałką muszkatołową, solą i pieprzem. Ziemniaki polewamy sosem jabłkowym i posypujemy usmażoną cebulką. Podajemy z kaszanką albo pieczonymi kiełbaskami.

Krapfen, czyli pączki

Na 16-18 pączków
Przygotowanie: 2,5 godziny

400 g mąki pszennej
50 g świeżych drożdży
30 g cukru
125 ml mleka
5 żółtek
100 g masła
sól
olej do smażenia
dżem albo budyń do nadziewania

Mąkę wsypujemy do miski, robimy w środku wgłębienie. Drożdże mieszamy z 3-4 łyżkami ciepłego mleka i łyżką cukru. Wlewamy do wgłębienia w mące, delikatnie mieszamy i odstawiamy w ciepłe miejsce na 15 minut, by drożdże „ruszyły”. Dodajemy roztopione ciepłe masło, letnie mleko, cukier, żółtka (w temperaturze pokojowej), szczyptę soli. Wyrabiamy, aż ciasto będzie ostawało od ręki. Przykrywamy miskę folią. Odstawiamy na godzinę w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Ciasto rozwałkowujemy na grubość 1-1,5 cm. Wycinamy szklanką krążki. Zostawiamy na stolnicy pod przykryciem na 10-20 minut do wyrośnięcia. Smażymy w gorącym, głębokim oleju, aż ciasto wypłynie. Osuszamy na papierowym ręczniku. Po ostygnięciu nadziewamy dżemem albo budyniem, używając szprycki do dekoracji ciast. Przed podaniem możemy posypać cukrem pudrem lub polukrować.