Winnice otaczają dolną stację kolejki Meran 2000 wywożącej narciarzy do dużego kompleksu rozłożonego w cieniu szczytu Kleiner Ifinger. Dolomity to jedno z nielicznych w Europie pasm górskich, w których wprost ze stoku można dotrzeć do winiarni. Uprawy winorośli sięgają tu nawet 1300 m n.p.m. Co zrozumiałe, zarówno w górskich chatach, jak i w wine barach oraz restauracjach w położonych w dolinie kurortach dominują wina lokalne. Narciarstwo doskonale łączy się z enoturystyką, pod warunkiem że pierwsze uprawiamy przed zachodem słońca, drugie zaś po. Rozdzielnie.

Kieliszek lagreina

Późnym marcowym popołudniem nieprzebrany, lekko spocony, z siedmiokilometrową czarną trasą Trametsch w nogach ruszyłem wzdłuż Isarco na krótkie zwiedzanie Bressanone. Liczące ponad tysiąc lat miasto to najdalej na północ wysunięty ośrodek winiarski Włoch. Z winogradów pobliskich Varny, Novacelli czy Chiusy pochodzą znakomite skalne rieslingi, silvanery i kernery.

Tuż za mostem, w cieniu arkad, odnalazłem miejscową enotekę. Nie bacząc na sportowy strój, wszedłem do środka i poprosiłem o „coś miejscowego”. To była połowa lat 90. ubiegłego wieku i, przyznaję, o winach z Alto Adige wiedziałem bardzo niewiele. Właściciel wine baru nalał do gigantycznego, jak mi się wówczas zdawało, kieliszka nieprzenikliwe, ciemnorubinowe wino. Pachniało nieziemsko, a smakowało jeszcze lepiej. Natychmiast poprosiłem o butelkę na wynos mimo ceny, która również robiła wrażenie. 12 tys. lirów to dziś wprawdzie tylko 6 euro, ale dwie dekady temu wydać tyle na flaszkę we Włoszech oznaczało rozrzutność. Wino było jednak zniewalające: jedwabiste, intensywne, pełne dojrzałego owocu, tęgie, ale w pełni zrównoważone. I tak zakochałem się w lagreinie, który na wiele lat stał się bohaterem moich dolomickich eskapad.

W czasie kolejnych pobytów we włoskich Alpach zrozumiałem jednak, że niejedyny to lokalny heros i że zamawiając ulubione wino, trzeba uważać, w jakiej części gór akurat się znajdujemy. Administracyjne granice między prowincjami nie są na stoku widoczne, szybko jednak przekonamy się, gdzie aktualnie jesteśmy, zamawiając wino. O ile bowiem specjalnością Alto Adige są lagrein i zdecydowanie lżejsza schiava, o tyle w sąsiednim Trentino pija się już raczej aromatyczne marzemino, tęgie teroldego czy białą, przyjemnie oleistą nosiolę. Jeżdżąc na nartach u stóp Latemaru, w ośrodku rozpiętym między Predazzo a Obereggen, bliżej pierwszej miejscowości dostaniemy wina z Trydentu, w chatach wokół drugiej – raczej te południowotyrolskie. Co więcej, w Arabbie czy po wschodniej części przełęczy San Pelegrino, a więc na stokach leżących już nominalnie w Veneto, prędzej niż autochtonicznego, zdawałoby się, lagreina wleją wam do szklanki raboso z odległego o ponad 60 km regionu Piave.

Wspinaczka po petite arvine

Ów zadziwiająco konsekwentny konserwatyzm winny właścicieli górskich schronisk w Alpach objawił mi się w pełni w Szwajcarii, w Les Diablerets, przyjemnym ośrodku narciarskim leżącym w kantonie Vaud. Można dotrzeć doń ze słynnego Montreux nad Jeziorem Lemańskim przez Agile niemal tramwajem, bo jak inaczej nazwać kolejkę górską, która po wjechaniu do doliny pędzi sobie wąskimi uliczkami miasteczek między pieszymi i autami.

Vaud słynie z białych win z odmiany chasselas. Pisałem o nich obszernie w ostatnim numerze „Kuchni”. I właśnie chasselas było winem, którym pojono mnie w Les Diablerets – w karczmie w dolinie i w barze przy głównej stacji kolejki. Na kieliszek chasselas liczyłem także, gdy moja przewodniczka Francesca zaproponowała obiad w leżącym pod Diabelskimi Skałami, Quille de Diablerets, schronisku Refuge l’Espace. Sezon dopiero się zaczynał, wyciąg do chaty jeszcze nie ruszył, a my, chcąc nie chcąc, zaordynowaliśmy 25-minutowe podejście z nartami na plecach. Było warto, bo l’Espace to miejsce kultowe – raptem cztery stoliki, ściany wyklejone starymi gazetami, na talerzu opiekane ziemniaki i legendarny serdelek Schüblig z Emmental ze słodkawą musztardą z Saanen robioną z gorczycy i wiśni. W kieliszku zaś zamiast chasselas petite arvine. Jak to? – zapytałem Rolanda Beera, właściciela schroniska. Ten ze spokojem wyjaśnił mi, że jesteśmy już w Valais, kantonie, którego specjalnością jest właśnie mała arvine. Nie miało znaczenia, że do granicy obu kantonów jest raptem 1550 m, że całe zaopatrzenie przychodzi do schroniska od strony Vaud, za to Valais w tym miejscu to nic innego jak głęboka na kilkaset metrów przepaść, że aby dostać się do winiarni Gilberta Devayesa, który wytłoczył moje wino, trzeba objechać cały masyw górski i pokonać trasę liczącą w sumie blisko 70 km. Byliśmy w Valais, a tu pije się petite arvine.

Veltliner dla wszystkich

Pod tym względem Austria jest najbardziej liberalna. Oczywiście, możemy upierać się, że łagodne pagórki zachodniego Carnuntum między Wiedniem i Bratysławą, porośnięte Gemischter Satzem parcele wokół stolicy kraju, winnice Traisental, południowego Kremstal i cała Styria to przecież także, co prawda niskie, ale jednak Alpy. Co z tego, skoro do najbliższych wysokogórskich ośrodków narciarskich musimy jechać autem co najmniej dwie godziny. Nawet odradzające się winnice w Karyntii (całe 170 ha) nie leżą w bezpośredniej bliskości górskich stoków. Dlatego, czy to w górskich schroniskach, czy hotelowych restauracjach w austriackich kurortach, pija się demokratycznie wszystkie rodzime wina, a jednym kryterium doboru jest jakość. Karty win w Lech, Zillertalu czy na Stubaiu pełne są doskonałych grüner veltlinerów z Kamptal, rieslingów z Wachau czy blaufränkischów z Bugenlandu. Ich wybór może przyprawić o zawrót głowy. Gdy kilka lat temu w Schneekarhütte na szczycie Horbergu (1645 m n.p.m.) w stacji narciarskiej Penken w Zillertal poprosiliśmy po obiedzie o zdekantowanie kolejnej butelki blaufränkischa, zastanawiając się jednocześnie nad wyborem porto do deseru, usłyszałem głośne uderzenie pięścią w stół. Siedzący obok mnie Stefan, krzepki 60-letni Tyrolczyk, nasz instruktor narciarski, nie wytrzymał i żachnął się, czemu zamiast zjeść w kwadrans gorącą zupę, popić to małym piwem i wrócić na stok, rozpoczynamy właśnie trzecią godzinę

lunchu! Przecież nie o to w nartach chodzi. Miał całkowitą rację, ale jakość kuchni w Schneekar i długość tamtejszej karty win wzbudzały we mnie emocje nie mniejsze niż zjazd leżącą tuż obok schroniska najbardziej stromą, przygotowaną trasą w austriackich Alpach noszącą wdzięczne imię Harakiri.

Są oczywiście miejsca, gdzie regionalizm nie odgrywa żadnej roli. Włócząc się wieczorem po złożonej niemal wyłącznie z nowoczesnych hoteli stacji Sierra Nevada w Andaluzji, na próżno szukałem win z okolic nieodległej Grenady, Malagi, Jerez. Marzyłem o kieliszku diabelnie zimnego sherry fino, tymczasem w licznych barach ośrodka ofiarowano mi zestaw obowiązkowy: białe verdejo z Ruedy albo czerwone wina z Riojy lub Ribery del Duero, regionów odległych o 500--600 km. Montilla-Moriles? Kelnerka nawet nie próbowała udawać, że wie, o co chodzi.

Aha, do Zakopanego wino także zabierzcie ze sobą z domu.