Marek: Wyobraź sobie, Tadziu, że jesteś smakoszem...

Tadeusz: Po co miałbym sobie wyobrażać, skoro wszyscy tak mnie nazywają?

M: Nie przerywaj, proszę, tylko wyobraź sobie smakosza, osobę dobrze sytuowaną i ciekawą świata, lecz ni w ząb nieznającą żadnego języka poza mową ojczystą.

T: A mało to takich Natanieli? Znów wyobraźnia nie ma tu nic do rzeczy.

M: Ale daj mi skończyć, to zobaczysz, że ma. Otóż nasz Nataniel jest nie w ciemię bity i wie, że w ciemno do knajp się nie chodzi, zwłaszcza na obczyźnie, więc czyta opinie o nich zamieszczane w internecie, najczęściej w językach innych niż polski. W tym celu włącza funkcję „tłumacz”, a Google Translator spolszcza te opinie zapisane we wszystkich znanych mu językach. Załóżmy, że wybiera się do Portugalii i czyta, co na temat jakiejś głośnej knajpy ma do powiedzenia przykładowy Edek z Singapuru. Cytuję: „Z ich gaspacho, które było czerwoną kostką lodu, wlewają gorącą wodę, a raz stopione smaki przypominają płyn, który spuszcza się z puszki pokruszonych pomidorów – do ich trójki niezapomnianych past z krakersami do łamania zębów; do ich tygodniowych ostryg degustacyjnych (co prawdopodobnie miały toaletę przez całą noc), do ich solonego niedogotowanego risotto, które było bardziej chrupiące niż krakers ryżowy i ich zimny homar; na koniec ich deser, który był po prostu białą czekoladową skorupą (o wyjątkowo niskiej jakości) wypełnioną jakąś pianką, która smakowała jak słodzona flegma siedząca na łóżku z makaronem żółtka, siedząc w szklanym kurczaku na drewnianej desce siana; w końcu ich czekoladki (które prawdopodobnie są kupione w sklepie), które wchodzą w tę irytującą, lepką pozytywkę, która nie zatrzyma się na całą noc, ponieważ każdy z nich ma jedną. Mogę powiedzieć, że ten posiłek jest jednym z moich najgorszych minus kilka małych pozytywów tu i tam. To miejsce nie było warte $$. Jedzenie było tak kiepskie i tandetne, że jestem zaskoczony, że w służbie nam zrobili pieczoną Alaskę w doniczce. Nie trać nigdy więc czasu na to miejsce”.

T: Dostrzegam w tym potencjał poetycki.

M: Tyle że nasz Nataniel nie interesuje się poezją słowną, tylko smakową. Chciałby się oblizać, cmoknąć jak Robert Makłowicz, zrobić sobie selfie i podpisać je: Czytelnik po lekturze poematu. Czy na podstawie wpisu Edka z Singapuru zdoła podjąć decyzję – jeść albo nie jeść? Oto jest pytanie! I zadanie dla wyobraźni.

T: Teraz rozumiem, w czym rzecz. Trzeba tłumaczyć tłumaczenie. A jak języków ni w ząb, cała nadzieja w wyobraźni. Czy podjąłbyś się przetłumaczenia przekładu Google Translatora następującego wpisu Jagny z Nowego Orleanu: „Od kiedy świętowaliśmy naszą rocznicę, myśleliśmy, że specjalne szmuglowanie będzie fajne. Niestety to miejsce naprawdę nie było moim stylem. Ta restauracja znajduje się w bardzo dziwnej okolicy. Drzwi są zamknięte. Będą cię obserwować, abyś przyjechał i wpuścił cię. Zdecydowaliśmy się na 8-daniowe portugalskie menu, abyśmy mogli uzyskać pełne doświadczenie. Obejmuje 4 dania rybne, 3 dania mięsne i 1 kurs deserowy. Prezentacja i poszycie były nicość, zwłaszcza deser z jajkiem. To było bardzo drogie, za 120 euro za osobę i dodatkowe 70 euro za wino, które wybraliśmy. Obsługa była bardzo uprzejma ...aż po 3 godzinach naprawdę chcieliśmy wyjechać i potrzebowaliśmy rachunku. Musieliśmy ciężko pracować, aby zwrócić na siebie uwagę. Nazywali nas taksówką, co doceniliśmy.”

M: To nie miałoby sensu, bo znam trochę języki i wiem, co Google przekręcił. Ale spróbujmy wyobrazić sobie, co z tego zrozumiałby nasz przysłowiowy Nataniel.

T: Po pierwsze – szmuglowanie specjalne. Bo niby skąd ten Nataniel ma tyle kasy? Zamknięte drzwi również mogą zabrzmieć obiecująco – byle kogo nie wpuszczają, choćby nie wiem, jaki miał towar. Będą cię obserwować – świetnie, bezpieczeństwo przede wszystkim. Nicość prezentacji i poszycia sugeruje, że w lokalu przechodzi się do rzeczy bez zbędnych ceregieli. A że nazwali tę Jagnę i jej Maćka taksówką to drobiazg, przecież mnie nazywają smakoszem i nic sobie z tego nie robię.

M: Tadziu, chyba dałeś się ponieść krytycznoliterackiej wyobraźni. Nasz Nataniel chciałby wiedzieć, czy w tym lokalu uszanują jego kubki smakowe, a nie, czy da się w nim interes ubić, bo przecież on swój ubił już kilka lat temu.

T: Rozumiem – śmietanka, profifty.

M: Jakie profifty?

T: No wiesz, niby że te profity dzielimy fifty-fifty, zaraz, niech to Google przetłumaczy...

M: Nie Google przetłumaczy, tylko gęś kopnie! Nie da się z tobą dojść do ładu!

T: Przepraszam, przyjrzyjmy się jakiemuś innemu wpisowi, mniej sugestywnemu, na przykład opinii Erazma z Rotterdamu: „Podskakujący młodzi kelnerzy i kelnerki biorą dumę w jedzeniu i są szczęśliwi odpowiadać na pytania. Tatar z tuńczyka jest świeży jak pustynia rano, zasznurowany wibrującą świeżą kolendrą, zestaw nad ładnym zgromadzeniem musztardy zielonych i służący z czosnkiem potartym grzanką”. Zamówiłbyś?

M: No pewnie, wszystkie ingrediencje smakowite, łącznie ze służącym.

T: Powiedz już coś serio.

M: No, dobrze. Owszem, śmieję się z tego Google Translatora, ubaw mam po pachy, lecz z drugiej strony jestem mu wdzięczny, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, oprócz idiotyzmów i absurdów zdarzają mu się przedziwne inwencje słowne, które – jak stwierdziłeś mają potencjał poetycki.

T: Pamiętasz przecież, że surrealiści marzyli kiedyś o piśmie automatycznym. No to proszę, mamy już takie!

M: No właśnie! I nie gorsze chwilami od ich prób.

T: Stanisław Barańczak dwadzieścia parę lat temu wymyślił Google Translatora, zanim ktokolwiek o nim pomyślał. Opublikował kiedyś dla żartu tekst, który był dosłownym przekładem z angielskiego. Na początku ktoś wchodzi i mówi: Honey, I am home! W przekładzie: „Miodziku, jestem domem!”.

M: A tak, coś pamiętam. To był jak na tamte czasy kapitalny pomysł. Ale drugi powód jest ważniejszy.

T: Jestem wszystko uszy. Jakby powiedział Google Translator.

M: Otóż poważne czytanie opinii w TripAdvisorze w języku oryginalnym nie ma żadnego sensu. Przeglądam wersje oryginalne francuskie czy angielskie i nudzę się jak mops. Dziewięciu osobom się podoba, jednej nie – i jaki wniosek z tego wyciągniesz? Że warto pójść? Czy raczej, że nie warto? Demokratyczna większość ma rację czy samotny niezadowolony?

T: Życie pokazuje, że raczej samotny niezadowolony.

M: Raczej tak. Zresztą i tak się okaże, że najlepszym lokalem w mieście jest pizzeria na głównym deptaku.

T: Suweren gastronomiczny pizzę szanuje.

M: Więc wniosek z tego wszystkiego jest taki. Google Translator jest po to, żeby to wszystko ośmieszyć, całe to bezsensowne ocenianie wszystkiego przez wszystkich. Powstał po to, by ułatwić ludzkości poznawanie wszelakich opinii, stworzyć wszechświatową poradnię, a zadziałał odwrotnie: z poradni zrobił teatr komediowy.

T: Musimy o tym pogadać przy kolacji. Chodź, przeszmuglujemy się do jakiejś knajpy.

M: Aj, czemu mi włazisz na plecy?

T: Bo nazywam cię taksówką.

Fasolka szparagowa z czerwoną papryką i octem balsamicznym

Dla 2 osób • Przygotowanie: 30 minut

500 g fasolki szparagowej, 3 czerwone papryki, 3 ząbki czosnku, oliwa, sól i pieprz, dobrej jakości ocet balsamiczny

Fasolkę gotujemy al dente w osolonym wrzątku, odcedzamy, przelewamy zimną wodą. Paprykę pieczemy w 200 st., aż pokryje się czarnymi bąblami, przekładamy do miski, przykrywamy folią i odstawiamy, żeby przestygła. Strąki wkładamy do sitka ustawionego nad miską, obieramy je ze skórki, usuwamy pestki. Gromadzący się w misce sok zachowujemy.

Posiekany czosnek podgrzewamy w oliwie, dodajemy pokrojoną w paski paprykę oraz ugotowaną fasolkę, sól i pieprz. Mieszamy delikatnie, przekładamy na półmisek i polewamy mieszanką soku z papryki, octu balsamicznego oraz oliwy. Proporcje zależą od słodyczy soku, intensywności octu i ostrości oliwy. Pożądanym efektem jest lekka przewaga kwasowości nad słodyczą. W razie przesłodzenia można ratować się sokiem z cytryny.

Proponujemy jakiś leciutki alzacki pinot noir (black pinot, jak rzekłby Google Translator).

Policzki z dorsza Trafalgar

Dla 2 osób • Przygotowanie: 30 minut

1 kg głów z dorsza, 6 ząbków czosnku, suszona papryczka chili, oliwa do smażenia, sól, pęczek bazylii

Wycinamy policzki z głów, lekko solimy. W oliwie podgrzewamy rozgniecione ząbki czosnku i pokruszoną papryczkę. Policzki wkładamy do gorącej oliwy i smażymy 3-5 minut zależnie od wielkości. Odcedzamy na sitku, układamy na półmisku wyłożonym bazylią i podajemy z bagietką.

Dorszowi należy się białe portugalskie, najlepiej coś z Douro.