Marek: Tadziu, dzięki ślicznej rozmowie Tessy Capponi-Borawskiej z Agnieszką Drotkiewicz zatytułowanej „Smak kwiatów pomarańczy” odkryłem malarza amerykańskiego o nazwisk Thibault. Dziś ma jakieś sto lat i nadal maluje.
Tadeusz: Marku, zmiłuj się, głodny jestem, a ty mi tu o malarstwie.
M: No, widzisz, rano też nie byłem głodny, ale kiedy obejrzałem sobie w sieci obrazy Thibaulta – o, popatrz tutaj – od razu zaczęło mnie ściskać. Maluje głównie ciastka i cukierki, bardzo to amerykańskie, niemal hiperrealistyczne i bardzo ujmujące. Radość życia.
T: I kto to mówi! Moja męczydusza, przekleństwo moich uniesień, słowem – przyjaciel Marek.
M: Malarstwo przynosi pod tym względem pewne korzyści. Poprawia nastrój. Mówię o malarstwie, by tak rzec, gastronomicznym.
T: Naprawdę robi ci lepiej, leczy z melancholii? Te wszystkie martwe natury? Masz ochotę, wpatrując się w nie, sięgać po te ostrygi, po sine ryby lekko skąpane w półblasku żółtych cytryn, po te świecące jak żałobny fosfor grona rzucone na stół? I masz ochotę, wpatrując się w hiszpańskie bodegony, na te smętne pory wystawione w okienku? Ja uciekam od tego, gdzie pieprz rośnie, a dokładniej na bazar, gdzie przy straganach pełnych kolorów odzyskuję równowagę i spokój.
M: Tak dla ciebie charakterystyczne. Nie powiesz mi jednak, że żadne malarskie przedstawienia straw naszych codziennych i niecodziennych nie robią na tobie wrażenia, nie wzmagają łaknienia i ssania w żołądku. Po to są przecież malowane.
T: Niekoniecznie, przyjacielu, niekoniecznie! Przecież te martwe natury z Niderlandów miały dokumentować zamożność tamtejszych kupców, którzy często takie obrazy zamawiali. Nie wzbudzają mojego apetytu różowe szynki i martwe homary z tych płócien. Owszem, lubię popatrzeć na obrazy przedstawiające ogrody czy sady, a najlepiej konie, ale konie żywe. Tego rodzaju przedstawienia jadalnej przyrody pobudzają wyobraźnię, a nie bezpośrednio apetyt.
M: Co sobie wyobrażasz, patrząc na malowane konie?
T: Raz filecik, innym razem gulasz z leśnymi grzybami...
M: To bardzo nieobyczajne, Tadziu! Można gustować w koninie, ale nie wolno się tym przechwalać.
T: Jest różnica między przechwałką a spowiedzią. Subtelna, ale zawsze. A co się tyczy gastromalarstwa w ogóle, to może jedno małe ciasteczko z obrazu Thibaulta bym zjadł, ale nie sięgnąłbym po jabłko z obrazu Cézanne’a, a swoją obecność przy „Śniadaniu na trawie” odczuwał jako zbędną, przynajmniej z kulinarnego punktu widzenia, bo z erotycznego...
M: ...niekoniecznie, przyjacielu, niekoniecznie! No a fotografie? Fotografie fotografów wyspecjalizowanych w zdjęciach pożywienia?
T: Co za koszmar, co za oszustwo! Oczywiście, ślinię się przez chwilę jak pies Pawłowa; po to takie sesje się robi. Ale zaraz przychodzi chwila refleksji: no nie, nie dam się na to nabrać, jestem już za duży chłopiec i zbyt dużo czasu spędziłem przy garach, żeby nie wiedzieć, co się błyszczy, a co błyszczeć się na stole nie musi.
M: Ty, koleżko, a kto robił zdjęcie deserowi przedwczoraj u Amaro? Duszek święty?
T: Coś ty, fotografowałem rachunek obok.
M: A komu go wyślesz?
T: Nie pytaj, na tym polega przyjaźń. I nie miej żadnych wątpliwości: uważam robienie zdjęć pałaszowanym daniom albo daniom przez siebie przygotowanym, a potem wysyłanie tego do ludzi za palanciarstwo – niewinne, ale palanciarstwo.
M: Nie chcesz mnie dziś obrazić, prawda?
T: Pewnie, że nie, równowaga i spokój. Chciałbym jedynie ci powiedzieć, że jakaś fundamentalna przepaść dzieli jedzenie od obrazu. Nie wiem, jak to dokładniej wyrazić; jedzenie ma być tylko tu i teraz, uwiecznianie go mija się z jego naturą.
M: Zwięźle wyraził to francuski myśliciel Guy Debord: Świat zmysłowy zastępują obrazy, które istnieją ponad nim, a jednocześnie domagają się uznania jako to, co par excellence zmysłowe.
T: Otóż to! I tenże Debord stwierdza, że spektakl, a przecież jedzenie stało się globalnym spektaklem, to uwieńczenie zasady fetyszyzmu towarowego. Może dlatego nie fotografuję potraw i nie jestem tak czuły jak ty, tropiciel mód wszelakich, na obrazki. Zresztą konia na obrazie potrafię kontemplować całkiem bezinteresownie, bez śladu fetyszyzmu towarowego.
M: A stado owiec z hożą pastereczką?
T: Wolałbym stado owiec bez pastereczki.
M: Dlaczego?
T: Bo zakłócałaby porządek. Jak długo można kontemplować bezinteresownie? W końcu człowiek robi się głodny.
M: Plączesz się w zeznaniach, przyjacielu. Ale to pewnie z głodu. Zaraz przejdziemy do meritum, ale powiedz jeszcze, jak reagujesz na opisy jadła, na przykład w powieściach? Kiedy wnoszą różne frykasy na stół i wszystko to zostaje tak pięknie, tyloma pięknymi słowami przedstawione, że musiałbyś być z kamienia, aby nie poczuć wilczego głodu? Czy nawet opisy wizyt w restauracjach publikowane w pismach? Muszę ci przyznać, że to jedna z moich ulubionych lektur.
T: Jeśli autor potrafi opisywać barwnie i zarazem drobiazgowo, a przy tym czule albo drwiąco, to przede wszystkim podziwiam pisarski warsztat, no, ale to też nie może trwać zbyt długo, bo robię się coraz bardziej głodny. Wracając jednak do ikonografii: pewna pani redaktor modnego pisma kulinarnego zapytała mnie kiedyś, jakie książki kucharskie lubię najbardziej. Odparłem, że te bez fotografii, choć dopuszczam obecność rycin.
M: I co ona na to?
T: Nic. Na tym rozmowa się skończyła.
M: Ach, rozumiem! Więc lu do kuchni! Tylko proszę bez koniny!

PRZEPISY:

Czipsy z buraków z sosem jogurtowo-ziołowym

Dla 2 osób
Przygotowanie: 15 minut

300 g jogurtu bałkańskiego, 50- 100 g twarogu, pęczek majeranku, pół pęczka mięty, sól i pieprz, 4 młode buraki, olej do smażenia

Jogurt rozbełtujemy widelcem, aż będzie całkiem płynny. Dodajemy ser, ale tylko tyle, żeby jogurt zagęścić, to nie ma być twarożek jogurtowy, tylko dip. Dodajemy drobno posiekane zioła, sól i pieprz, mieszamy skrupulatnie. Obrane buraki kroimy na cieniutkie plasterki i smażymy w oleju 1-2 minuty, osuszamy na ręcznikach papierowych i podajemy z sosem.
Do buraków w różnych postaciach w miarę dobrze pasuje młode gamay. Czyli jakieś lekkie beaujolais, zanim przejdziemy do poważniejszych dań.

Makaron udon z krewetkami i szparagami

Dla 2 osób
Przygotowanie: 20 minut

500 ml wywaru drobiowego, japoński sos sojowy, łyżka mirinu, olej z pestek
winogron, pęczek zielonych szparagów, 300 g dużych krewetek, 2-cm kawałek kłącza imbiru, 300 g makaronu udon

Do gorącego wywaru dodajemy 3 łyżki sosu sojowego i mirin. Mieszamy i zostawiamy na małym ogniu. W łyżce oleju podsmażamy 3 minuty na sporym ogniu szparagi pocięte na kilkucentymetrowe kawałki. Dodajemy krewetki i smażymy jeszcze cztery minuty, często mieszając. Po pierwszej z tych czterech minut dodajemy pocięty w zapałkę imbir oraz dwie łyżki sosu sojowego, po drugiej – cztery łyżki wody z garnka, w którym gotuje się makaron, po trzeciej – jeszcze cztery łyżki tejże wody. Makaron gotujemy według instrukcji na opakowaniu, odcedzamy i wkładamy na talerze, między które rozdzieliliśmy wywar. Na makaron kładziemy krewetki i szparagi i podajemy.
Próbowałem kiedyś łączyć szparagi z beaujolais; to nie był dobry pomysł. Zmieniamy więc wino na biel – na alzackie pinot blanc.