Marek: Walentynki, nie walentynki, coś słodkiego się należy.
Tadeusz: Zwłaszcza po niedawnych świętach. Ale zgadzam się, niestety.
M: W Zawichoście jak zawsze przybyły na Wiśle trzy centymetry. W pasie też.
T: Twój stary dowcip. Mam jeszcze centymetr zapasu. Moja zimowa norma to cztery. Zrzucę na wiosnę.
M: A na co się rzucisz obecnie?
T: Na bombonierki. Taką mam słabość. Feblik, mówiąc szlachetniej. Ułomność, mówiąc szczerzej.
M: To ty dotąd, nieszczęsny, nie poznałeś prawdy? Takiej mianowicie, że bombonierki to największy, mówiąc szlachetnie, humbug w dziedzinie słodyczy? Mówiąc mniej szlachetnie, ściema okrutna? Piękne pudełeczka, fotografie rozkwitających kwiatów, czerwonych róż w szczególności, albo zaśnieżonych szczytów, albo zagwieżdżonego nieba, albo pary tańczącej walca, a w środku słabiutko. I malutko przede wszystkim. Takie duże pudełko, a tak mało czekoladek.
T: Toż to ma być przyjemność luksusowa, a nie masowa.
M: Zgoda, ale luksus cwaniactwa nie usprawiedliwia. Dam ci jeden przykład, który mnie gryzie. Co prawda nie dotyczy on dokładnie bombonierki, ale czegoś podobnego: pięknego pudełka z czekoladowymi marcepanami podrasowanymi różnymi alkoholami.
T: Ach! Ach!
M: Miarkuj pożądanie. Nie kryję, że lubię owe marcepany duńskiej firmy Berg. Po dziesięć w jednym pudełku. Za niemałą cenę. Po dziesięć kiedyś. Ale jak się już uzależniłem, w pudełku za tę samą cenę sztuk było już tylko osiem. Oczywiście, nie ma mowy o podwyżce, skąd – my, firma Berg, takich rzeczy nie robimy. A ostatnio pakujemy do pudełka już tylko siedem marcepanków.
T: Marku Panku, już Szekspir mówił, by strzec się Duńczyków. Ale nie wylewaj mi tu osobistych żalów. Pyszne są te czekoladki? Pyszne. I już. A co do bombonierek – twój opis dotyczył wyrobów naszych dzielnych firm cukierniczych w dawnych złych czasach. Bywa już lepiej. To znaczy więcej. Zresztą nie o ilość chodzi. Ale o poczucie, że sięgając po bombonierkę, wdrapujesz się na inną, wyższą półkę doznań. Nawet jeśli jest to iluzja. Tak się utarło, że czekolady, nawet te najlepsze, to codzienność, a czekoladki to niedziela.
M: Ja w niedzielę nie działam. Zgodnie z ustawą.
T: Liczy się ta chwila otwarcia pudełka, kiedy widzisz przed sobą małe morze różnorodności. Którą wybrać: tę czy tamtą? Tę, w której wnętrzu kryje się może nadzienie orzechowe, czy tamtą, która wabi pomarańczowym kolorem, przeto zapowiedzią smaku lżejszego, owocowego.
Najprzyjemniejsza jest chwila podejmowania decyzji. Dlatego nigdy nie kupuję bombonierek z jednym identycznym typem czekoladki.
M: To jakie najchętniej kupujesz?
T: Nie kupuję. Czekam, aż mi dadzą.
M: A ty hipokryto! Jesteś jak każdy. Nikt sobie nie kupuje bombonierek. Bombonierki są do wręczania.
T: Właśnie. I dlatego proponuję, żebyśmy wręczyli sobie nawzajem po jednej. Albo po dwie. Ale własnej roboty.
M: Masz na myśli czekoladki czy pudełka?
T: Po pierwsze, bombonierka nie musi zawierać czekoladek. Mogą tam być łakocie wszelakie, oczywiście niewielkich rozmiarów. I każda ślicznie opakowana. A pudełko jeszcze śliczniejsze, wesolutkie albo romantyczne. Gdybyśmy się do tego zabrali na poważnie, wypełnilibyśmy rynkową niszę. Lubisz Mozart Kugeln?
M: Owszem, niczego sobie te wiedeńskie marcepanki.
T: Dokładnie, niczego sobie, ale nic wielkiego. A za jedną sztukę, w opakowaniu po dziesięć, płacisz jedno euro. To przez tego Mozarta.
M: A może raczej dzięki temu Mozartowi?
T: Zależy, kto płaci, a kto kasuje. Stwórzmy polską odpowiedź na austriacką autoreklamę.
M: Przecież już powstała, są bombonierki z Chopinem.
T: Nie z Chopinem, tylko z jego pomnikiem, tym w Łazienkach. Mozart w halsztuku wyprofilowany wygląda raźnie i wesoło, a pomnik Chopina – wzniośle. Wzniosłość nie kojarzy się z pragnieniem słodyczy. Jednak powinniśmy pozostać przy uniwersalnym języku muzyki.
M: Naszej polskiej jednakowoż.
T: Ma się rozumieć. Może tej nowszej, bo przykładowo taki Moniuszko na banknocie NBP wyglądał jak sierżant na komendzie.
M: Zenon Martyniuk zatem?
T: Świetny wybór, zwłaszcza na prezenty dla pań. Natomiast na prezenty dla panów dałbym Edytę Górniak.
M: O, to wybór jeszcze świetniejszy i patriotyczny! Ale poza tobą chyba nie znam żadnego mężczyzny, który ucieszyłby się z bombonierki.
T: To ze wstydu, z obawy, że o zniewieściałość go posądzą. Ja bym się nie wstydził publicznie radować z patriotycznej bombonierki.
M: Nie ma co, odważny jesteś.
T: W dzisiejszych czasach, mój drogi, publiczny patriotyzm wymaga odwagi.
M: No dobrze, pudełko mamy obcykane. A co z zawartością?
T: Tak jak w przypadku Mozart Kugeln każde cacko musi być owinięte w sreberko z odpowiednim konterfektem, męskim bądź kobiecym.
M: Jasne, ale jakie to mają być cacka? Z czego, czym nadziane?
T: To nie ma żadnego znaczenia. Żyjemy w epoce postmodernizmu. Liczy się powierzchnia, głębię najlepiej przemilczeć.
M: Przecież nie chodzi o to, czy będziemy o niej rozmawiać, tylko o reakcję podniebienia na te łakocie.
T: Ale przecież uzgodniliśmy na początku, że najważniejszy jest wygląd. W środku może być choćby ptasie mleczko, odpowiednio podrasowane krwistym barwnikiem albo nadziane kuleczką suszonej żurawiny.
M: Więc jednak pomyślałeś o głębi! I to biało-czerwonej!
T: To tylko na wypadek, gdyby ktoś zajrzał do środka, tak kontrolnie. Przeciętny zjadacz czekoladek wpatrzony jest w ekran telewizora albo komputera...
M: ...albo w oczy ukochanej osoby...
T: ...i nie ma głowy do takich oględzin. Jednakże nie da się wykluczyć jakichś wyrywkowych inspekcji.
M: Czyli nic nam nie grozi. Do dzieła!