Nie wiem, dlaczego poprosiłem wtedy o olaszrizlinga. Być może było to jedno z niewielu węgierskich słów, jakie znałem, po którym spodziewałem się, że zjedna mi nieco sympatię otoczenia. W 2002 roku budapeszteńskie Miasto Elżbiety, dawna dzielnica żydowska, nie przypominało dzisiejszego alternatywnego centrum węgierskiej stolicy. Anturaż przedwojennych obdrapanych kamienic niewiele się zmienił, nie było za to choćby jednego ze współczesnych posthipsterskich barów, a wina można było się napić najwyżej w miejscowej borzó. Do takiej obskurnej ciemnej winiarni, gdzieś przy Rumbach utca, zszedłem wąskimi, stromymi schodami w odorze skisłego wina i we mgle dymu z kossuthów. Sala zamilkła. Nie byłem ani spod trzynastki, ani z kamienicy naprzeciwko, ani nawet z żadnego z domów za rogiem, przy Dob utca. Podszedłem do baru i starając się zachować pewność głosu, poprosiłem olaszrizling. Tubylcy wznowili rozmowy, a barmanka nalała mi chochlą z aluminiowego gara wpuszczonego w chłodnię 200 mililitrów wina do prostej szklanki. Z meniskiem.
Było raczej okropne. Smakowało rozmoczoną tekturą, męczyło wodnistością, ale zapewniło mi odpowiedni status na ulicy Rumbacha.
Kiedy dwa lata później sączyłem w dubrownickim porcie pierwszy w życiu kieliszek oleistej, aromatycznej, mocnej, ale świetnie zrównoważonej graševiny, nie przypuszczałem, że to chorwacka wersja olaszrizlinga. Czy też welschrieslinga, rieslinga vlašskiego, laškiego, italico... Wino nie przypominało w niczym madziarskiego sikacza – obudziło za to miłość i otworzyło śledztwo we własnej sprawie.

Welsch, czyli cudzoziemski

Niemieckojęzyczni mieszkańcy środkowej Europy nie mieli wątpliwości, że znana od setek lat odmiana nie ma swej ojczyzny ani w Austrii, ani w Niemczech. Przedrostek welsch znaczy tyle co obcy, cudzoziemski – ten inny riesling musiał zatem przybyć z zagranicy. Dlaczego jednak riesling? Wina z welschrieslinga nigdy prawdziwego reńskiego rieslinga nie przypominały ani budową, ani aromatami. Dziś, bogatsi o badania DNA, wiemy, że oba szczepy nie są w żaden sposób spokrewnione genetycznie. Badacze odmian winorośli nie mają wątpliwości, że nasz bohater pochodzi ze Sławonii we wschodniej Chorwacji, a nazwa graševina ucinająca spekulacje co do pokrewieństwa z rieslingiem powinna być powszechnie stosowana. To najbardziej popularna biała odmiana w Chorwacji, obsadzone nią jest tam blisko 8,5 tys. hektara, co ciekawe, wyłącznie w tzw. kontynentalnej części kraju, przede wszystkim w okolicach Kutjeva, Slavońskiego Brodu i Dakova. Lubią ją także Węgrzy, Czesi i Słowacy, Austriacy, Włosi z Lombardii, Serbowie i Rumuni, choć ci ostatni przedrostkami się wcale nie przejmują i wołają na graševinę po prostu „riesling”, wzbudzając konsternację przyjezdnych.

Ojciec chrzestny

W Kutjevie ludzie się nie spieszą. Był wrzesień w czasie zbiorów, gdy Vlado Krauthaker (a jeśli graševina ma ludzką twarz, to właśnie tego niesamowitego wąsacza) zabrał mnie w gościnę do sąsiedniej wioski. Trwał tam w najlepsze dzień lokalnego świętego patrona. Pojechaliśmy do rodziny. Vlado jako najznakomitszy winiarz w regionie, ale też ojciec chrzestny jednego z synów gospodarza, był ważnym gościem familii. Drzwi się nie zamykały, a kuchnia pracowała pełną parą – na stół wjeżdżały potrawy, przyjezdni zjadali i przechodzili na wino i rakiję do ogrodu, zwalniając miejsce przy stole dla kolejnych gości. Po dwóch godzinach padł sygnał do odwrotu. Do Kutjeva mieliśmy pięć kilometrów – autem może trzy minuty. Cieszyłem się na wolne popołudnie, wiedząc, że czeka mnie tego wieczora syta i zakrapiana kolacja u winiarza. W pierwszej wiosce zajechaliśmy jednak do winogrodników, którzy dostarczali Krauthakerowi owoce z własnej winnicy. Gospodarz wziął mnie na bok, przyznał, że Vlado to doskonały producent, ale prawdziwe wino robi właśnie on. I oczywiście muszę go spróbować. Podobnie jak domowej rakii. Minęła godzina, nim ruszyliśmy dalej. Po kilkuset metrach Krauthaker pokazał z samochodu palcem Mitrovac, swoją najlepszą winnicę. Żal było nie zahaczyć. Dziwnym trafem na szczycie winogradu czekał kilkunastoletni chłopak z kieliszkami i butelką sauvignon z wizytowanego przez nas siedliska. Po kolejnej godzinie ruszyliśmy w dół, pamiętając, że trzeba koniecznie zajechać jeszcze do sąsiadów, enofilów z Zagrzebia, przyjaciół domu, i zabrać ich na kolację. Zaproszenie zostało przyjęte, tyle że w międzyczasie na stole pojawił się doskonały kulen – kiełbasa z chudej wieprzowiny doprawiana ostrą papryką, specjalność Sławonii. I butelka graševiny. I tak, już po trzech godzinach z hakiem, udało się nam pokonać krótki dystans między wioskami. Zdrowo przejedzeni i napici usiedliśmy do zastawionego stołu.
Ta kutjewska Anabaza była jednak jedynie subtelnym wstępem do chrzcin, których mimowolnym bohaterem stałem się dwa miesiące później. Z uwagi na głoszenie dobrego imienia graševiny nad Wisłą zostałem poproszony przez Vlado Krauthakera i innych sławońskich producentów na ojca chrzestnego nowego rocznika wina. Setka gości z okładem, trzy cygańskie orkiestry, hektolitry wina, niezliczone ruszty i paleniska (nie przypuszczałem, że graševina tak dobrze pasuje do pikantnego gulaszu ze ślimaków gotowanego w miedzianym kotle na wolnym ogniu)... W kulminacyjnym momencie do głównej sali krauthakerowej winiarni wkroczył orszak trzech „kapłanów” w rytualnych strojach. Zostałem poddany skomplikowanej procedurze, której motywem przewodnim było oczywiście pochłanianie kolejnych porcji wina ku uciesze zebranych i chwale lokalnej odmiany. Ale moje chrzestne dziecko ma się dobrze, a ja z pewnością nigdy o nim nie zapomnę.

Najlepsze wino na świecie

Kilka lat później, po jednym z konkursów winiarskich, siedziałem w budapeszteńskiej restauracji w towarzystwie brytyjskich Masters of Wine i Master Sommelierów. Gospodarze o nas dbali. W ciągu minionych dni próbowaliśmy mineralnych, wielowymiarowych olaszrizlingów z bazaltowych zboczy wulkanu Somló i z Badacsony nad Balatonem, tęgich, ekspresyjnych win z tej odmiany z Egeru. Wspominający pionowe degustacje* montrachetów i chambertinów koledzy z Wysp niczym arystokratyczni bohaterowie z cyklu powieści Edwarda St Aubyna o Patricku Melrosie wypowiadali się o nich z szacunkiem, z jakim mówi się o dobrym koniuszym – przyznawali, że są zgrabne, ciekawe, ale jednak bękarcie. „Bo czyż można z graševiny zrobić wino prawdziwie wielkie, na miarę czołowych burgundów?” –  I don’t care – odpowiedziałem.

*Pionowa degustacja to degustacja, w której porównuje się kilka roczników tego samego wina lub podobnych; może dotyczyć win z wielu roczników tego samego producenta lub win z jednego rocznika i wielu regionów, wreszcie win tej samej odmiany, ale produkowanych w różnych regionach