Tadeusz: Słyszałeś o tym nowym obyczaju? Na Dzień Dziecka dorosłe dzieci zapraszają rodziców na ucztę.

Marek: Nie słyszałem, ale brzmi to sympatycznie. Choć taki obyczaj jest chyba obarczony potencjalnie groźnymi dwuznacznościami.

T: No właśnie. Wy – grzyby, zgredy, wapniaki – nawet porządnego obiadu nie umiecie sobie ugotować, dlatego w Dniu Dziecka zabawimy się karnawałowo, odwrócimy role. Będziemy waszymi żywicielami.

M: No, nie, to chyba przesada, dorosłe dzieci tak o rodzicach nie myślą. Chyba raczej bawią się w rodziców. Może to forma prenatalnego treningu? Nie wiem, czy dobrze to ująłem, gubię się w tych przedrostkach.

T: Jak zwał, tak zwał, byle wina było pod dostatkiem, to przyćmi wszelkie dwuznaczności. Choć nie tę jedną, do której zmierzam. Dziecko jest ojcem człowieka. Dorosłego człowieka, ma się rozumieć. Napisał to angielski poeta romantyczny William Wordsworth, z pobudek metafizycznych. Może zastanowimy się, czy takie postawienie sprawy jest słuszne w wypadku smaku?

M: Tak, trzeba rzecz przemyśleć. Co lubiłeś jeść, mając lat pięć?

T: Smażone bakłażany i czerwone wino z Dalmacji!

M: Nie umityczniaj mi tutaj własnego dziecięctwa. Raz ci się zdarzyło coś takiego zjeść, i to tylko dlatego, że rodzice gdzieś poszli i zostałeś w Dubrowniku sam z gospodynią, która cię uraczyła smakołykami, żebyś tak nie ryczał, gdy mamusi nie ma.

T: No dobra, placki ziemniaczane babuni!

M: To brzmi bardziej prawdopodobnie. Z cukrem?

T: I śmietaną!

M: A curry? Nie smakowało ci curry po afrykańsku? Skoro tyle lat w Afryce spędziłeś ze starymi...

T: Nie, ani trochę, było znacznie za ostre, zjadałem tylko owocowe dodatki i ryż.

M: Z twojego przykładu wynika zatem doświadczalnie, że smak dziecka i osoby dorosłej to zupełnie nieporównywalne rzeczy.

T: Przez pewien czas. Na starość smak się zmienia. Zresztą nie tylko na starość. Okresowo zmienia się stosunek do pewnych potraw, ponoć raz na dziesięć lat. Jako dwudziestolatek z zapałem jadłem śledzie, w następnej dekadzie czułem do nich obrzydzenie, po czterdziestce znów zacząłem je pałaszować z entuzjazmem. Ale teraz, w jesieni życia, coraz częściej wracam do smaków z dzieciństwa. Na przykład owsianki.

M: Tfu! Jak możesz! Ponadto dzieci nie lubią owsianki, tylko są zmuszane do jej wchłaniania, nierzadko przemocą lub emocjonalnym szantażem.

T: Kiedy ja lubiłem. Najpierw połówka grejpfruta albo kawał papai, potem owsianka, potem jajko na miękko i grzanki z solonym masłem i marmoladą pomarańczową. To miało głęboki sens.

M: Kakao na podwieczorek?

T: Koniecznie!

M: Zupa owocowa z makaronem na obiad?

T: Tak nisko jeszcze nie upadłem.

M: A jak ze słodyczami? Pewnie nie skąpili ci rodzice cukierków, czekoladek, lodów.

T: Za tym akurat nie tęsknię. Choć zacząłem ostatnio wypiekać w domu ciastka. Nie ciasta domowe, tylko takie ciastka jak z cukierni, z czasów dzieciństwa. I pić kawę zbożową.

M: .??!!?

T: Przecież nie zamiast normalnej kawy. I tylko przy specjalnych okazjach.

M: Na przykład jakich?

T: Drugie śniadanie bez szampana.

M: Widzę po twej dziarskiej i wyraźnej wymowie, że dziś żadnej specjalnej okazji nie świętowałeś.

T: Och, nie bierz wszystkiego tak serio! Powiedz, czy nadal lubisz te same rzeczy, co w dzieciństwie, czy przez tę infernalną ewolucję wszystko diabli wzięli.

M: Muszę szybko zrobić rachunek wspomnień. W pewnym sensie aż tak wiele się nie zmieniło. Oczywiście przeszedłem normalny rozwój od słodkiego do wytrawnego. W szesnastym roku życia polubiłem szpinak, w osiemnastym oliwki, w dziewiętnastym kawę, w dwudziestym kawę bez cukru, w dwudziestym drugim ser owczy i kozi.

T: A w pięćdziesiątym ósmym napar z czystka.

M: Napar nie, ale słowo - owszem. Czystek w krainie brzydali.

T: O sobie mówisz?

M: Bez przerwy. Więc kończę rachunek wspomnień. Bo z drugiej strony aż tak wiele się nie zmieniło. Na przykład: zawsze lubiłem różnego rodzaju ciapaty.

T: Masz na myśli paciaje? Czy to, co mylnie nazywa się mamałygą?

M: Rzecz w tym, żeby na talerzu było miękko i wymieszane. Dziś kocham risotto, wtedy uwielbiałem kaszę z sosem. I nadal wielbię. Jeśli jem mięso, to tylko miękkie i też w sosie...

T: Jak dziadek Poszepszyński.

M: Nie chodzi o uzębienie, potworze. Takie rzeczy lubiłem już, gdy miałem mleczne zęby. Gulasz wtedy i gulasz dzisiaj. A befsztyk wtedy nie i dzisiaj również nie. Kotlet mielony jak najbardziej – i wtedy, i dzisiaj. A rosbif dużo gorzej. Wówczas i teraz. Stąd mój wniosek jest taki: owszem, jak słusznie mówisz, co ileś tam lat zmieniają się smaki, przez dekadę nie lubimy czegoś, mamy wstręt do karczochów, powiedzmy, a po dekadzie je wtrząchamy z przyjemnością. Jednak ważniejsza jest w nas wierność pewnym postaciom jedzenia. Ciągłość wyobraźni. Zawsze wolałem miękkie i zmieszane od twardego i oddzielnego, to się nie zmieniło. Czyli w moim przypadku zdanie twojego angielskiego poety miałoby sens.

T: Byłeś ojcem swego taty i swej mamy.

M: Owszem, w pewnym sensie. Kulinarnym. Albowiem kuchnią wcześnie się zainteresowałem i dość szybko zacząłem w niej rządzić. A raczej narzekać na ich gotowanie i sugerować dokonanie w ich sposobie kucharzenia radykalnych zmian. Oczywiście w stronę miękką.

T: Byłeś zatem nie tylko ich ojcem, lecz także Magdą Gessler. Zanim sama przyszła na świat.

M: Miły z ciebie człowiek. Choć niekoniecznie dla mnie.

T: Więc wyobraź sobie, mój drogi, że dawno, dawno temu zawędrowałeś do odległej krainy, gdzie poznałeś piękną kobietę, ta zaś była ci uległa.

M: Hmm.

T: No cóż, miała chwilę słabości.

M: Tadziu, stajesz się coraz milszy.

T: .ale potem pomyślała, że z takim wariatem-literatem nie chce mieć do czynienia i nawet bez jego alimentów się obejdzie, i chwila słabości minęła.

M: Wręcz się rozpływam od tych komplementów.

T: I pewnego dnia dostajesz list: Drogi Ojcze, z okazji Dnia Dziecka mam zaszczyt zaprosić Cię na uroczysty obiad. Poszedłbyś?

M: Docent, ty tu nie teoretyzuj, tylko powiedz, co dziś upichciłeś! Dla dziecka we mnie!

***

Gulasz wieprzowy z kminkiem

(dla 4 osób, przygotowanie: 2,5 godziny)

Składniki:

  • 750 g łopatki wieprzowej
  • oliwa lub smalec
  • 2 cebule
  • sól
  • pieprz
  • mąka
  • 2 łyżki nasion kminku

Sposób przygotowania:

Łopatkę, pokrojoną w kawałki na kęs, obsmażamy w tłuszczu i przekładamy na talerz. Na tej samej patelni szklimy posiekaną cebulę. Wkładamy łopatkę z powrotem na patelnię, posypujemy solą i pieprzem, oprószamy mąką i, mieszając, smażymy 2-3 minuty na małym ogniu. Zalewamy mięso wodą, doprowadzamy niemal do wrzenia, usuwamy szumowiny. Dodajemy kminek i dusimy, aż mięso będzie całkiem miękkie, mniej więcej 2 godziny. Podajemy z kaszą.
Dzięki, Tadziu. Wreszcie gulasz! Do niego zatem wino niezbyt taniczne, młode, czerwone. Kto chce pozostać w zgodzie słownikowej, niech bierze czysty węgierski kekfrankos albo egri bikavér. Sam lubię do gulaszu beaujolais, choćby z Domaine Terres Dorées, np. wino zwane Cuvée Premiere za 55 zł.

Krem angielski z mrożonymi owocami

(dla 2 osób, przygotowanie: 30 minut)

Składniki:

  • 500 ml mleka
  • strąk wanilii
  • 3 żółtka
  • 75 g cukru
  • maliny i/lub borówki amerykańskie na początku lata, jeżyny pod koniec lata

Sposób przygotowania:

Strąk wanilii przekrajamy wzdłuż i dodajemy do mleka, które podgrzewamy niemal do wrzenia. Odstawiamy na kilka minut. Żółtka ucieramy z cukrem, aż ten się rozpuści, a kolor masy będzie bliższy bieli niż żółci. Wyjmujemy z mleka wanilię i stopniowo dodajemy je do żółtek, przelewając przez sitko i mieszając. Wlewamy do rondelka i podgrzewamy na wolnym ogniu, mieszając drewnianą łyżką, żeby krem się nie zagotował. Jest gotowy, kiedy oblepia spód łyżki.
Niezbyt słodkie wino słodkie, np. Premieres Grives z Domaine du Tariquet (to blisko Pirenejów) za 64 zł. Dla dzieci to samo, czyli małe Pireneje: kropelka wina na paluszek.