Panie Tomaszu, przecież to amarone zdobyło brązowy medal na konkursie w Kuala Lumpur! A pan mu dałeś raptem 84 punkty?!”. Wysłuchałem w życiu dziesiątek podobnych pretensji. Ich autorami byli zazwyczaj wierzący głęboko w marketingową siłę medali importerzy. Wiara tu jednak nie wystarcza – trzeba znać realia.
Każdego roku organizuje się na świecie setki konkursów winiarskich. Niekiedy mają charakter lokalny, czasem regionalny, często międzynarodowy. Odbywają się pod auspicjami rządowych agend, miejscowych stowarzyszeń winiarskich albo prywatnych przedsiębiorców. Najczęściej – poza wpływami od sponsorów – finansowane są z opłat, jakie wnoszą nadsyłający wino na konkurs producenci. Zasada jest prosta: chcę, aby moje wino zostało ocenione – płacę określoną składkę. Oczywiście, winiarz przysyłający wino na konkurs nie ma żadnych gwarancji, że jego trunek zdobędzie medal. Degustacja odbywa się w ciemno, a sędziowie znają jedynie rocznik, odmianę winorośli, z której zrobiono wino, oraz kategorię (białe/czerwone, wytrawne/słodkie, dojrzewające w beczce lub nie itd.). Parametry te potrzebne są choćby po to, by ocenić typowość danej próbki. Wina oceniane są najczęściej w skali 100-punktowej wypromowanej przed wielu laty przez amerykańskiego krytyka Roberta Parkera Jr. Ocenia się kolor wina i jego przejrzystość, jakość i typowość aromatów i smaków, równowagę oraz długość. Perfekcyjne wino, które zbiera maksymalne noty w każdej kategorii, dostaje oczywiście 100 punktów. Gdy otrzyma za każdy element ocenę bardzo dobrą, uzbiera w sumie tylko 86 punktów. Prawdziwy dramat zaczyna się, gdy uznamy każdy parametr wina jedynie za dobry – cząstkowe oceny dadzą sumę raptem 72 punktów. Jeśli w jakimkolwiek piśmie winiarskim stosującym skalę 100-punktową wino otrzymałoby 72 punkty, oznaczałoby to, że mamy do czynienia prawdopodobnie z alkoholizowaną przegniłą wodą ze ścieku, która trafiła przypadkiem do butelki.
Skąd ta rozbieżność? Na konkursach stosuje się skalę i jej parametry zgodnie z ideą, jaka przyświecała jej twórcom. 100 punktów miało dać krytykom możliwość prawdziwego niuansowania swych ocen. W praktyce pism winiarskich skala ta dawno się zdewaluowała. Czytelnicy chcą czytać o winach doskonałych. Wino zupełnie dobre – dostało w końcu 84 punkty – nikogo już dziś nie interesuje. Problem polega na tym, że na konkursach winiarskich wystarczy czasem przekroczyć granicę 80 punktów, by dostać choćby brązowy medal. W efekcie medale zgarnia plejada, owszem, pijalnych, ale bardzo przeciętnych win.
Za dobre, by wypluć – oświadczył kilka lat temu pewien sędzia z Bałkanów w czasie prestiżowego Brukselskiego Konkursu Winiarskiego. I przełknął wino, które oceniał. Problem polegał na tym, że tego dnia większość próbek wydała mu się zbyt dobra, by miały trafić do spluwaczki. W czasie jednej sesji konkursu winiarskiego ocenia się od 30 do 40 win. Suma tylu „zbyt dobrych” sprawiła, że feralny sędzia nie był w stanie samodzielnie opuścić sali degustacyjnej.
Sędziuję w konkursach winiarskich od 17 lat i spotkałem na swojej drodze zarówno wybitnych analityków, jak i pożytecznych idiotów gotowych w rewanżu za gościnę hojnie obdarować punktami nawet najbardziej przeciętne wina. Często, niestety, także własne gusta górują nad chłodną oceną. Podczas jednego z konkursów w Niemczech siedziałem w komisji z dwójką Europejczyków i trzema sędziami z Ameryki Południowej. Consensus wydawał się niemożliwy. To, co podobało się nam, spotykało się z totalną krytyką kolegów zza Atlantyku. I odwrotnie: wina, które my ocenialiśmy przeciętnie, Amerykanów zachwycały. Gorzej, że na próby jakiejkolwiek dyskusji odpowiadali zazwyczaj: No comment!
Aby uniknąć podobnych sytuacji, na większości konkursów przed rozpoczęciem sesji podawane są dwa wina kalibracyjne. Chodzi o to, by sprawdzić, czy rozbieżności ocen w ramach jednej komisji nie są zbyt duże. Gdy we włoskiej Apulii zabrakło tego elementu, poprosiłem organizatorów o wino kalibracyjne. – Ach, kalibracja! Doskonały pomysł – rzekli Włosi. Po chwili w kieliszkach znalazła się próbka wina, które zaraz miejscowy enolog ocenił na 76 punktów, zaś importer z Australii na 94. – No, to jesteśmy skalibrowani! – ucieszyli się organizatorzy, ignorując nieśmiałe przebąkiwania kilku sędziów, że rzeczywistość jest zgoła inna.

Interes winiarza

Nie bójcie się dawać medali! – ryknął ze sceny dyrektor konkursu w połowie sesji pierwszego dnia konkursu w Palatynacie. Ta jawna sugestia zmroziła mnie do tego stopnia, że rozważałem ostentacyjne opuszczenie sali degustacyjnej. Wątpliwości ogarnęły mnie zresztą już dzień wcześniej. Jako debiutant na tych akurat zawodach byłem zobowiązany przejść szkolenie, w czasie którego padło wiele słów o mojej odpowiedzialności wobec producentów przysyłających wina na konkurs – i w dodatku za to płacących! Ku mojemu zaskoczeniu nie padło ani jedno słowo o odpowiedzialności sędziów i organizatorów wobec konsumentów, którzy kierując się medalem jako rekomendacją, kupią marne wino. Co gorsza, w czasie tamtej edycji obniżono kryteria i medal srebrny dawano już od 82 pkt, złoty zaś od 85. Dlaczego? Kalkulacje organizatorów były proste. Im większa szansa na medal, tym więcej nadesłanych próbek, ergo – pieniędzy na koncie.
Przed rokiem szefowa mojej komisji w Kiszyniowie dwukrotnie strofowała mnie w tonie zatroskanej nauczycielki matematyki z liceum, dlaczego tak nisko oceniam degustowane wina.
Oczywiście, brałem też udział w bardzo wielu konkursach, w czasie których wybierane były rzeczywiście najlepsze wina, te kontrowersyjne zaś poddawaliśmy wnikliwej ocenie i dyskusji w gronie degustatorów. Przeciętnemu winomanowi spoglądającemu na medale na etykiecie zdobiącej flaszkę w supermarkecie jest jednak bardzo trudno zweryfikować, czy wino nagrodzono na tym poważnym, czy mniej poważnym konkursie.

Kosztuje tylko 7 euro, a zostało najlepszym winem na świecie! – sensacyjne wiadomości obiegają od czasu do czasu codzienną prasę i internet. Autorzy tych doniesień najczęściej nie rozumieją, że konkurs winiarski to nie olimpiada czy mistrzostwa świata, że złotych medali daje się na nich kilkanaście, czasem kilkadziesiąt, przede wszystkim zaś, że poza nielicznymi wyjątkami nie startują w nich „najlepsze wina świata”. Producenci o ugruntowanej pozycji takimi zawodami nie zawracają sobie głowy. Konkurs to platforma dobra dla początkujących albo nieznanych winiarzy i przez nich zwykle wykorzystywana. Od tej reguły są oczywiście wyjątki. Rada? Nim kupicie wino, kierując się medalem, poczytajcie choć trochę o konkursie, na którym je wyróżniono. Na ogół zaś wybierajcie po prostu odmiany, regiony i producentów, których lubicie. A nie medale.