Curicó tonęło w ciemnościach. Pozamykane knajpy, puste ulice, tylko za rogiem, nad barakiem kryjącym chińską restaurację, migotał jaskrawy neon z napisem po mandaryńsku. Ale przecież nie chcieliśmy jeść sajgonek w słynącym z empanadas, jednym z największych miast regionu Maule, w środkowym Chile. Recepcjonista zaproponował kolację w hotelu, na co już w ogóle nie mieliśmy ochoty. Na szczęście zza rogu dobiegły nas dźwięki głośnej muzyki. Curicó obchodziło Dzień Kolumba i chyba wszyscy mieszkańcy zgromadzili się na skromnym festynie przy deptaku del Velasco. Pośród strzelnic i kramów z rękodziełem, w rytmie wygrywanej przez „excelente grupo musical” cueki snuł się dym budzący zapachem nadzieję. Na mierzącym bodaj dwa metry ruszcie dochodziły brochetas (czy anticuchos, jak Chilijczycy częściej nazywają szaszłyki).
Szerokie rondo kapelusza cocinero (kucharza) przy kolejnym palenisku zatrzymywało gęstą, siwą mgłę, niemal dusząc właściciela. Nie przeszkadzało mu to zachwalać choripan – kiełbasek chorizo w bułce. Na nasz prosty przekaz: dos, por favor uśmiechnął się szczęśliwy, przekręcił ręką grube kiełbasy, po czym ze smakiem oblizał palce, dając do zrozumienia, że nie handluje byle czym. Tą samą dłonią wyjął po chwili z torby bułki i rozpłaszczył je na ruszcie. Minę miał tak poczciwą, że nie pozostało nam nic innego, jak przymknąć oko na specyficzne zasady higieny. A choripany okazały się pyszne.
Trzeba było jeszcze zakręcić się za winem. Na mocno oświetlonym jarzeniówką stoisku nalewali je z dzbanków do plastikowych kubków. Było czerwone, soczyste, proste i smakowało najlepiej, jak można sobie wyobrazić wino sprzedawane „luzem”, na ulicy, na chilijskiej prowincji. Nie miało nazwy, rocznika ani apelacji. Nikt nie pytał o szczepy. I miałem tylko nadzieję – a może tak chciała wyobraźnia – że był to país.

Z La Manchy w Andy

Trudno mówić w Chile o prawdziwej modzie na país. Na lotnisku w Santiago nie znalazłem choćby jednej butelki wina z tej odmiany, choć winiarskich butików jest na lotnisku Pudahuel kilka. Ale o powrocie do łask starego szczepu mówi się między Andami i Pacyfikiem od paru lat i coraz więcej ambitnych, poszukujących winiarzy robi z país udane wina. A przecież jeszcze niedawno uważano, że nic dobrego powstać zeń nie może.
País zapisało ważną kartę w historii winiarstwa obu Ameryk. Jego oryginalna nazwa brzmi listán prieto. Odmiana pochodzi z hiszpańskiej La Manchy, gdzie opisano ją już w początkach XVI w. Około 1540 roku franciszkanie zabrali ją do Meksyku i jest niemal pewne, że była pierwszym szczepem gatunku Vitis vinifera, który trafił do winnic Nowego Świata. Nazwano ją tam misión. Wraz z zakonnikami wędrowała w ciągu kolejnych stuleci na północ, trafiając w końcu do Kalifornii, gdzie była znana jako mission grape. Mniej więcej w tym samym czasie posadzono pierwsze krzewy listán w Cuyo w Argentynie i po drugiej stronie Andów w Chile. Z czasem zaczęto nazywać ją w obu krajach odpowiednio: criolla chica (kreolska dziewczyna) i país (kraj).
Przez dziesiątki lat grała w obu Amerykach wiodącą rolę. W drugiej połowie XIX w. zaczęły ją wypierać napływające z Europy bardziej charakterne, szlachetniejsze odmiany – cabernet sauvignon i cabernet franc, merlot, carménère, malbec.

Zapomniany wicelider - país

W czasie moich pobytów w Chile w 2007 i 2012 roku o país mówiło się wyłącznie jako o historycznej ciekawostce przykrytej grubą warstwą kurzu („...już XVI-wieczni konkwistadorzy...”), sama odmiana zaś, z błogosławieństwem winiarzy, wydawała się głęboko pochowana. A przecież país jest wciąż drugim po cabernet sauvignon najchętniej uprawianym w kraju szczepem. Jego – często bardzo stare – plantacje dominują w południowej części kraju, w Bío Bío i w Maule, w niepotrzebujących podlewania, co w Chile jest rzadkie, winnicach. Zwykle robi się z niego tanie podłe rosé dla mało wybrednych miejscowych. Trzeba było zakręconych imigrantów z Europy: Burgundczyka Louis-Antoine’a Luyta i słynnego naturalisty z Beaujolais Marcela Lapierre’a, żeby wykrzesać z granitowych winnic porośniętych kilkudziesięcioletnimi krzewami país prawdziwe skarby. Po skromnym sukcesie Francuzów odmianą zainteresowali się wielcy, m.in. winiarze z chilijskiej bodegi legendarnego Katalończyka Miguela Torresa. To jego país przedarło się do szerszej publiki, tym bardziej że wino zrobiono w dwóch niekonkurujących ze sobą wersjach – niezwykle przyjaznego jedzeniu, świeżego, owocowego wina czerwonego i znakomicie zrównoważonego, wibrującego, musującego bladego rosé.

Symbol ewolucji

País doskonale nadaje się na symbol zmian zachodzących w winiarstwie Chile. Odzyskany stary szczep dający zwiewne, nowoczesne, chciałoby się napisać – hipsterskie często wina jest antidotum na stereotypowe spojrzenie na winiarskie Chile pełne nadmiernie beczkowych, mocno ekstrahowanych win robionych głównie z cabernet sauvignon i merlota (i bezbarwnych białych z chardonnay i sauvignon blanc). Rzecz jasna, wciąż nie brak pod Andami nudnych technicznych win – takie powstają wszakże na całym świecie. Z drugiej strony mamy jednak projekty, takie jak „Vigno”, polegające na wyszukiwaniu historycznych siedlisk ze starymi nasadzeniami carignan, odmiany, o której niedawno mówili w Chile tylko dobrze poinformowani insiderzy. Zaangażowani weń są zarówno garażyści, jak i wielkie firmy winiarskie. Dziś najważniejsze rozmowy dotyczą regionów, wyszukiwania chłodnych terroirs, od Atakamy na północy, po południową Patagonię. País jest tylko jednym z elementów tej różnorodnej układanki.
Dzień po festynie w Curicó siedziałem w kantynie Miguela Torresa, parę kilometrów od miasta. Lunch zaczął się od kieliszka Estelado Rosé Uva País Brut, bezpretensjonalnego, znakomicie owocowego, bardzo lekkiego musiaka, który oprócz refleksji nad historią winiarskiego Chile przede wszystkim budził na twarzy uśmiech.