Casas del OnyarCasas del Onyar Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

Girona – miasto założone przez Rzymian i stolica prowincji o tej samej nazwie, perełka w cieniu przyciągającej tłumy Barcelony, od której dzieli ją ledwie 100 km. Zwykle traktowana jako port przesiadkowy, który zwiedza się niejako przy okazji i przelotem, zasługuje na większą uwagę. A powodów, dla których warto przybyć tu na dłużej niż 1-2 dni, jest co najmniej kilka.

Śladami „Pachnidła” i „Gry o Tron”

Stare Miasto Girony ulokowane między rzeką Onyar a średniowiecznymi murami miasta uchodzi za jedną z najsłynniejszych i najbardziej malowniczych starówek Katalonii. Tym, co nadaje jej szczególny charakter, są między innymi świetnie zachowana dzielnica żydowska (El Call), gotycka katedra (la catedral de Santa Maria de Gerona) wzniesiona między XI a XVII wiekiem, z najszerszą na świecie, przeszło 20-metrową nawą i wyznaczającą rytm życia dostojną dzwonnicą oraz średniowieczne mury miejskie z okresu panowania dynastii Karolingów, które okalają Stare Miasto od wschodniej strony.

Girona, gotycka katedra (la catedral de Santa Maria de Gerona) słynąca 
z najszerszej nawy na świecieGirona, gotycka katedra (la catedral de Santa Maria de Gerona) słynąca z najszerszej nawy na świecie Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

Gironę nie przez przypadek uczyniono tłem jednej z najsłynniejszych scen serialowej „Gry o tron”. To tu rozgrywa się publiczny proces, a po nim marsz hańby Cersei schodami Wielkiego Septu Baelora i zaułkami Królewskiej Przystani. Filmową scenerią dla wspomnianych wydarzeń stała się właśnie gotycka katedra. Zarejestrowano tu także wiele ujęć z Braavos, kupieckiego portu na wyspie Essos. Miasto zagrało również w „Pachnidle”. Kadry ekranizacji słynnej powieści Süskinda powstały między innymi w zakątkach El Call, by wspomnieć tylko okolice kościoła Sant Martí Sacosta.

Starówka w Gironie (El Call)Starówka w Gironie (El Call) Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

Przed i za murem

Miasto jest kameralne, a my mamy czas, więc zwiedzamy je niespiesznie i całkiem bez planu. Jak na lokalne warunki, w grudniu turystów jest jak na lekarstwo. Powolutku, dzień po dniu, godzinami do późnej nocy włócząc się po Starówce, a później wychodząc poza jej granice, odkrywamy kolejne zakamarki. Place, placyki, prastare kamieniczki, kręte wąskie uliczki, strome schody, tajemnicze dziedzińce, Banys Arabs (Łaźnie Arabskie), kościoły Sant Feliu i Sant Pere de Galligants, Muzeum Sztuki i Muzeum Historii. Średniowieczny klimat budują drobiazgi. Dostojny odgłos dzwonów, gra świateł w katedrze, dźwięk obcasów na bruku. Na Starym Mieście nie chce opuścić nas wrażenie, że czas zatrzymał się tu kilka wieków temu. W obrębie kameralnej żydowskiej El Call odkrywamy OM. To świetna wegańska restauracja z sezonowym, kreatywnym menu w dwóch wariantach – à la carte oraz degustacyjnym, które zmienia się mniej więcej co 1-2 tygodnie. Wracamy tu później jeszcze dwa razy, ponieważ jedzenie serwowane w OM po prostu na to zasługuje. Wszystko, od przystawek przez dania główne po desery, jest przemyślane, dopracowane i apetycznie podane, a to w świecie wegańskich lokali trudno uznać za standard. Szef kuchni z najprostszych składników, takich jak quinoa, czarna fasola, awokado, mango czy ziemniaki, wyczarowuje cuda.

Oprócz Starówki wizytówką Girony są wielobarwne kamieniczki (Casas del Onyar przy Rambla de la Libertad) rozjaśniające miejską przestrzeń po obu stronach przecinającej miasto rzeki Onyar. Pocztówkowego krajobrazu dopełnia podświetlany nocą Pont de les Peixateries Velles, z wiadomych względów zwany mostem Eiffla.

Muralla de GironaMuralla de Girona Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

Najciekawszym punktem widokowym z piękną panoramą – z jednej strony na miasto, z drugiej na okalające je wzgórza – jest ścieżka poprowadzona średniowiecznym murem obronnym (Muralla de Girona). Wspinamy się tu kilka razy, zarówno w dzień, jak i w nocy, ponieważ mur czeka na zwiedzających przez całą dobę. U jego podnóża, nieopodal Jardins dels Alemanys, startuje kilka szlaków spacerowych. Czas przejścia mają podobny, około 4 godzin tam i z powrotem. Wybieramy drogę do Puig de Sant Miquel. Druga opcja to szlak ku Santuari de la Mare de Deu dels Àngels.

Śródziemnomorski klimat Katalonii sprawia, że lato jest tu gorące, a zimy łagodne. Piękne grudniowe słońce na błękitnym niebie zachęca do spacerów, docieramy więc też do wiosennie zielonego parku de la Devesa i klasztoru Monestir de Sant Daniel.

Girona, stoliki przy Carrer de la ForçaGirona, stoliki przy Carrer de la Força Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

Zimowe śniadanie mistrzów

Jako bazę wypadową na urlop w Gironie wybraliśmy mieszkanie wakacyjne w sercu Starego Miasta, przy Pujada Rei Marti, która płynnie przechodzi w Carrer de la Força prowadzącą wprost do katedry przy pobliskim Plaça de la Catedral. Lepszej miejscówki nie mogliśmy sobie wymarzyć, bowiem większość kulinarnych i winnych atrakcji mieści się tu – z drobnymi wyjątkami – w obrębie ścisłej Starówki. Dobrych restauracji nie trzeba nawet szukać, w jakiś magiczny sposób odnajdują nas same. Kieszonkowość Girony sprawia, że z okien jednego lokalu z powodzeniem wypatrujemy kolejne fajne adresy.

Huevos rotos, czyli jajka smażone w głębokim tłuszczu tak, by żółtko pozostało płynne, podawane na krótko smażonych ziemniakach w restauracji Brots De ViHuevos rotos, czyli jajka smażone w głębokim tłuszczu tak, by żółtko pozostało płynne, podawane na krótko smażonych ziemniakach w restauracji Brots De Vi Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

Pierwszego wieczoru trafiamy do Brots De Vi (Carrer de la Cort Reial 1). Przyciągają nas ciepłe światło, obiecujące wina w witrynie i jeden jedyny maleńki wolny stolik, jakby oczekujący naszego przybycia. To miejsce z dobrą energią, znakomitym jedzeniem i dużym wyborem lokalnych win. W Gironie poza butelkami apelacji Rioja nie wypada pominąć wydzielonej z Montsant maleńkiej apelacji Priorat DOQ, która od pewnego czasu wzbudza (zasłużony!) zachwyt i podbija świat, ale też Penedes, Empordà i Montsant wydzielonej z regionu Tarragona. Serwują tu katalońskie interpretacje hiszpańskich klasyków. Pierwszego dnia zamawiamy huevos rotos. To jajka smażone w głębokim tłuszczu tak, by żółtko pozostało płynne, podawane na krótko smażonych, wcześniej podgotowanych ziemniakach. Kremowych w środku, chrupiących na zewnątrz. Do tego jamón ibérico de bellota – szynka iberyjska (hiszpańska) ze świni żywionej żołędziami, patatas bravas – smażone ziemniaki z pikantnym sosem pomidorowym doprawionym pimentonem, grillowana ośmiornica, talerz miejscowych serów, wśród których trafiamy na takie perełki jak Semicurat d’Ovella z Montbru, Novell, Sarro czy Mari oraz słynną provoletę, czyli specjalnie krojony w tym celu w krążki provolone zapiekany z ziołami na carpaccio z pomidorów. Na deser – obowiązkowo lody z ratafii. Nic to, że za oknem grudniowy chłód, ratafia nas rozgrzeje. Kto przyjdzie do Brots na kolację, następnego dnia wróci na późne śniadanie. Wróciliśmy i my, z utęsknieniem czekając, aż dzwonnica katedry wybije południe, ale na ich huevos rotos czekać naprawdę warto.

Delektując się tym zimowym śniadaniem mistrzów, dopełnionym filiżanką kawy i kieliszkiem wina, przez okno dostrzegamy L’Estrella del Mar (Carrer de la Cort Reial 17), która już pod koniec dnia przeniosła nas na chwilę w nadmorskie klimaty. Specjalnością tej maleńkiej restauracji otwartej ledwie rok temu są dania z ryb, owoców morza oraz... ryżu. Wśród tych ostatnich króluje paella w kilku wariantach, ale to nie ona – choć bardzo smaczna – przyciąga co wieczór komplet gości. Morski asortyment zmienia się tu codziennie, ponieważ około południa realizowane są dostawy cudownie świeżych produktów. Przegrzebki w muszlach, sardele, turboty, żabnice, łupacze, jeżowce, kalmary, ostrygi, ośmiornice... Wszystko, co w danym dniu jest dostępne do zamówienia, wykłada się elegancko w otwartej lodowej ladzie ulokowanej bezpośrednio przy wejściu i widocznej wprost z ulicy. Można obserwować wszystko, łącznie z dostawami. Podchodzimy, wybieramy poszczególne składniki, decydujemy, czy mają być przyrządzone saute, czy w panierce, kelner je waży, podaje cenę, po czym prowadzi nas do stolika, częstuje kieliszkiem cavy i przynosi kartę win. Ciekawostka: lokal na zewnętrznym szyldzie podkreśla, że wszystko, co oferuje, jest w stu procentach bezglutenowe. Bazę panierek stanowi wyłącznie mąka z ciecierzycy. Znak nowych czasów.

La Fabrica, wnętrze restauracjiLa Fabrica, wnętrze restauracji Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

La Fabrica, jajka sadzone na grillowanych warzywach z kiełkami i sałatkąLa Fabrica, jajka sadzone na grillowanych warzywach z kiełkami i sałatką Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

Kawowy Christian Meier

Kanadyjski kolarz Christian Meier wraz z żoną Amber otworzył w Gironie dwie kawiarnie. Najpierw La Fabrica Girona przy Carrer de la Llebre 3 (2015), a rok później kolejną, utrzymaną w zupełnie innym klimacie Espresso Mafia przy Carrer de la Cort Reial 5. La Fabrica przyciąga jak magnes. Wchodzi się tam jak do domu ulubionej babci, a wychodzi z nieskrywanym żalem. U babci jest spokój, ciepło i dobre jedzenie. W La Fabrica tak samo. Serwują tam nie tylko świetne kawy na bazie espresso, ale też kolorowe śniadania, lunche i desery. Zjemy tu m.in. jajka sadzone na warzywach, awokado z fetą i jajkiem, burratę z pomidorami, omlety, tosty i kanapki, które można zamówić w wersji gluten free. Wystrój, klimat, jedzenie – wszystko jest tu świetne. Jedyna wada tego miejsca to godziny otwarcia (od 9:00 do 15:00). Hipsterska Espresso Mafia to z kolei pełen wachlarz specialty coffee z ziaren wypalanych w małej palarni po sąsiedzku, również należącej do Meiera.

Krwistoczerwona sałatka: winegret z buraków, grillowana na węglach papryka, galaretka z czerwonych listków pachnotki, czerwona cebula, seler i kolendra w restauracji  El Celler de Can RocaKrwistoczerwona sałatka: winegret z buraków, grillowana na węglach papryka, galaretka z czerwonych listków pachnotki, czerwona cebula, seler i kolendra w restauracji El Celler de Can Roca Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

El Celler de Can Roca

Na dzień przed kolacją w El Celler de Can Roca przypadkiem spotykamy w mieście dwójkę z trójki braci Roca – Joana i Josepa. Choć niewątpliwie są tu gwiazdami, których osiągnięcia napawają lokalnych mieszkańców nieskrywaną dumą, zupełnie nie sprawiają takiego wrażenia. Przez chwilę rozważamy, czy prosić o autograf, po czym odkładamy temat do jutra, po cichu licząc, że trafiliśmy z rezerwacją w czas, kiedy braterski dream team czuwa w El Celler w komplecie.

Otwarta w 1986 r. restauracja braci Roca (Joan, Josep, Jordi) to perła w koronie katalońskiej gastronomii wyróżniona trzema gwiazdkami Michelina i uznana za drugą najlepszą restaurację świata według rankingu The World’s 50 Best Restaurants 2018 (pierwsze miejsce zajmowała w 2015). Trzy gwiazdki to symbol restauracji, którą wyróżnia niespotykana kuchnia warta podróży. Czy faktycznie warta? Zdecydowanie. To istny rollercoaster aromatów, smaków, faktur, barw i emocji, które zapadają w pamięć na długo. Do wyboru mamy tu kartę z menu degustacyjnym w dwóch wariantach. Krótszą, siedmiodaniową, złożoną z topowych klasyków wybranych z przeszło 30-letniej historii lokalu oraz dłuższe, 15-daniowe Feast menu, które obejmuje zarówno klasyki, jak i najnowsze pomysły braci Roca. Wybraną opcję możemy uzupełnić degustacją win, a sam ich wybór jest ucztą dla wyobraźni. Bajecznie rozbudowaną kartę win, którą trafniej byłoby określać mianem księgi, sommelier przytacza do stolika na zgrabnym wózeczku. Podział winnego menu jest prosty i obejmuje trzy odrębne tomy: wina czerwone i różowe, wina białe, cavy i szampany oraz nieco mocniejsze trunki i likiery, a lista samych tylko dostępnych

w El Celler win czerwonych katalońskich apelacji liczy kilkanaście stron. Gastronomiczny mikrokosmos Girony na El Celler de Can Roca się nie kończy, ale to od tej restauracji wszystko się tu zaczyna. Nikt nie ma wątpliwości, która gwiazda lśni najjaśniejszym blaskiem, choć z drugiej strony wcale nie trzeba wkraczać do świata fine diningu, by w pełni doświadczyć uroków katalońskiej kuchni. W Gironie na każdym kroku królują dbałość o jakość składników i szacunek do produktu, a to prosta droga do kulinarnego sukcesu.

Teatro-Museo Dali - Dali Joyas (Muzeum Biżuterii)Teatro-Museo Dali - Dali Joyas (Muzeum Biżuterii) Małgorzata Napiórkowska-Kubicka

Trójkąt Salvadora Dalí

Miasta związane z postacią Salvadora Dalí są w Katalonii trzy: Figueres, Púbol i Cadaqués (Port Lligat). W każdym z nich Dalí zarówno mieszkał, jak i tworzył, a dziś działają tam poświęcone mu muzea. Pociąg z Girony do Figueres jedzie niespełna 40 minut, nie odmawiamy sobie więc przyjemności zwiedzenia fascynującego Teatro-Museo Dalí, które jest drugim – po Museo del Prado – najchętniej odwiedzanym muzeum w Hiszpanii. Ów słynny kataloński surrealista, którego bez przesady można nazwać Leonardem da Vinci XX wieku, urodził się w Figueres w roku 1904. Muzeum w całości poświęcone jest jego twórczości, która prócz malarstwa obejmuje również rzeźby, grafiki, setki szkiców i rysunków, hologramy, instalacje, fotografie oraz zachwycające projekty kolekcji biżuterii ze złota i kamieni szlachetnych, formalnie dostępne w ulokowanym tuż obok oddzielnym Muzeum Biżuterii Dalí – Joyas. Budynek, w którym mieszczą się obydwa muzea, wzniesiono na gruzach spalonego teatru, a nad realizacją projektu czuwał sam Salvador, poświęcając mu ostatnie lata życia. Na wskroś ekstrawagancki gmach stanowi apoteozę surrealizmu, a zarazem wymowny wstęp do wymykającego się schematom magicznego świata Dalí. Wnętrza budynku i zgromadzone tam zbiory na kilka godzin przenoszą nas w centrum groteskowej wyobraźni artysty, tracimy poczucie czasu. Lekko oszołomieni bogactwem kolekcji opuszczamy zaczarowaną krainę Salvadora z nadzieją na kolację w upatrzonej wcześniej Bocam przy Carrer de la Jonquera w Figueres. Skusiło nas menu pełne potraw z ryb i owoców morza, ale na drodze do szczęścia stanęły godziny otwarcia. Czekać do 20:00 na start wieczornego serwisu i ryzykować, że zwieje nam ostatni pociąg, czy od razu wracać do Girony?

Rozsądek bierze górę. Wracamy do Girony i kończymy wieczór spontaniczną kolacją w Probocador (Carrer de les Hortes 7). Kiedy wchodzimy, przytulna rodzinna restauracyjka świeci pustkami, a to dla niej obrazek nietypowy. Trudno tu o miejsce bez rezerwacji. Przywitani serdecznym uśmiechem właścicielki dostajemy najmniejszy stolik w kąciku, a po kwadransie wszystko staje się jasne. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki trafiamy w sam środek prywatnej imprezy. Kolacja na kilkadziesiąt talerzy, wina na dziesiątki butelek, gwar, śmiech, brzęk kieliszków, wszystkie miejsca zajęte. Probocador karmi rybami i owocami morza. To jeden z tych lokali, w których wybór dań daleko wykracza poza to, co wpisano do karty. Takie adresy lubimy najbardziej. „Tu jest menu, a poza tym dziś mam jeszcze morszczuka, corvinę i łupacza. Co z tego państwo sobie życzą?”. Wbrew sugestiom co do kolejności przystawek i dań głównych zamawiamy dwie paelle, a następnie corvinę i łupacza przyrządzone – jak się później okazuje – niemal identycznie. Na deser najlepszym wyborem będzie tu Mel i Mato – tradycyjny niesolony twarogowy kozi ser polany miodem oraz przepyszny cytrynowo-marchewkowy sorbet. Albo domowy sernik i kremowe lody figowe z mascarpone.

Gala

Choć Púbol leży dwa razy bliżej Girony niż Figueres, pociągiem dotrzeć tu trudniej. Bezpośrednio do Púbol dojechać się nie da, wysiadamy więc we Flaçà, po czym robimy krótki sześciokilometrowy spacer do Castell de Púbol. Szlak wiedzie przez uśpione pola i zagajniki, a aura sprzyja wędrówce. Katalonia w grudniu jest jak jesień z pocztówki. Soczyście kolorowa i skąpana w złotym słońcu. Mijamy La Pera, a gdy wreszcie docieramy na miejsce, okazuje się, że cały Castell de Púbol wraz z ogrodem upstrzonym rzeźbami Salvadora mamy do zwiedzania wyłącznie dla siebie. O tym, jaką rolę w życiu i twórczości Salvadora Dalí odegrała Gala Dalí (znana też jako Elena Diakonova), wszystko już napisano. Dość wspomnieć, że Gala była mu muzą, kochanką, żoną, a finalnie również marchandem. To właśnie ona, nietuzinkowa czy wręcz kontrowersyjna, wykreowała wizerunek Salvadora Dalí, który zapamiętał świat. Castell de Púbol to nie tylko pełna skarbów letnia rezydencja Gali, którą w dowód miłości podarował jej mąż, ale też znamienny przykład skomplikowanej relacji małżonków. Salvador nie miał wstępu na zamek, a Galę mógł odwiedzić wyłącznie na pisemne zaproszenie, które ponoć otrzymał od żony jeden jedyny raz...

Girona, Rambla de la Libertad w GironieGirona, Rambla de la Libertad w Gironie Małgorzata Napiórkowska-Kubicka