Grenlandia, lotnisko w Ilulissat -  nie tak daleko od reszty świataGrenlandia, lotnisko w Ilulissat - nie tak daleko od reszty świata Marzena Filipczak

Imaqa – mawiają Grenlandczycy o podróżach po swojej wyspie. Oznacza to: „może”, bo dokładnie nie da się tu zaplanować niczego. Największa wyspa świata w dużej części jest pokryta lądolodem, w bardzo niewielkiej – zamieszkała. Nie ma tu dróg i między osadami można się poruszać jedynie statkami albo samolotami. Zimą wody skuwa lód, ale nawet latem nie można być niczego pewnym – wiatry, mgły i deszcze potrafią uziemić samolociki i helikoptery na lokalnych lądowiskach na dwa dni. Dlatego gdybyście musieli wybrać do obejrzenia tylko jedno miejsce, bez wahania ruszajcie do Ilulissat.

Grenlandia, kolorowe domki w IlulissatGrenlandia, kolorowe domki w Ilulissat Marzena Filipczak

Miasteczko wygląda jak pamiątkowa pocztówka. Leży w zatoce o wdzięcznej nazwie Disko, w której kołyszą się góry lodowe wyglądające jak klocki rozrzucone przez dziecko olbrzymów. Wpływają do niej z długiego fiordu pełnego zwalonych brył. U jego nasady rozciąga się najbardziej produktywny lodowiec świata odpowiedzialny za narodziny jednej dziesiątej lodowych gór na Grenlandii. Jest hipnotyzujący i spędzam godziny, wpatrując się w jego białobłękitne masy. W dodatku nocą do fiordu wpłynęły wieloryby.

Urzekający widok na skutą lodem zatokęUrzekający widok na skutą lodem zatokę Marzena Filipczak

Na tle lodowego jęzora kołyszą się trzy potężne cielska – wyraźnie widać, jak skaczą i wypuszczają wodne fontanny. Przyzwyczajam się do nich, bo zostają w fiordzie przez kolejne dni, dlatego rozmowa z serwującą śniadanie pracownicą schroniska jest jak chlaśnięcie nożem. – Jakie jest tradycyjne grenlandzkie jedzenie? – pytam, patrząc na skromne bułki, ser i dżem z miejscowych jagód, a czarnowłosa Inuitka recytuje: – Ryby, mięso renifera, woła piżmowego, foki i wieloryba. Kilka lat temu po długim konflikcie władze wyspy uzgodniły z Międzynarodową Komisją Wielorybniczą zasady połowu tych ssaków. Dla nas to jednak wciąż temat tabu i pewnie nie potrafiłabym tego zrozumieć, gdyby nie to, że tuż przed wyjazdem przeczytałam przypadkiem książkę Roberta Peroniego „Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej”. Włoski alpinista, który przeniósł się na wschodnie, nieprzyjazne wybrzeże Grenlandii, wspomina, jak przyjaciel Inuita zabrał go na letni obóz. Kiedy płynęli, zobaczyli stadko fok, ale gdy Grenlandczyk miał już jedną na muszce, Włoch zdjęty litością skręcił ster. Przez kolejne dni ludzie w obozowisku jedli talerz oskubanych ości. Żując pokątnie czekoladę, autor zanotował: Na Grenlandii widziałem ludzi, którzy odpowiadali na konkretne potrzeby. Jestem głodny? Więc idę na polowanie. Kocham moją żonę? Oczywiście, więc muszę ją nakarmić...Mogliśmy upolować fokę i dostarczyć rodzinie jedzenie. Ja, biały cywilizowany człowiek, który wszystko wie, rozumie, tak naprawdę niczego nie zrozumiałem.

Myśliwi zawsze dzielą się z grupą i nic się nie marnuje. Największy wielorybi przysmak to muktuk (mattak) – bogata w witaminę C skóra z warstwą tłuszczu pokrojona w kostki.

Lokalny tymianek i suflet z piżmowoła

Na tle monumentalnych gór lodu kolorowe domki w Ilulissat wyglądają jak pudełka. Oplątują je rury, których w skale nie da się przecież zakopać, a uliczki urywają się nagle przed morzem. Jest tu całkiem sporo aut, którymi nie ma dokąd jeździć, między domami leży mnóstwo łódek, a znaki ostrzegają: uważaj na sanie na drodze. Przy starym lądowisku helikopterów urządzono letnisko dla psów – podobnych do husky psów grenlandzkich, które zimą ciągną zaprzęgi, a rybacy zwożą nimi znad fiordu ogromne płaty halibuta. Centrum życia znajduje się w porcie, w którym cumują ciasno setki łódek. Mieszkańcy okolicznych osad przypływają na zakupy i sprzedać połowy. Grenlandię opanowały dwie sieci supermarketów: w większych miastach jest Pisiffik, w mniejszych – 60 placówek Pilersuisoq.

Większość żywności przywożona jest z Danii; fast foody oferują mrożoną pizzę, kebab i hot dogi z kiełbaskami z woła piżmowegoWiększość żywności przywożona jest z Danii; fast foody oferują mrożoną pizzę, kebab i hot dogi z kiełbaskami z woła piżmowego Marzena Filipczak

Większość żywności przywożona jest z Danii; fast foody oferują mrożoną pizzę, kebab i hot dogi z kiełbaskami z woła piżmowegoWiększość żywności przywożona jest z Danii; fast foody oferują mrożoną pizzę, kebab i hot dogi z kiełbaskami z woła piżmowego Marzena Filipczak

Większość żywności przywożona jest z Danii; fast foody oferują mrożoną pizzę, kebab i hot dogi z kiełbaskami z woła piżmowegoWiększość żywności przywożona jest z Danii; fast foody oferują mrożoną pizzę, kebab i hot dogi z kiełbaskami z woła piżmowego Marzena Filipczak


Dziwne to sklepy: po jednej stronie puchówki, moskitiery i strzelby (widziałam na nie chyba najwięcej promocji), po drugiej – świeży chleb i kawa, którą jak w całej Skandynawii pije się tu wiadrami. Przechadzam się między półkami, oglądając towary. Są duńskie dżemy, puszki, mrożona malina moroszka, awokado, a nawet lody. A ceny? Można trafić na ser w promocji kosztujący tyle co u nas, ale warzywa są bardzo drogie. Główka sałaty – 15 zł, czerwona kapusta – 12 zł, ogórki – prawie 20 zł. Łagodny klimat na południu wyspy pozwala na uprawę ziemniaków, ale właściwie wszystko poza nimi przypływa statkami z duńskiego portu w Aalborgu (Grenlandia jest autonomicznym terytorium zależnym Danii). Rejs do Ilulissat trwa dwa i pół tygodnia, kiedy jest za dużo lodu, trałowce nie mogą wpłynąć. To i tak nie jest najgorzej: do niektórych miejscowości zaopatrzenie dociera dwa razy do roku, a do Qaanaaq na dalekiej północy – tylko raz.

Za to wraz z turystami na Grenlandii pojawiły się restauracje serwujące dania z lokalnych składników przyrządzone przez rzutkich szefów kuchni na sposób nowoczesny. Jedne z najlepszych są właśnie w Ilulissat. Hotel Arctic to najbardziej wysunięty na północ czterogwiazdkowy hotel świata z panoramicznymi oknami, przez które goście podziwiają dryfujące góry. Znajduje się w nim restauracja Ulo, którą duński magazyn kulinarny okrzyknął entuzjastycznie „najdzikszą kuchnią na świecie”. W menu opartym na produktach z okolic fiordu są: consome z krewetek z grenlandzkim tymiankiem, tatar z miejscowego halibuta, suflet z woła piżmowego i piżmowa galareta z jęczmieniem. W miasteczku jest jeszcze kilka restauracji i fast foodów, ale ich oferta jest raczej skromna. Dieta Grenlandczyków składa się przede wszystkim z ryb i fok, więc nawet w najbardziej turystycznym mieście goście są raczej na nie skazani.

Zaraz za supermarketem stoi niepozorny czerwony budynek z podwójnymi drzwiami, zza których czuć intensywny zapach ryb. Miejscowi kupują tu świeże mięso w ilościach jak dla mnie hurtowych. Wieczorem w schroniskowej kuchni dwie Dunki przyrządzają golca, nazywanego też pstrągiem alpejskim – dużą rybę wędrowną występującą w morzach arktycznych. – Przyjeżdżam tu od pięciu lat do pracującej w turystyce córki – mówi jedna z nich. – Dwóch rzeczy nigdy nie będę miała dość: widoku lodowego fiordu i smaku tutejszych ryb.

Kiedy tydzień później wędruję najdłuższym grenlandzkim szlakiem Arctic Circle Trail i piątego dnia oddycham z ulgą, odpoczywając po przejściu najbardziej rwącej rzeki, z przeciwka nadciąga dwóch Kanadyjczyków – ojciec i syn. Zamiast jak inni szukać najlepszego miejsca do przejścia, zrzucają plecaki i wyjmują wędki. Tak sobie organizują codzienne kolacje.

Grenlandia, szlak ACT to teren polowań na renifery, na którym jest mnóstwo poroży zatkniętych w kamienne piramidki oznaczające trasę oraz kopyt, czaszek, kości, a nawet kawałków skórGrenlandia, szlak ACT to teren polowań na renifery, na którym jest mnóstwo poroży zatkniętych w kamienne piramidki oznaczające trasę oraz kopyt, czaszek, kości, a nawet kawałków skór Marzena Filipczak

Spotkanie z inuickim myśliwym

Położony w głębi lądu u nasady najdłuższego grenlandzkiego fiordu Kangerlussuaq to przedziwna metropolia. Ludzi w niej tyle co kot napłakał, a i tak większość pracuje w obsłudze turystów
oraz ruchu lotniczego. W dawnej amerykańskiej bazie wojskowej znajduje się bowiem najważniejsze grenlandzkie lotnisko i niemal każdy turysta ląduje wśród baraków w środku niczego. Ja dotarłam tam po dziesięciu dniach wędrówki z wybrzeża przez pustkę. Ukończenie szlaku ACT to pewna nobilitacja, a w schronisku zaaranżowanym w dawnych żołnierskich barakach szybko łapię dodatkowe punkty za opowieść. Po przedarciu się przez mokradła rozciągające się przed najtrudniejszą rzeką dotarłam do chaty, w której koczował inuicki myśliwy. Stała na tradycyjnym terenie polowań na renifery, na którym jest mnóstwo poroży zatkniętych w kamienne piramidki oznaczające trasę oraz kopyt, czaszek, kości, a nawet kawałków skór. – I co, był ubrany w skóry? – pytają natychmiast słuchacze, bo takie mamy wyobrażenie grenlandzkich myśliwych. Nie był: miał dres, telefon satelitarny i układał przy oknie pasjansa, lustrując co jakiś czas okolicę przez lornetkę. – Renifery przyjdą – powtarzał gardłowym głosem.

W przeciwieństwie do hodowlanych lapońskich na Grenlandii żyją dzikie renifery. Można je spotkać w interiorze, ale nie na całej wyspie. Myśliwi sprawiają mięso na miejscu – dlatego na szlaku widziałam tylko skóry i kości – i wysyłają łodziami fiordem na wybrzeże. Suszone mięso renifera jest jedną z najpopularniejszych grenlandzkich pamiątek, którą można kupić w każdym supermarkecie. Ale w Kangerlussuaq go nie ma – krótki sezon polowań dopiero trwa, nie zdążyli go więc jeszcze przygotować.
W ogóle półki wyglądają mizernie, bo statek z zaopatrzeniem dopiero płynie, a ja po dziesięciu dniach na kaszy i płatkach chciałabym w końcu zjeść coś innego. – My chodzimy do baru po drugiej stronie pasa. Nazywa się Zorze Polarne – podpowiada zaczepiony policjant, gdy kręcąc się po niewielkim centrum, bezskutecznie poszukuję opisywanej w przewodniku pizzerii. W Zorzach małżeństwo Tajów serwuje krewetki, pizze i napój truskawkowy z saturatora. W przeciwieństwie do drugiej strony fiordu, gdzie znajdują się głównie hotele i hala lotniskowa, tu toczy się prawdziwe życie. Wychodząca za bloki droga prowadzi nad jezioro do restauracji Roklubben. Gości, którzy zamówią coś więcej niż napoje, dowozi tam bezpłatny autobus. Ja idę pieszo. – Tylko uważaj na woły piżmowe, potrafią wejść nawet między domy – ostrzegają miejscowi. Największe grenlandzkie ssaki, kudłate i pocieszne, z natury są łagodne, ale matce z młodymi lepiej nie wchodzić w drogę. A łatwo ją przegapić, bo pasące się w tundrowych zaroślach zwierzaki, dopóki się nie poruszą, wyglądają jak wielkie góry.

W Roklubben serwują dania z żyjących wokół miasta piżmowołów i reniferów, ryby i krewetki sprowadzają z Ilulissat, a przegrzebki z Sisimiut. Restauracja wygląda dość niepozornie: to drewniany barak, w którym za taras służą proste ławki. Ale jak na miejscowe warunki dania są bardzo urozmaicone – łosoś, ziemniaki, warzywa doprawione rosnącymi w okolicy ziołami. Kelner przynosi kilka nalewek. Zrobiono je z bażyny czarnej, czyli popularnej jagody rosnącej na niskich krzaczkach, czerwonej borówki, liści dzięgla, a wielu innych składników nie rozpoznaję. Kieliszek i widok przez wielkie okno na jezioro Ferguson i góry za nim są prawie tak samo piękne jak lodowe góry w Ilulissat.

Informacje praktyczne

Jak dojechać

Liniami Air Greenland z Kopenhagi albo Air Iceland z Rejkiawiku. Większość samolotów ląduje w Kangerlussuaq. Na miejscu można się poruszać jedynie drogą lotniczą (tylko Air Greenalnd, na kilkunastu lotniskach lądują małe samoloty DASH 7, transport na pozostałe odbywa się helikopterami) albo morską – głównie na południu i południowym zachodzie wyspy.

Gdzie spać 

Namiot na jeden dzień można rozbić wszędzie, w miastach bywają półoficjalne darmowe kempingi bez infrastruktury. Hostel Old Camp w Kangerlussuaq – ok. 200 zł za łóżko ze śniadaniem, schronisko w Ilulissat – ok. 320 zł za jedynkę, chata nad malowniczym lodowcem Eqi w zatoce Disko – od 1,7 tys. zł.

Gdzie jeść

Ilulissat: w hotelu Icefiord ryba dnia albo stek z wieloryba z pieczonymi ziemniakami i czerwoną cebulą – ok. 120 zł. W miejscowych restauracjach podobnie kosztują dania z woła piżmowego, wieloryba, arktycznych krabów i krewetek, nieco tańszy jest renifer. Warto wypróbować nagradzaną restaurację Mamartut (bufet grenlandzki we wtorki i środy). Hot dog z kiełbaską z woła piżmowego w fast foodzie – ok. 16 zł, ciastko z kawą w supermarkecie – 6-7 zł.
Kangerlussuaq – dość tanie są bar Nord Lyset (Zorze Polarne) i kantyna na lotnisku. Restauracja Rokkluben w niedziele serwuje bufet grenlandzki (np. krewetki, wędzone piżmowół i renifer, muktuk – ok. 190 zł).

Co przywieźć

Najłatwiej dostępne pamiątki to T-shirty z inuickimi napisami i miejscowe swetry. Butiki w większych miejscowościach mają w ofercie oryginalne amulety z kości i kłów (do UE nie wolno wwozić produktów z kości ssaków morskich). Suszone mięso renifera.

Co zobaczyć

80 proc. Grenlandii pokrywa lądolód. Ponieważ transport jest utrudniony, na wyjazd najlepiej wybrać jeden z trzech rejonów: zachodnie wybrzeże (z Ilulissat i stołecznym miasteczkiem Nuuk), malownicze południe, ewentualnie miasteczko Kulusuk na wschodzie. To ostatnie ma zwykle najtańsze połączenia lotnicze z niedaleką Islandią, a w pobliskiej osadzie Tasiilaq (transfer helikopterem albo łodzią) Robert Peroni prowadzi ekologiczny Red House – hotel i biuro turystyczne, w których zatrudnia miejscowych.
By zobaczyć prawdziwe oblicze Grenlandii, najlepiej zatrzymać się na kilka dni w Ilulissat i wybrać na rejs między górami lodowymi po zatoce Disko. Bardziej na południe leży miasteczko Sisimiut, w którym kończy się szlak Arctic Circle Trail, a jeszcze dalej – największe na wyspie Nuuk. Południowe wybrzeże jest zielone, ładne widokowo, można tam też znaleźć gorące źródła.
Najprostsza wycieczka na Grenlandię to krótki wyjazd do Kangerlussuaq, skąd można ruszyć na kawałek szlaku ACT i z powrotem (na tym krańcu jest łatwy) albo wybrać się do ściany lądolodu – ok. 25 km, w okolicy łatwo spotkać piżmowoły. By zobaczyć niedźwiedzie polarne, trzeba się za to wybrać na północ. Najdalej wysunięte miasteczko to Qaanaaq – leży ono 30 km od Kanady i od kwietnia do sierpnia nie zachodzi w nim słońce.

Grenlandia, szlak ACTGrenlandia, szlak ACT Marzena Filipczak