Lenin ma zaciśniętą pięść i patrzy w bok. Jest wielki. Granitowy gigant z rozwianym płaszczem. W Nowosybirsku wszystko jest gargantuiczne. Wysiadłem z pociągu na największej stacji kolejowej Syberii i skorzystałem z zaproszenia taksówkarza, który podwiózł mnie do centrum trzeciego co do wielkości miasta Rosji. Potoczyliśmy się opustoszałymi ulicami, wcinając się w przestrzeń, której wymiar onieśmielał. Jechaliśmy obok betonowych bloków, zmęczonych upływem czasu słupów drogowych, pełnych rozmachu bulwarów. Ulica miała po cztery pasy w każdą stronę. Samochody i nieliczni piesi zostawali na niej unieważnieni. Malutkie, przesuwające się punkciki.

– W Nowosybirsku wszystko jest wielkie z wyjątkiem centrum –  powiedział taksówkarz. – Jedno z najpotężniejszych miast Rosji, a życie toczy się w nim może na pięciu kilometrach. Wokół są jedynie bloki. Setki tysięcy mieszkań, w których śpimy i gapimy się w telewizory.

Podróż koleją transsyberyjską jest przeżyciem, którego łatwo się nie zapomina (na zdjęciu dworzec w Nowosybirsku).Podróż koleją transsyberyjską jest przeżyciem, którego łatwo się nie zapomina (na zdjęciu dworzec w Nowosybirsku). shutterstock

Wysiadłem pod Leninem. W Rosji wszędzie, gdzie jest centrum, jest też Lenin. W setkach miast patrzy hardo w przyszłość. Dwieście metrów dalej skrzy się gmach największej opery w Republice Rosyjskiej. Rząd klasycystycznych kolumn wspierających kopułę wypukłą niczym odwrócony półmisek. Od rozpoczęcia budowy w 1931 r. aż do ostatniej modernizacji dekadę temu ta błyszcząca drobnymi łuskami miska sprawiała inżynierom same problemy: odbijała dźwięk, tworzyła echo, zniekształcała tony. Ujarzmienie krnąbrnej akustyki spędzało sen z powiek całym pokoleniom architektów i specjalistów od dźwięku. Podobno efekty ich pracy z każdym rokiem są lepsze.

Budynek opery widzę teraz przez zaparowane szyby opustoszałej restauracyjki. Czuję się w niej jak w pałacu. Nad głową zwiesza się żyrandol, a krzesła obite są miękkim pluszem. Kątem oka dostrzegam zmarnowaną, zarośniętą twarz jakiegoś mężczyzny. Dopiero po chwili dociera do mnie, że patrzę w lustro na siebie samego. Widzę ślady pozostawione przez setki kilometrów, które pokonałem. Przez godziny spędzone w pociągu toczącym się przez ocean Rosji, szklanki alkoholu, przed którym nie udało mi się uciec podczas rozmów ze współpasażerami w kolei transsyberyjskiej, duszne powietrze w przedziałach. Przemieszczanie się najdłuższą linią kolejową świata wciąga bez reszty, ale rysuje też w człowieku szramy trudne do zmycia. Gdy dojechaliśmy do Nowosybirska, musiałem wysiąść. Nabrać w płuca powietrza i poczuć, że tempo podróży i jej intensywność zależą ode mnie, a nie od prowadzącego lokomotywę maszynisty oraz współpasażerów chcących pogadać akurat wtedy, gdy marzysz tylko o śnie. Dalszą drogę postanowiłem pokonać samochodem. 

Samowary ogrzewane węglem to już wielka rzadkość w Rosji.Samowary ogrzewane węglem to już wielka rzadkość w Rosji. shutterstock

Nie dla samotników

Młoda dziewczyna stawia przede mną talerzyki z konfiturami. Zastępują cukier, nie należy ich jednak wrzucać do herbaty, lecz przed wzięciem łyka brać je po prostu do ust. Za nią niczym cień stoi mężczyzna z mosiężnym samowarem. To dla tego przedmiotu tu przyszedłem. Skusiła mnie wywieszona na drzwiach informacja obiecująca herbatę rozlewaną z tradycyjnego naczynia ogrzewanego węglem. Chciałem na moment wymazać teraźniejszość, cofnąć się do tego, co minione.

Samowary były niegdyś w każdym rosyjskim domu. Obowiązkowe wyposażenie restauracji i karczm: mobilny czajniczek zabierany w podróże pociągiem, kolaską na syberyjskie biwaki. Od trzystu lat obecny na rosyjskich stołach, wyparty w końcu przez tanie plastikowe imbryki z grzałką. Urządzenia na węgiel są dziś rzadkością nawet w Rosji. Ta nowosybirska restauracja z pełną świadomością sięga do przeszłości.

Chyboczące się naczynie na niskich nóżkach zostało stworzone, by zmieścić w sobie całą obfitość krągłych linii, wypukłości, salonowych zdobień. Dla oka przyzwyczajonego do obecnych kompaktowych przedmiotów mobilność samowara jest trudna do pojęcia – całość ma dobre pół metra wysokości. Z zaworka na pokrywie bucha para. W środku bulgocze wodą. Przez zbiornik biegnie pionowo metalowa rura, do której wrzuca się kawałki żarzącego się węgla. Metal rozgrzewa się i oddaje ciepło wodzie. Sam napar to mocna esencja przyrządzona w imbryczku stawianym na szczycie samowara. Nalewa się ją do szklanki i dodaje do niej wrzątku.

Siorbiąc łyczki, myślę o czasach, gdy w Związku Radzieckim promowano herbatę z plantacji gruzińskich znajdujących się wówczas na terytorium ZSRR. Tamtejsze uprawy przeżyły okres wzlotu napędzane socjalistycznymi pragnieniem stworzenia marki, która wyśle w niebyt wszystkie produkty pochodzące z zagranicy. Chciano uniezależnić się od chińskich dostawców i pokazać światu, że imperium radzieckie jest samowystarczalne. Ten plan zakończył się katastrofą – radzieccy włodarze, próbując sprostać sztucznie wytworzonemu popytowi i marzeniom o krajowej potędze, utopili własne pragnienia pod hektolitrami chemicznych nawozów. Wymęczona ziemia przestała rodzić, a producenci, by ukryć skalę porażki, mieszali herbaciane liście z trocinami i wysuszoną trawą. W kraju, w którym pija się herbatę od świtu do zmierzchu, a większość osób zaczyna sączyć ją, mając zaledwie kilka lat, fatalna jakość nie mogła ujść uwadze kupujących. Legenda gruzińskich upraw załamała się, zanim jeszcze na dobre się zaczęła. Nadszedł czas liści z Cejlonu.

Rosyjskie bliny z różnymi dodatkami, m.in. ze śmietaną lub z kawiorem.Rosyjskie bliny z różnymi dodatkami, m.in. ze śmietaną lub z kawiorem. shutterstock

Kelnerka przynosi mi talerz blinów. Stara się w jakiś sposób zaradzić mojej niepokojącej alienacji. Picie w pojedynkę herbaty jest w Rosji niczym samotne wychylanie kieliszków wódki – dysonansem, złamaniem reguł rządzących światem. Z moją samotnością nijak nie pasuję do stojącego obok mnie samowara – to naczynie od zawsze miało moc spajającą ludzi. To przy nim prowadzono dyskusje, jedzono, wlewano w siebie wódkę. Samowar nie jest dla samotników. Nie mam pojęcia, czy przynoszone przez kelnerkę dania są prezentem, czy zostaną doliczone do rachunku. Nie zamawiałem ich, ale nie odsyłam ich do kuchni. Pochłaniam grube naleśniki polane śmietaną, pulchne kawałki rozkoszy o lekko kwaskowym smaku – rosyjskie bliny od wszystkich racuchów, podpłomyków i naleśników świata poznacie po dodanym do ciasta zakwasie. Zgodnie z tradycją wystawia się je – szczególnie na syberyjskich wsiach – na parapety domów, by wędrowcy, pielgrzymi i biedni mogli się posilić. Znam jednak historię podróżnego, który kierując się tym zwyczajem, ogołocił talerz z cieplutkich blinów, by po chwili kulić się pod krzykami gospodyni, która wyskoczyła z chałupy – w jesiennym chłodzie parapet służył jej po prostu za lodówkę. 

– Wędrujesz po Rosji? – pyta w końcu kelnerka. Przysiada naprzeciwko na brzegu krzesła. Sięgam łyżeczką po malinowe konfitury. Patrzę jej w oczy i przesuwam ku niej szklankę pełną herbacianego naparu.

Półtora litra tygodniowo

Wąskie ostrze zatapia się gładko. Wasilij jednostajnym ruchem struga cieniutkie plastry. Patrzę na stal noża znikającą w jasnym jak śnieg tłuszczu. – Jedz – mówi. Wędzona, solona słonina. Kaloryczny pasek szczęścia. To danie mogłoby służyć jako wzorzec prostoty.

Zima w Irkucku.Zima w Irkucku. shutterstock

Wasilij wziął mnie na pokład swojej terenowej toyoty. Jest sprzedawcą jakichś metalowych części, których przeznaczenia nie jestem w stanie odgadnąć. Jedziemy na wschód, do Irkucka. Mkniemy drogą przebijającą się przez świerkowe lasy. Wcinamy się w Syberię. Jemy słoninę. Powinniśmy pić do niej wódkę, ale mój kompan – łamiąc stereotypy o Rosjanach – nie pija alkoholu. Ze smukłą sylwetką, ciemnymi włosami i ogorzałą twarzą wygląda jak biznesmen z Londynu czy Frankfurtu. Zdradza go zamiłowanie do słoniny. Kawałka tłuszczu, który przez wieki ratował Rosjanom skórę.
– Tak, do słoniny pasuje wódka – mówi. – Nie udawajmy, Rosjanie lubią wypić. Średnio półtora litra na głowę. Tygodniowo! Jego abstynencja jest darem niebios. Pozwala mojej wymęczonej wątrobie odetchnąć. Picie alkoholu jest w tym kraju zajęciem dla twardych zawodników. Wódkę leje się do małych szklanek. Nie wychyla się jej na raz. Po prostu pije się ją nieustannie, bez przerw. Sączy niczym wodę. Smirnoffa, stolichnayę, putinówkę, gorilkę, ethanol. Można poczuć odurzenie od samej litanii tych nazw. – Kto wie, może to jedyny sposób, by jakoś tu przetrwać – mówi Wasilij. – To nie jest łatwy kraj do życia. Choć przecież bywa tu naprawdę pięknie.

Stare drewniane domy jak ten na zdjęciu są wyburzane, na ich miejscu powstają stylizowane na tradycyjne nowoczesne 
apartamentowce.Stare drewniane domy jak ten na zdjęciu są wyburzane, na ich miejscu powstają stylizowane na tradycyjne nowoczesne apartamentowce. shuterstock

Zupa dla cierpliwych

Drewniane domy i XIX-wieczne wille w Irkucku znikają pod ziemią. Postawione na wiecznej zmarzlinie podczas wiosennych i letnich skoków temperatury zapadają się w rozpulchnioną glebę. Ściany tych chałup układają się w złamaną linię. Są jak morska fala. Okna bywają poniżej chodnika, dachy opadają stromo, by po chwili znów się unieść. Te budynki wciąż jednak cieszą oko, choć – niestety – wydano już na nie wyrok. Większość z nich władze przeznaczyły do rozbiórki. Na sąsiednich ulicach powstają ich imitacje – tradycyjne syberyjskie domy, nowe i pachnące mające przyciągać turystów. Oglądam je z niedowierzaniem, jakbym widział teatralną scenografię mającą udawać rzeczywistość.

Wcześniej byłem w knajpce, do której zaprowadził mnie Wasilij. Przy plastikowych stolikach, w otoczeniu ścian z obłażącą farbą, zjadłem jedną z najlepszych zup rybnych w życiu. Właścicielka, niska kobieta o rumianych policzkach, zaprowadziła nas do kuchni. Otwarty ogień palnika lizał dno dużego kotła.

– Zupa rybna potrzebuje czasu – mówiła. – Nie można się spieszyć. Dziś mało kto potrafi ją przyrządzić tak jak należy. Każdy chce mieć wszystko od razu. A tu nie ma nic natychmiast. Zamieszała gęsty wywar chochlą. – Cebula, listki laurowe, pieprz w ziarnach, trochę ziela angielskiego – za każdym słowem jej palec celował w stronę gara. – A do tego ryby. Ważna jest kolejność. Najpierw wrzucam drobne okonie lub jazgarze. W całości, ale bez wnętrzności. Na powierzchni zupy kotłowały się bąble powietrza. Chciałem już jeść, ale po tym, co powiedziała o cierpliwości, głupio mi było ponaglać. – Ryby muszą się rozgotować. Wtedy przecedzam całość na sicie i dodaję te większe. Kiedy zrobią się miękkie, wyjmuję je i w ich miejsce wkładam te drapieżne. Szczupaka na przykład. I teraz gotuję już krótko – tak, by te kawałki mięsa zachowały kształt i jędrność.

Dwie godziny później wyszedłem na ulicę z rozlewającym się po ciele uczuciem pełni, próbując jakoś oswoić się z bogactwem smaków i zapachów, które wchłonąłem, opróżniając głęboki talerz.
– Jeżeli lubisz ryby, jedź nad Bajkał – poradziła gospodyni. – Spróbuj omula. Rosjanie za nim przepadają. 

Zamarznięte jezioro przyciąga mnóstwo turystów (na zdjęciu przy lodowych skałach Horin-Irgi).Zamarznięte jezioro przyciąga mnóstwo turystów (na zdjęciu przy lodowych skałach Horin-Irgi). shutterstock

Smak odwieczny

Jadę więc do Listwianki. Wsi nad Bajkałem. Z Irkucka można dotrzeć do niej w mniej niż godzinę, trzymając się brzegu rzeki Angara, która jako jedyna ucieka z tego jeziora giganta, zamiast do niego spływać. Niezliczone stoiska sąsiadują tu z eleganckimi hotelami i tradycyjnymi chatami z drewna. Kurzący papierosy mężczyźni – jakby mało im było dymu – pochylają się nad usmolonymi rusztami, na których najbardziej znany, endemiczny gatunek ryby żyjącej w Bajkale staje się złotawo-brązowy. Omul. Wizytówka Bajkału. Najgłębszego i najstarszego jeziora świata. Staję na brzegu akwenu, mając wrażenie, że obcuję z jakąś pradawną, żywą istotą. Dwadzieścia trzy tysiące kilometrów sześciennych słodkiej wody. Więcej, niż mieści Bałtyk. To jedna piąta wszystkich zasobów słodkiej wody na świecie. Trudny po pojęcia ogrom.

Omul - ryba występująca wyłącznie w Bajkale.Omul - ryba występująca wyłącznie w Bajkale. shutterstock

Omul to krewniak łososia. Ma delikatne mięso. Jest trochę niepokojący. Wyłowiony wydaje podobno ostry, przenikliwy krzyk. Niektórzy rybacy wolą co jakiś czas go przebłagać, wylewając nieco wódki do jeziora. Na tarło płynie w górę łączących się z Bajkałem rzek, w listopadzie wraca. Zimą trzyma się głębin, które nie zamarzają nawet przy 40-stopniowym mrozie. Kilkudziesięciocentymetrowa ryba, rzadko osiągająca wagę pół kilo, karmi tu wszystkich. Jest tania, kosztuje 5, 10 złotych.

Sprzedawca sprawnym ruchem ściąga ją z rusztu i wrzuca na tekturowy talerz. Dokłada miękki placek z jasnej mąki. Omul to pradawna ryba. Równie stara jak Bajkał. Dwa niezmienne elementy świata, które były tu już w trzeciorzędzie. Ich obecność łagodzi męczące nas na co dzień poczucie ulotności. Jest kojącą obietnicą wieczności. Odrywam kawałki ryby, a tłuszcz potrawy zostawia mi lepkie plamy na palcach.

Na zamarzniętym Bajkale wytycza się drogi, na których obowiązują zwykłe przepisy drogoweNa zamarzniętym Bajkale wytycza się drogi, na których obowiązują zwykłe przepisy drogowe shutterstock

Informacje praktyczne

Jak dojechać

Na Syberię najszybciej dostaniesz się samolotem. Z Warszawy nie ma niestety lotów bezpośrednich. Możesz jednak polecieć do Moskwy linią LOT i dalej do Nowosybirska Aeroflotem. Cena to ok. 2500 zł w obie strony. Druga opcja, wymagająca jednak dużo więcej czasu, to podróż koleją transsyberyjską ze stolicy Rosji. Dostaniesz się do niej LOT-em z Warszawy (ceny w promocji to ok. 600 zł w obie strony). Koszt podróży zależy od klasy wagonu i pory roku. Najtańsza opcja, dotycząca połączenia Moskwa – Irkuck, to wydatek ok. 3800 rubli (3. klasa). Za klasę pierwszą zapłacimy niecałe 10 tys. rubli. Bilety możesz kupić przez internet na stronie: tutu.travel/poezda/.

Gdzie spać 

W Nowosybirsku za nocleg w pełnym bizantyjskich zdobień czterogwiazdkowym Hotelu Imperator zapłacisz w przeliczeniu ok. 120 zł na pokój dwuosobowy. Przestronne pokoje, sufity zdobione stiukami i położenie w centrum miasta przyciągają nowożeńców, możesz więc liczyć na wesele w hotelowej restauracji. Śniadania są wliczone w cenę pokoju. Świetna relacja ceny do jakości.

W Irkucku polecam Yagoda Hostel w drewnianym budynku, jakich niegdyś w tym mieście było wiele. Wystrój wewnątrz jest nowoczesny (choć zachowano drewniane podłogi, a ściany nie wszędzie zostały otynkowane). Za wygodną dwójkę zapłacisz w przeliczeniu ok. 90 zł (w promocji), możesz też zdecydować się na łóżko w pokoju wieloosobowym (z podziałem na płeć) – cena w przeliczeniu to ok. 37 zł.

Gdzie jeść

Nad samym Bajkałem nie brakuje stoisk – i to najlepsze miejsce, by spróbować lokalnych specjałów, takich jak omul. W Irkucku jest lubiany samoobsługowy bar Mamoczka na ul. Marksa 41. Nie jest to może lokal wykwintny, ale ma duży wybór potraw, a ceny są niskie.