Francis jest absolutnym mistrzem jej przyrządzania. Langustę w sosie koniakowo-grzybowym najchętniej serwuje zakochanym, przyjeżdżającym, śladem Karen Blixen i jej romantycznych afrykańskich opowieści, nad błękitny Ocean Indyjski, oblewający kenijskie wybrzeże.

Potężny, majestatyczny Francis zna tutaj każdy zakamarek. Diani Beach jest jego domem. Matka pracowała w hotelu i czasem go tam ze sobą zabierała. Najbardziej lubił kuchnię. Jednak nie dlatego, że zazwyczaj częstowano go tu jakimś smakołykiem. Fascynowały go bulgocące garnki o najróżniejszych kształtach, skwierczące patelnie, na których łączyły się aromaty, kolory i smaki, nieustanna krzątanina... Chciał w niej uczestniczyć! Entuzjazm malca nie uszedł uwadze szefa kuchni i… szefa hotelu. Chris urodził się w ostatnich dniach wojny w niemieckim, wówczas, Koszalinie. Jego rodzina uciekła w głąb Niemiec. Chris żartował, że od urodzenia uciekanie miał we krwi. Zafascynowany „Pożegnaniem z Afryką” i wspomnieniami dawnych myśliwych, uciekł z Europy do Kenii. I tu znalazł drugi dom. – To Chris sfinansował moje stypendium szkolne, zatrudnił mnie w hotelowej kuchni a w końcu wysłał na studia do Europy – opowiadał mi Francis.

Afrykańskie lekarstwo

W przygotowywanych przez niego wykwintnych daniach rodem z Paryża, Brukseli czy Rzymu, obok smaku trufli, foie gras, kawioru czy szampana, igrały afrykańskie nuty imbiru, ostrych papryczek peri peri, kurkumy czy kokosa, nadając daniom niepowtarzalny sznyt. Często daleki od kulinarnego oryginału, ale intrygujący, niezwykły i wart grzechu. Najczęściej skutkujący tym, czym zwykle skutkuje obżarstwo.

– Dawa – bardziej stwierdził niż zapytał Mike, a kelner w koszuli w stylu safari podał nam szklanki wypełnione odrobiną brunatnego syropu, cząstkami limonek i lodu. Do tego drewniana pałka będąca miniaturą takiej, jakiej moja babcia używała do ucierania kogla mogla w makutrze. Choć dawa w języku suahili oznacza lekarstwo, to smakowało znakomicie. Słodkie, kwaśne, delikatne i upajające – jak bardzo przekonałam się, kiedy próbowałam wstać. Na razie jednak, po sutym i wytwornym obiedzie, była jak balsam. Piłam ją niespiesznie, wyciskając pałką porcje soku, czekając, aż stopi się lód i mieszając wszystkie składniki.

Siedzieliśmy z Mike’m przy ognisku. Nad nami jarzył się Krzyż Południa i tysiące nieznanych mi gwiazd, tworzących migocący kobierzec. Zdawało mi się, że odbija się on w ziemi. Tu także błyszczały tajemniczym blaskiem dziesiątki „klejnotów” –  oczu antylop impala, które przyszły do naszego obozowiska na nocleg. Mike urodził się w Kenii. Z dziadkiem przyjeżdżał do Tsavo na pikniki. Najbardziej lubił obserwować baraszkujące w wodzie słoniowe rodziny. Kiedy dorósł i zyskał sławę kierowcy rajdowego, a po uzyskaniu przez Kenię niepodległości, zrezygnował z brytyjskiego obywatelstwa na rzecz kenijskiego, wydzierżawił w parku narodowym miejsce, w którym z dziadkiem obserwowali słonie. Stworzył tu obozowisko nieogrodzone żadnym płotem. Zatrzymywali się w nim i turyści, i naukowcy, by obcować z dziką, afrykańską przyrodą. Zaledwie kilkadziesiąt metrów od nas bawiące się słonie. Dochodziły stamtąd pochrząkiwania i popluskiwania, a same olbrzymy wyglądały jak spowite mrokiem cienie. Wiedziałam, że kilkanaście kroków od naszego ogniska są tabliczki głoszące, że dalej można wędrować już tylko na własne ryzyko, a za naszymi plecami kryją się uzbrojeni w nabite usypiającymi nabojami strzelby strażnicy – na wszelki wypadek, gdyby z niezapowiedzianą wizytą zjawił się lew albo lampart.

Magiczne safari Karen Blixen

Mike opowiadał o zakazie polowań, walce z kłusownikami w Tsavo, a mnie w uszach brzmiały słowa Ernesta Hemingwaya: „Jeszcze stąd nie wyjechałem, a już tęsknię, żeby wrócić”, które wypowiedział na safari w Afryce. Kiedy odebrał nagrodę Nobla, twierdził, że należy się ona nie jemu, a Karen Blixen. Z jej mężem, szwedzkim arystokratą Brorem Blixenem, polował na lwy i słonie. To on stał się pierwowzorem Franciszka Macombera, bohatera jednej z powieści Hemingwaya. Byli przyjaciółmi. Kiedy Karen przepędziła niewiernego męża z domu, pocieszał barona „Ciebie nie można wyrzucić, gdyż nie ma większego przyjaciela”. Mimo to Karen usunęła Brora także z kart „Pożegnania z Afryką”. Wspominała za to Denysa Finch Hattona, który w jej sercu zajął miejsce męża.

 

Jednak choć Finch Hatton na safari zabierał gramofon i był znakomitym myśliwym, to pod koniec życia w zimnej ojczystej Danii Karen napisała: „Jeśli coś chciałabym w życiu powtórzyć, to jeszcze raz pojechać z Brorem na safari”. Z nim upolowała pierwszego w życiu lwa i poznała tajniki afrykańskiej przyrody. Jego także książę Walii, późniejszy król Edward VIII, nazwał „czarodziejem safari”. Blixen był jego przewodnikiem w czasie wyprawy na safari u stóp Kilimandżaro w 1928 roku. Czy kolacja, którą Karen przygotowała wówczas dla księcia była pierwowzorem „Uczty Babette” – opowiadania, które napisała wiele lat później? Babette podała na niej bliny Demidoff i przepiórki w sarkofagach, potrawy o znaczeniu symbolicznym – związanym z płodnością, kobiecością i męską siłą.
Kiedy wracaliśmy z Mike’m z Tsavo, drogę przebiegło nam stado nakrapianych ptaszków – afrykańskich przepiórek, wydających charakterystyczny dźwięk kan - ga. Od nich pochodzi też nazwa usianego małymi plamkami, prostokątnego kawałka materiału –  kanga – którym spowijają swe ciała kobiety na afrykańskim wybrzeżu. Mike przyhamował. – Tam zginął Denys Finch Hatton –  powiedział. Nie było żadnego pomnika. Przepiórki zniknęły wśród liści sizalu łagodnie kołyszących się na wietrze.

Filmowe pożegnanie

Historię Karen, Denysa i Brora poznał cały świat za sprawą filmu „Pożegnanie z Afryką” z Meryl Streep i Robertem Redfordem. Z powieściowym pierwowzorem niewiele ma wspólnego. Osnową scenariusza stała się biografia Denysa Finch Hattona pióra brytyjskiej pisarki Errol Trzebinski. –  Z jej rodziną przyjaźnili się moi rodzice, a polskie nazwisko ma po mężu, Zbigniewie, polskim architekcie, który zaprojektował wieżowce w centrum Nairobi – opowiadał Mike. Errol znalazła kiedyś na pchlim targu piersiówkę, taką w sam raz na safari. Była na niej dedykacja „Karen – Denys”. Stała się ona inspiracją odtworzenia historii niezwykłej pary.

Przepiórki w sarkofagach świat poznał dzięki filmowi Gabriela Axela. „Uczta Babette” była jednym z ostatnich opowiadań Karen Blixen z tomiku „Anegdoty o przeznaczeniu”, który opublikowała pod pseudonimem Isak Dinesen. Podobnie jak „Pożegnanie z Afryką” napisała je w rodzinnym domu w Rungstedlund w Danii, dokąd wróciła po śmierci Denysa. Mroczny fiord, nad którym był położony, nie przypominał błękitnej zatoki na kenijskim wybrzeżu, przy której Denys kupił dla niej dom – dawną rezydencję urzędnika sułtana, położoną nieopodal Malindi, która dziś jest pensjonatem. Niełatwo go odnaleźć.
Na ocienionym, przestronnym tarasie jedliśmy pieczone langusty na sposób suahilijski – w kremowym sosie z kokosowego mleka, pachnące kurkumą i imbirem, z kwaskową nutą tamaryszku. Suahili to kultura i język, w którym spotkały się tradycje mieszkańców Afryki i żeglarzy, przypływających tu wraz z monsunem z półwyspu arabskiego. Swoje „trzy grosze” dołożyli do niej Europejczycy i Hindusi. Goście odwiedzający Karen Blixen w Rungstedlund wspominali, że w potrawach, którymi ich raczyła, spotykały się smaki europejskie z afrykańskimi. Na uczcie przygotowanej przez Babette, jedna z uczestniczek przyjęcia, Martina, spotkała się ze swym dawnym ukochanym Lorenzem. Przed laty rozstali się w żalu i gniewie ze słowami: „życie jest okrutne i są na tym świecie rzeczy niemożliwe”. Nie spodziewali się, że kiedykolwiek się spotkają. W czasie uczty Babette: „biesiadnicy stawali się coraz lżejsi, im dłużej jedli i pili i coraz lżejsze były ich serca. Lorenz pożegnał zaś Martinę słowami: „Nauczyłem się dziś najdroższa, że na tym pięknym świecie wszystko jest możliwe”.

Dawa
łyżeczka miodu o wyrazistym smaku,
50 ml wódki z trzciny cukrowej,
limonka pokrojone w ćwiartki,
pokruszony lód
Do średniej szklanki o grubych ściankach wlewamy miód, alkohol, na wierzchu układamy przekrojone limonki. Całość dopełniamy pokruszonym lodem. Podajemy z grubą, drewnianą pałeczką, którą wyciska się sok z limonek i miesza składniki.