Poprawiłam się na „fotelu”. Bez nóżek wprawdzie, bo poduszka leżała wprost na ziemi, ale za to z zagłówkiem – takie połączenie japońskiej tradycji z europejską modą. Jak na ulicach Gion, gdzie ciepły blask papierowych lampionów mieszał się z błyskami kolorowych lampek. Wejścia domów zdobiły „choinki” – kadomatsu – tradycyjne dekoracje z bambusa i sosnowych gałązek, tylko przypadkiem przypominające nasze choinki, i shime-nawa – girlandy z papieru odstraszające złe duchy.

Bentowa kolekcja

Gion to jedna z najstarszych dzielnic Kioto, dawnej cesarskiej stolicy Japonii, w której od wieków zatrzymywali się przybysze. Dzielnica gejsz i ryokanów – tradycyjnych gościńców. Daiki zmienił w ryokan odziedziczony po dziadkach dom. Z tradycyjnego wystroju zostały maty tatami na podłodze i kilka par przesuwanych drzwi z misternie połączonych drewnianych listewek i papieru. Do części pokoi Daiki wstawił łóżka, bo współcześni goście niekoniecznie chcą spać na tradycyjnych futonach – materacach, które na noc rozwija się i rozkłada wprost na ziemi. Ja wybrałam futon. Może dlatego, zamiast imprezować w Nowy Rok, siedziałam zakatarzona z Daikim przed telewizorem z „suchym prowiantem”.

Japonia, noworoczne lampionyJaponia, noworoczne lampiony shutterstock

Bento to „podróżne jedzenie”. Poznałam je na dworcu w Tokio. Na każdym zresztą kolejowym dworcu sklepów z bento jest bez liku. Pudełka o różnych kształtach w najróżniejszych kolorach kryją przysmaki japońskiej kuchni. Ułożone perfekcyjnie – jak to w Japonii – tak, że wnętrze pudełka tworzy smakowity obraz. Są w nich sushi, makarony, ryżowe specjały, ryby, krewetki, wodorosty, wszystko, co japońska kuchnia oferuje. W dodatku każde z miast i każdy dworzec ma swoje przysmaki, istnieje więc rodzaj „turystyki bentowej” albo też „bentowego kolekcjonerstwa”. Kolekcjonerzy podróżują po to, by z najdalszych zakątków Japonii przywieźć sobie pudełko charakterystyczne tylko dla tego jednego dworca i spróbować lokalnych specjałów.

Pociąg jest zresztą jedynym miejscem, gdzie Japończycy pozwalają sobie na jedzenie w przestrzeni publicznej. W Tokio, Kioto czy Narze nie sposób na ulicy zobaczyć jedzących. Nawet na Nishiki – największym targowisku w Kioto – przysiadłam na chwilę z tacką ośmiornic smażonych w kulkach z ciasta. Mogłabym je spałaszować w biegu, ale pod naporem napominających spojrzeń przysiadłam grzecznie na krzesełku przy straganie i dopiero, kiedy przełknęłam ostatni okruszek, ruszyłam dalej. Uradowana, bo dzięki temu, że się zatrzymałam, mogłam docenić delikatny smak takoyaki – aksamitnego, słodkawego ciasta z kawałkami kruchej, lekko pikantnej ośmiornicy. Małe dzieło kulinarnej sztuki, choć to tylko japoński fast food.
Kątem oka zauważyłam, że Daiki otworzył swoje pudełko. Zdumiała mnie harmonia i wykwintność tego, co zobaczyłam we wnętrzu. Szybko więc otworzyłam swoje. I oniemiałam. W idealnym porządku leżały w nim kawałki ryby, omletu... Fasolki, ciasteczka, ikra, krewetki tworzyły smakowitą, kolorową mozaikę przywodzącą na myśl obrazy Hokusaiego, twórcy kanonu japońskiego malarstwa, na czele ze słynną „Wielką falą w Kanagawie” zamarłą w swym pięknie i grozie, odsłaniającą, a może pożerającą „matkę gór” – Fudżi. Minę musiałam mieć nietęgą, bo małomówny zazwyczaj Daiki zaczął mi tłumaczyć, że to pudełko to osechi ry?ri, noworoczny posiłek, obyczaj spożywania którego narodził się właśnie w Kioto na cesarskim dworze. – To talerz dobrych życzeń. Masz tu gorzkie pomarańcze dadai, które są symbolem łączności czasów i pokoleń. Ich nazwę zapisuje się tymi samymi symbolami, co życzenie potomstwa – opowiadał. Spiralne kawałki omletu posmarowanego pastą o intensywnym rybnym aromacie – datemaki – miały mi przynieść wiele pomyślnych dni, ciasteczka z ikrą zapewnić płodność, krewetki duszone z sake i sosem sojowym – spokojną starość, jajka zaś zdrowie i fortunę.

108 grzechów

Naszą pyszną i symboliczną rozmowę przerwało bicie dzwonów. Spojrzałam na zegarek: północ. Ciemnego nieba nie mącił blask fajerwerków. W ciszy, która zapadła, wybrzmiewały rytmiczne uderzenia. Zaczęłam liczyć i… się pogubiłam. – Sto osiem – uśmiechnął się Daiki. Tyle, ile Japończycy znają grzechów. Każde uderzenie dzwonu to jeden grzech, który ma zostać w starym roku po to, by nowy zacząć z czystym kontem. To dlatego Japończycy w sylwestra dokładnie sprzątają dom – chcą, by to, co brudne i złe, zostało w starym roku. A nowy był nową nadzieją.

Wróżba na Nowy Rok

Wiedzeni dźwiękiem dzwonów wyszliśmy na ulicę. O dziwo, pełną ludzi, którzy wędrowali szlakiem wyznaczonym przez lampiony. Prowadził do świątyni. Dołączyliśmy z Daiki do strumienia ludzi. Za bramą tłum zgęstniał. Ludzie tłoczyli się wokół straganów z amuletami, tabliczkami dziękczynnymi i… paskami papieru. Największym powodzeniem cieszyły się… okropnie brzydkie lalki, składające się właściwie z samej głowy. Daiki też nabył taką lalkę. – To daruma, która widzi los i życzenia – przedstawił mi ją. I szybko flamastrem dorysował lalce oko. – Po to, by moje życzenie widzieli za jej pośrednictwem bogowie – tłumaczył. – Jeśli życzenie się spełni, dorysuję jej drugie. Jeśli nie, spalę ją – pokazał mi spory stosik płonących lalek, do którego kolejni przybysze wrzucali swoje niespełnione ubiegłoroczne życzenia.

Daruma  z brakującym okiemDaruma z brakującym okiem shutterstock

Yasui Konpiragu to jedna z najstarszych świątyń w Gion. Jej założyciel zasadził w tym miejscu na cześć bogów chińską glicynię, pnącze, którego kolejne pokolenia nadal tu rosną. Tutaj ponoć schronił się cesarz Sutoku, którego zły los rozłączył z ukochaną żoną. Dlatego do tutejszych bóstw (albo kami, czyli duchów) zanosi się prośby o przemianę życia na lepsze, o rozstanie się z nałogami i o szczęście w miłości. W Nowy Rok jest tu więc tłoczno. Największy tłum otaczał gigantyczny kamień w centrum świątyni. Cały oblepiony paskami papieru. Długo staliśmy, czekając, aż przyjdzie kolej Daikiego. Na kupionej przy wejściu karteczce wypisał swoją prośbę, a następnie śladem innych przeszedł przez otwór w kamieniu i na nim karteczkę przyczepił. Kupiliśmy też koperty z wróżbami. Przeczytaliśmy je jeszcze w świątyni. Swoją Daiki wrzucił do ognia. Ja też chciałam to zrobić. – Pomyśl, jeśli to dobra wróżba, to zabierz ją ze sobą, jeśli zła, zostaw tu i spal. To nowy rok i nowy początek. Zawahałam się. Za to bez wahania po tygodniu dałam się zaprosić na nanakusa gayu – ryżowy kleik, który Japończycy jadają 7 stycznia, najchętniej rankiem – „nim ptaki z Chin dolecą do Japonii”. Z siedmioma ziołami mającymi chronić przed chorobami ciała i duszy. Zioła okazały się „dobrymi znajomymi”. W Polsce większość uważamy za chwasty: tasznik pospolity, szarota, gwiazdnica pospolita, łoczyga. Delikatny morski aromat kleiku przywiódł mi na myśl kamaboko – różowo-białe rybne krążki symbolizujące wschód słońca – nowy początek.

KamabokoKamaboko shutterstock

Kamaboko

Dla 4 osób
Przygotowanie: 45 minut

500 g filetów z białej ryby,
sól, łyżka mąki (dowolnie),
białko ubite na pianę (dowolnie),
3 plastry ryby o różowym mięsie

Filety siekamy bardzo drobno i kilkakrotnie płuczemy w lodowatej wodzie, by oddzielił się nadmiar białka i tłuszczu. Kiedy woda będzie czysta, odlewamy ją, przekładamy rybę do malaksera i dokładnie miksujemy ze szczyptą soli, by powstała gęsta masa, którą można formować rękami. Japończycy robią kamaboko z samej ryby, ale można dodać mąkę i/lub białko, żeby masa była bardziej ścisła. Masę solimy i mieszamy, przekładamy do formy. Japończycy używają drewnianych form. Ja  po prostu owijam masę gazą i kładę na deseczce. Jeśli chcę uzyskać „efekt wschodu”, przed owinięciem gazą rulonik zawijam w cieniutkie plastry ryby o czerwonym mięsie. Gotuję na parze około 30 minut.

Nanakusa gayu - ryżowy kleikNanakusa gayu - ryżowy kleik shutterstock

Nanakusa gayu

Dla 6 osób
Przygotowanie: około godziny  
Oczekiwanie: noc

4 kawałki (po 2-3 cm) suszonych wodorostów,
1,5 szklanki ugotowanego ryżu,
sól, 2 łyżki mąki ryżowej albo mochi, czyli kulki ryżowego ciasta,
szklanka posiekanych ziół (w oryginale: chiński seler, tasznik pospolity, łoczyga, szarota, gwiazdnica pospolita, liście rzepy, liście rzodkwi japońskiej)

Wodorosty moczymy w wodzie, najlepiej całą noc i doprowadzamy do wrzenia. Odcedzamy. Do wywaru dodajemy ryż, rozgotowujemy go tak, by ziarenka straciły kształt. Mąkę ryżową rozrabiamy w litrze zimnej wody i powoli dodajemy do kleiku, solimy. Gdy kleik zgęstnieje, wrzucamy zioła. Gotujemy tylko minutę, żeby zioła się nie rozgotowały. Jeśli używamy mochi, gotujemy je tak długo, aż się rozgotują.