Guðjón Hildibrandsson uśmiecha się szeroko i lekko gładzi swoją rudą brodę.

- Naprawdę byłbyś gotowy na smak średniowiecza? Lepiej ciesz się, że żyjesz dzisiaj…

Jesteśmy na farmie Bjarnarhöfn, gdzie Guðjón otworzył małe muzeum rekinów. Jego ojciec i dziadek nauczyli go miłości do morza i trudnej sztuki przyrządzania hákarla. Bo hákarl, czyli rekin grenlandzki, to światowy rekordzista w długowieczności. Niedawno naukowcy zbadali samicę, której wiek określili na około 500 lat. Żyła więc zanim Mikołaj Kopernik ogłosił światu swoją rewolucyjną teorię heliocentryczną. Na dodatek dzisiejsze rekiny, właściwie nie różnią się od swoich przodków żyjących w czasach dinozaurów. Te ryby po prostu nie potrzebowały ewolucji, bo są szczytowym osiągnięciem natury. System immunologiczny działa u nich tak doskonale, że nie znają chorób. Zęby im odrastają, komórki się odmładzają. A ludzie… wolą omijać je szerokim łukiem, bo mięso hákarla jest silnie trujące.

Czyżby więc islandzki przysmak jadło się tylko dwa razy w życiu: pierwszy i ostatni? Guðjón rozwiewa moje wątpliwości.

- Wikingowie nie jedli hákarla. A gdy zaplątał się w sieci, to wyrzucali z powrotem do wody. Dopiero w XVII wieku, przez przypadek odkryto, że po sześciu tygodniach leżenia w wulkanicznym piasku i kilku miesiącach suszenia w szopie, gdy połeć mięsa zgnije i zmniejszy swoją objętość o mniej więcej 80 procent, hákarl nadaje się do jedzenia.

Legenda głosi, że w 1601 roku, gdy na Islandii panował głód, na jedną z farm przyszli poborcy podatków duńskiego króla (Islandia była wtedy traktowana przez Duńczyków jak kolonia). Zdesperowani rybacy postanowili otruć znienawidzonych urzędników i podali im mięso rekina, które wcześniej gniło na plaży i nawet psy nie chciały go jeść. Cierpiący na szkorbut urzędnicy najedli się hákarlem do syta, a po tygodniu nie tylko wciąż żyli, ale mieli się nawet lepiej. Bo podgniłe mięso nie ma już mocznika i innych toksyn, za to bogate jest w kwasy omega i witaminy. Ta legenda nie przekonała jednak mistrza kuchni Anthony’ego Bourdina, który po wizycie na Islandii orzekł, że hákarl, to najgorsza rzecz, jaką jadł w życiu.

A jak TO smakuje? Niektórym przypomina duriana z Tajlandii. Albo - to moja opinia - kawałek góralskiej spyrki z nutą dojrzałego camemberta. Nie ma powodu do obaw, nie otrujemy się dobrze podgniłym rekinem. Ale na pewno nie warto się wahać, gdy Guðjón Hildibrandsson po degustacji proponuje kieliszek Brennivinu - czyli lokalnej okowity…

Gu?jón Hildibrandsson nalewa miejscową okowitęGu?jón Hildibrandsson nalewa miejscową okowitę fot. SERGIUSZ PINKWART/ SHUTTERSTOCK.COM

Suszone rybki jak chipsy

Jeśli Wikingowie nie jedli rekinów, to co było podstawą ich diety? Po odpowiedź najlepiej udać się do miejscowych supermarketów. Islandczycy są konserwatywni w upodobaniach i lubią to, co już znają od tysiąca lat. Specjalnością wyspy jest ser, a właściwie jogurt, zwany tu skyr. Wspominany był już w Eddzie, czyli sadze o początkach osadnictwa na Islandii. Beczki ze skyrem stały w każdym gospodarstwie. Serek ma smak i konsystencję jogurtu greckiego, a dziś można go tu kupić w każdym sklepie, a nawet na stacji benzynowej. Często w komplecie jest plastikowa łyżeczka, więc to z założenia fantastyczna bezmięsna przekąska. W sprzedaży są dziesiątki rodzajów, np. skyr bananowy, czekoladowy, kokosowy, jagodowy, truskawkowy.

Inną, równie popularną przegryzką, znaną od tysiąca lat, są małe, suszone rybki. Hardfiskur smakują mniej więcej jak chipsy. I tak też są przez Islandczyków traktowane. Kupuje się torebkę rybek i chrupie podczas spaceru.

A co z tymi słynnymi owczymi wnętrznościami? Na pewno każdy, kto lubi kulinarne atrakcje, przed wyjazdem na Islandię czytał mrożące krew w żyłach opowieści o tutejszym zamiłowaniu do obgryzania gotowanej baraniej głowy (svid), flaczków z tłuszczem zaszytych w owczym żołądku (statur), czy wędzonych baranich jąder (sursadir hrutspungar). Mam złą wiadomość. Sami Islandczycy już tego nie jedzą. W restauracjach te przysmaki są raczej nie do dostania. Może się jeszcze ta tradycja odrodzi, a może po prostu nikt już za tym smakiem nie tęskni.

Maskonury w siatkach na motyle

Nie płakałbym też po pieczonym maskonurze i stekach z wieloryba. Ale akurat te potrawy weszły do kanonu regionalnych restauracji i pozostaną w nim na długo. Moratorium na odławianie wielorybów obowiązuje w większości cywilizowanych krajów świata. Islandia jednak zdecydowała, że wieloryby dalej będą łowione "do celów naukowych". Jakoś tak się składa, że sympatyczne humbaki, złowione "w celach naukowych", trafiają na stoły restauracji w Reykjaviku. Podaje się je zazwyczaj na dwa sposoby. Po japońsku - czyli w charakterze sashimi - cieniutkie, surowe płaty mięsa, lekko zamoczone w sosie sojowym i z dodatkiem barwionego na zielono chrzanu. Oraz jako steki. W obu postaciach dobrze przyrządzony wieloryb smakuje wybornie. W wersji steku - jak najlepszej jakości wołowina. Gdy jest podawany jako surowy plasterek, czuć lekki posmak tranu, ale dodaje to tylko bukietu, który można przełamać ostrym chrzanem.

Maskonur to uroczy ptaszek wielkości gołębia. Wyglądem przypomina krzyżówkę pingwina z papugą. Turyści chętnie kupują dzieciom pluszowe maskotki "maskonurki", a przy głównej handlowej ulicy Reykjaviku - Laugavegur, są sklepy specjalizujące się w sprzedaży wyłącznie podobizn tych pięknych ptaków. Sympatia Islandczyków dla swych pupilów przejawia się również w tym, że jednym z ulubionych sportów jest łapanie nieporadnie latających maskonurów siatkami na motyle. A potem zjadanie. Maskonur ma delikatne, ciemne mięso, przypominające w smaku kuropatwę. Dobrze się komponuje smakowo z chlebem rugbraud pieczonym w wulkanicznych piecach.

wulkaniczne piece chlebowewulkaniczne piece chlebowe fot. SHUTTERSTOCK.COM

Chleb z wulkanu jak pumpernikiel

Ale co to są wulkaniczne piece chlebowe? Żeby poznać smak najbardziej znanego islandzkiego pieczywa, warto wybrać się do Hveragerdi. To miasto ogród, położone zaledwie pół godziny drogi na południe od stolicy. Ponieważ leży na bardzo aktywnym obszarze geotermalnym - u podnóża Gór Błękitnych, zaczęto tu na masową skalę uprawiać w szklarniach warzywa i owoce. To tu znajduje się największa w Europie (poza Wyspami Kanaryjskimi, które geograficznie należą jednak do Afryki) - plantacja bananów. Banany na Islandii? Czy smakują tak samo jak te z Afryki czy Ameryki środkowej? Tego się niestety raczej nie dowiemy. Bo choć bananowce rzeczywiście można tu oglądać, to wydają owoce raz na dwa-, trzy lata. A szklarnia ma jedynie 1100 metrów powierzchni i wszystkie banany zjadane są przez uczniów miejscowej szkoły rolniczej.

Za to bez problemu dostaniemy chleb upieczony..., a raczej ugotowany w blaszanych garnkach wstawionych dwa metry pod ziemię i podgrzanych parą wydobywającą się z licznych szczelin. Rugbraud jest z mąki żytniej i smakiem przypomina nieco pumpernikiel. W zupełności wystarczy posmarować go masłem.

Najważniejsze słowo: "pylsur"

Co dziś jest najpopularniejszą potrawą na Islandii? Jeśli przemierzamy wyspę trasą numer jeden, która niczym wielka obwodnica, przez 1500 kilometrów okrąża Islandię, doprowadzając turystów do większości atrakcji, to najczęściej zostaniemy poczęstowani zupą mięsną. Pożywny "eintopf" jest wizytówką restauracji przy najpiękniejszym islandzkim wodospadzie - Gullfoss. Za jakieś 70 zł do niedawna można było najeść się do syta, bo respektowano stary zwyczaj darmowej dolewki. Ale od jesieni już dostaniemy przy Gullfossie za tę cenę jeden talerz zupy na bazie kapusty z pokrojoną jagnięciną…

Jeśli ktoś, tak jak ja, woli ryby, polecam bezkonkurencyjne w smaku, świeżo złowione łupacze i łososie. Najsmaczniejsze są w Dalvik - małym miasteczku na północy Islandii, skąd turyści pływają na trzygodzinne rejsy i podglądanie wielorybów. Taka wycieczka kończy się wędkowaniem na pełnym morzu, pod kierunkiem doświadczonego bosmana, który na miejscu fachowo oprawia naszą zdobycz, przy okazji opowiadając nam morskie ciekawostki. Po powrocie do portu złowione przez turystów ryby są nacierane przyprawami (najczęściej to tylko sól i pieprz) i wrzucane na grilla. Palce lizać!

Co jednak jedzą Islandczycy, gdy dopadnie ich mały głód, a mają ochotę na coś ciepłego? Turyści rzadko kiedy poznają głębiej język islandzki. Nie ma takiej potrzeby, bo mieszkańcy wyspy bardzo dobrze radzą sobie z angielskim. Widać za to fascynację tym językiem u Skandynawów, którzy nie dowierzają, że taka "skamielina" mogła przetrwać tysiąc lat. Islandczycy są rzeczywiście "odporni" na nowe słowa i niczym Czesi z polskich dowcipów, próbują opisać świat używając do tego starych pojęć. Tak "telewizja" to na Islandii "sjónvarp", czyli rzucanie obrazów. "Film", to "kvikmynd", czyli szybkie obrazy. "Reklama" - "auglýsing" (opisanie oczom), a "dzwonek telefonu" - "fridthjófur" (złodziej spokoju). Ale jest jedno słowo, które powtarza się tak często, że każdy turysta pozna je i zapamięta - to "pylsur", czyli hot-dog.

Od II Wojny Światowej do początku XXI wieku na Islandii stacjonowały wojska amerykańskie i to marines zaszczepili w gospodarzach wyspy miłość do gorących bułek z parówką. Na Islandii można zjeść pylsura wszędzie: na każdej stacji benzynowej, w markecie, a przede wszystkim w budkach rozstawionych na ulicach Reykjaviku. Jeden z takich kiosków szczyci się nawet tym, że prezydent USA Bill Clinton uznał podawane tu hot-dogi za najsmaczniejsze na świecie. Najwyraźniej polubił tutejszy sos do parówek, ze zmieszanej miodowej musztardy z keczupem. Albo rozsmakował się w posypce z siekanej, prażonej cebuli. Hot dogi kosztują 12-15 zł, co wydaje się ceną szokująco wysoką, dopóki nie zobaczymy ceny za pizzę (100 zł).

Prince Polo na honorowym miejscu

A jeśli Islandczyk ma ochotę na coś słodkiego? Zapewne sięgnie po wafelek Prince Polo, a właściwie Prins Póló. Wafelki z cieszyńskiej fabryki czekolady trafiły na Islandię w latach sześćdziesiątych, w ramach barteru za atlantyckie dorsze. To były czasy, gdy polski złoty był niewymienialny na inne waluty i handlowcy musieli się sporo nagimnastykować, by sprzedać coś za granicę. Z kolei na Islandii obowiązywały w tamtym czasie restrykcje dotyczące importu słodyczy - chroniono własne słodkości, czyli dość kontrowersyjne w smaku cukierki na bazie lukrecji. Żeby Prince Polo dopuścić do sprzedaży, zakwalifikowano go jako "biskwit", a nie batonik. A Islandczycy pokochali nasze wafelki do tego stopnia, że dziś, mimo że w sklepach można kupić już dosłownie wszystko, wciąż na honorowym miejscu przy kasie stoją pudełka z charakterystycznie opakowanymi w folię Prins Póló.

Jeśli już jesteśmy przy deserze, to na koniec zapewne zamówimy kawę. I to bardzo dobry wybór, bo kawa jest tu narodowym napojem. Statystyczny Islandczyk wypija rocznie kawy z 9 kilogramów ziaren, co plasuje tę małą wyspę na Atlantyku, na trzeciej pozycji na świecie (po Finlandii i Norwegii). Na dodatek nie ma tu gigantycznych korporacji, takich jak Starbucks, a kawę pije się w małych kawiarniach i na stacjach benzynowych. Najczęściej z ekspresu przelewowego, z odrobiną mleka i cukru.

Brzmi znajomo, jednak jest coś, co odróżnia kawosza z Islandii. W restauracji w Reykjaviku byłem jedyną osobą, która zamówiła kawę PO posiłku. Wszyscy pozostali - a byli to pracownicy pobliskiego biura, którzy wyskoczyli w przerwie na lunch - właśnie od kawy zaczęli obiad. Tak to tu wygląda...

IslandiaIslandia fot. SHUTTERSTOCK.COM

Informacje praktyczne

Jak dojechać?

Tanie linie Wizz Air wylatują do Reykjaviku z Warszawy, Wrocławia, Gdańska, Katowic i Poznania. Można dopłynąć promem Smyril Line (smyrilline.com) - z Danii przez Wyspy Owcze (Hirsthals - Seydisfjordur).

Gdzie mieszkać?

Islandia to bardzo drogi kraj, także noclegi są tam sporym wydatkiem. Wielu Islandczyków wynajmuje turystom swoje domy. Istnieje też sieć schronisk. Noc w hostelu w Reykjaviku kosztuje od 3500 koron islandzkich (120 zł) - miejsce w pokoju wieloosobowym; do 13 tys. koron islandzkich (450 zł) - dwójka ze śniadaniem. Najtańszą opcją jest wynajęcie kampera od 12 tys. koron islandzkich (400 zł za dzień).

Gdzie jeść?

Najlepsze restauracje są w Reykjaviku. Warto wybrać się na bufet z owocami morza (all you can eat) w restauracji w hotelu Reykjavik, gdzie za 7500 koron islandzkich (250 zł) możemy do woli smakować świeże ryby, kilkanaście gatunków śledzi, mięso wieloryba czy nawet hákarla. Najtańszym posiłkiem jest pylsur (hot dog), którego można kupić w budkach w Reykjaviku i na stacjach benzynowych. 

Co przywieźć?

Pluszowe maskonury albo kubki z gejzerem lub wulkanem, które pod wpływem temperatury zmieniają obrazek i gejzer lub wulkan wybucha. Warto też kupić słynne swetry z wełny owiec islandzkich - miękkie i ciepłe od środka, od zewnątrz nieprzemakalne. To jednak wydatek rzędu 20-25 tys. koron islandzkich (700-900 zł).

Ważne!

Od maja obowiązują nowe kwoty i tak już wysokich mandatów i tak za: przekroczenie prędkości poza terenem zabudowanym (na całej wyspie to 90 km na godzinę) można zapłacić nawet 8 tys. zł.

Islandia jest piękna cały rok, ale zimą, kiedy ceny biletów lotniczych są okazyjnie tanie, są tam tylko 4 godziny światła słonecznego na dobę.

Można za to polować na zorzę polarną. Większość dróg w kraju jest wówczas zamknięta i dostępne atrakcje ograniczą się do tych w okolicach Reykjaviku.