Pierwszy seans na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes rozpoczyna się o 8:30. Mało który kinoman, o przedstawicielach prasy i przemysłu kinematograficznego nie wspominając, jest o tej porze przytomny, wyspany i - przede wszystkim - po śniadaniu. Dla Francuzów to nie jest żaden problem, bo dla nich poranny posiłek, to zazwyczaj filiżanka małej czarnej. Czasem - ale to wcale nie jest reguła - do napoju połykają słodkiego croissanta, bezceremonialnie maczając go wcześniej w kawie.

Na szczęście dla dziennikarzy i tysięcy turystów, na starówce w Cannes działa blisko setka przytulnych małych knajpek. Na przykład, takich jak brasseria L’Avion przy Rue Jean de Riouffe, zaledwie dwieście metrów od Pałacu Festiwalowego. Po porannym seansie kinomani biegną chyżo w stronę malowniczej canneńskiej starówki, by jak najszybciej zająć miejsce w brasserii. Po drodze mijają dworzec autobusowy, naprzeciwko starego portu. Tu, na małym placyku toczy się zwyczajne życie, 90-tysięcznego miasta. Na wysypanych żwirkiem placach emeryci grają w boulles, rybacy raczą się pastisem - anyżówką rozcieńczaną wodą z karafki - a potem wracają do pracy i przeładowują na małe furgonetki skrzynki ze świeżo złowionymi tuńczykami - niezbędnym składnikiem najpopularniejszego miejscowego dania - sałatki nicejskiej. W brasserii L’Avion podaje się ją ze świeżą bagietką i zimnymi plastrami ziemniaków ułożonymi na tuńczyku, sałacie, ogórku, pomidorach, anchovis, z garścią czarnych oliwek. Do tego kieliszek różowego Côte de Provence i w kwocie 20 euro zmieścimy się z pożywnym śniadaniem połączonym z lunchem. Jeśli wolimy wrzucić coś na ciepło, to tuż obok, przy Rue Felix Faure, znajdziemy kilkanaście knajpek, które specjalizują się w małżach po marynarsku. Za solidny kubełek pełen muszli w sosie z cebuli zapłacimy 10 euro. I lepiej z tym nie czekać do wieczora, bo wtedy znalezienie wolnego stolika w centrum Cannes graniczy z cudem.

Saint Tropez. Bouillabaisse na obiad

BouillabaisseBouillabaisse fot. Shutterstock

Dochodzi czternasta i Saint Tropez szykuje się już do sjesty. Sklepikarze zamykają butiki i wolnym krokiem zdążają do barów przy otaczającym port bulwarze. Tu można zjeść najlepszą w całej Prowansji zupę rybną bouillabaisse. Gorączkowy ruch panuje w marinie. Port jachtowy jest maleńki i warte dziesiątki milionów dolarów jachty, z helikopterami na górnych pokładach, parkują "na wcisk" -  burta w burtę. Wokół łodzi uwija się, jak w ukropie wielojęzyczny tłum służby w śnieżnobiałych uniformach.

To tu 50 lat temu zaczęła się rewolucja seksualna. Gdy do małej rybackiej wioski zjechała z Paryża kolorowa ekipa filmowa, kilkuset mieszkańcom wydawało się, że to koniec świata. Jednak wbrew ich woli film Rogera Vadima „I Bóg stworzył kobietę” z niezapomnianą rolą Brigitte Bardot wywołał modę na Saint Tropez. Na południe Francji ruszyła armia artystów, ludzi wolnych zawodów, a w końcu bogaczy tęskniących za słońcem, morzem, beztroską i pożywną, prostą kuchnią. Ciche prowansalskie miasteczka: St. Raphael, Antibes, Frejus, czy Cannes, rozbrzmiały bigbitem i zapełniły się roześmianą "złotą młodzieżą".

Wśród miast Cotes D’Azur szczególną pozycję ma Saint Tropez z bardzo prozaicznego powodu - tylko w ulubionym mieście Louisa De Funesa można znaleźć... piaszczystą plażę. Bo Lazurowe Wybrzeże najlepiej prezentuje się z pokładu jachtu. Nocą widać miliony migających światełek - to wille przylepione do zboczy stromych wzgórz. Kamienne ściany pokryte zielonymi bluszczami schodzą aż do morza. Typowa plaża, to tylko kilkumetrowej szerokości pas gliny zmieszanej z drobnymi kamykami. Każdy trochę bardziej zachęcający kawałek wybrzeża zastawiają leżaki i parasole prywatnych klubów i hoteli. Restauracje w porze sjesty zamknięte są zwykle na głucho. Jedyny ratunek dla głodnych plażowiczów to działające od południa do północy garkuchnie w porcie, takie jak Le Girelier (Que Jean Jaurès). W czasach Vadima i Bardot zupą bouillabaisse raczyli się tu rybacy. Była tania, bo kucharz wrzucał do niej to, co zostało mu z obiadu: jakieś szczypce homara, langustynkę, krewetki, kawałek fileta z żabnicy, małże, kalmary, przegrzebki i co tam jeszcze tylko miał pod ręką. Do tego cebula, czosnek, chlust anyżówki, pomidory, przyprawy i... gotowe. Gdy turyści zakochali się w tej prowansalskiej zupie rybnej, jej cena poszybowała w kosmos. W Le Girelier za talerz trzeba zapłacić 59 euro. I według bywalców nie jest to suma wygórowana. A zupa jest pożywna i prawdopodobnie pozwoli nam jakoś dotrwać do kolacji.

Grasse. Przekąska z perfumami

30 kilometrów od Antibes, na stromym wzgórzu posadowiło się miasteczko, które jest światową stolicą przemysłu perfumiarskiego. Wszystko dzięki tutejszej odmianie róż, o wyjątkowo silnej i trwałej woni. Kiedyś olejek różany był najbardziej poszukiwanym i cennym ekstraktem roślinnym. Dziś, przechodząc ciasną Rue Tracastel, warto zatrzymać się i powąchać kamienne mury. Przez stulecia w tych budynkach wyciskano olejek z setek ton kwiatów i kamienne domy jeszcze teraz obłędnie pachną. Odrobinę tamtego czaru zachowały ciastkarnie, czyli pâtisserie. Gdy cała Prowansja zastyga w popołudniowej sjeście, tylko tutaj można dostać przepyszne bułeczki nasączane różanym olejkiem. Największą renomą w mieście cieszy się Le Péché Gourmand przy Rue de L’Oratoire. Bułeczki różane są po 2 euro za sztukę.

Nicea. kolacja na targu

ProwansjaProwansja fot. Shutterstock

Na głównym placu, nieopodal portu, co rano rozkładają swoje towary przekupki, które zjeżdżają tu z całej Prowansji. Powietrze pachnie świeżymi pękami lawendy i szarymi blokami marsylskiego mydła. Sprzedawcy oferują owoce, wino, kozie sery i słynny na całą Francję miód lawendowy. Wąsaci farmerzy porozumiewają się ze sobą tubalnymi okrzykami - nawyk z rozległych winnic. Osobne stoiska mają pszczelarze i zielarze. W samym centrum malarze usiłują sprzedać obrazy inspirowane dziełami Van Gogha i Picassa, a garncarze wystawiają ręcznie zdobioną ceramikę.

Turyści z reguły omijają szerokim łukiem mocno pachnące stragany z owocami morza, ale skupiają się wokół stoisk ze skrzynkami winogron i kolorowymi piramidami cytryn i pomarańczy. Aż do południa panuje tu wrzawa i nieustanny ruch. Z wybiciem dwunastej kramiki są zwijane i na ich miejscu pojawiają się ekipy sprzątające. Popołudnie mija leniwie i dopiero wieczorem plac zupełnie zmienia charakter. Na bruku kelnerzy rozstawiają stoliki. Z pobliskich restauracji dobywa się ostry aromat krewetek smażonych na oliwie ze skwierczącym czosnkiem i lekko kwaśna woń chłodnego wina rosé.

Hasło do rozpoczęcia uczty daje zachód słońca nad wieżą kościoła pod wezwaniem świętej Joanny d’Arc. Jednostajny szmer cykad miesza się z brzękiem sztućców i cichym gwarem rozmów. Dyskutuje się przede wszystkim o jedzeniu. W Le Gambetta, przy placu Generała de Gaulle’a można strawić dobrą godzinę, uzgadniając z kelnerem przystawki, czyli gatunek i rozmiar ostryg (sześć do wyboru). Lepiej od razu wybrać Assiete Degustation, czyli po prostu zestaw degustacyjny - za 15 euro dostaniemy wszystkie typy ostryg, zjadanych nad Morzem Śródziemnym. A jeszcze sprytniejsze będzie wybranie się do Le Gambetta z przyjaciółmi i zamówienie talerza Le Royal - królewskiego. Za 110 euro są tu 24 ostrygi, 4 langustynki, 4 wielkie krewetki królewskie, 12 małży hiszpańskich, cały homar, wielki krab, 6 morskich ślimaków, a do tego półmisek małży po marynarsku i zwykłych krewetek - jakby nam jeszcze było mało.

Jeśli nie przepadamy za owocami morza to trzeba spróbować andouillette - grillowaną kiełbasę, wytwarzaną tu od średniowiecza. Albo rognons - nereczki w sosie musztardowym. Godny uwagi jest też drób, a zwłaszcza magret de canard, czyli pierś kaczki wytarzana i upieczona w lawendowym miodzie. Wszystkie dania mięsne kosztują około 15 euro. A jarosze z przyjemnością zadowolą się o pięć euro tańszym ratatouille, czyli gulaszem z warzyw: pomidorów, cukinii, papryki, bakłażanów, czosnku i cebuli.

Oszczędni będą zachwyceni już przystawkami. Po kilku wieczornych biesiadach organizm może nam dać znak, że tym razem wystarczy tapenada, podawana z chlebkiem pasta z sardeli, oliwek i kaparów. Często łączona z pissaladiere, czyli rodzajem prowansalskiej odpowiedzi na włoską pizzę.

Od morza wiatr niesie słoną, orzeźwiającą bryzę. Dla takich chwil nie tylko warto przyjechać na Lazurowe Wybrzeże, ale i w ogóle warto żyć.

ProwansjaProwansja fot. Shutterstock

Jak dojechać?

Najszybciej (w ok. 2 godz.), dolecimy Lotem z Warszawy do Nicei lub Ryanairem z Krakowa do Marsylii. Ceny biletów - od 80 zł. Samochodem (2000 km) dojedziemy w ok. 20 godzin autostradami przez Norymbergę, Strassburg i Lyon.

Gdzie mieszkać?

Cenowo nie do pobicia jest sieć „pudełkowych” hoteli F1 (od 25 euro za pokój 3-osobowy), jednak to oferta tylko dla tych, którzy podróżują samochodem, bo hotele są zazwyczaj przy autostradach. Ale jeśli chcemy pomieszkać jak miejscowi, to doskonałym rozwiązaniem jest wynajęcie domu na AirBnB (nadmorskie apartamenty, wiejskie wille z basenem, czy kwatery przy winnicach). Ceny od 80 złotych za pokój, po 300-400 zł za domek dla całej rodziny.

Gdzie jeść?

Najlepiej z dala od turystycznych szlaków i restauracji, które wystawiają przed witrynę menu po angielsku. Małe, wiejskie oberże, mają zwykle menu ograniczone do „plat du jour” czyli "dania dnia". Bywa, że gdy usiądziemy do stolika, to dostaniemy od razu bez pytania sałatkę na przystawkę, a potem danie rybne, czy mięsne, deser, sery, karafkę wina i kawę. Za to zapłacimy 15-20 euro. W kurortach nadmorskich taką sumę kosztuje najtańsze ratatouille. Jest też gęsta sieć francuskich supermarketów - tych samych co w Polsce. I z podobnymi cenami.

Co przywieźć?

Miód lawendowy, szare mydło w kostkach (marsylskie), ceramikę, własnoręcznie wytworzone perfumy (z warsztatów rzemieślniczych w Grasse), anyżówkę (pastis), wino Côtes de Provence, oliwę truflową, woreczki ziół prowansalskich i lawendy, marcepan oraz macarons - słodki deser.