Bidakuchnia

Historia o żabie i chorej dziewczynce. Dawno, dawno temu w wiosce ludzi Jarai żyła rodzina Klan. Pewnego deszczowego ranka najmłodsza córka wstała i zaczęła ubijać ryż na śniadanie. Kiedy oddała ryż matce, zauważyły, że na dnie miski ukryła się żaba, którą dziewczynka niechcący zabiła. Po kilku dniach dziewczynka zachorowała. Jej rodzice próbowali wszystkich znanych sobie ziół - nic nie pomagało, ich córka wciąż słabła. Znachor oznajmił, że to duch żaby wywołuje chorobę. Dopiero kiedy rodzina Klan zabiła świnię, aby przebłagać rozgniewanego ducha, i kiedy wszyscy jej członkowie przysięgli, że w życiu nie zjedzą żaby, dziewczynka wyzdrowiała. Od tamtego dnia rodzina Klan nie jada żab.*

Na lunch zapraszają nas do chaty na palach. To właściwie jeden pokój, długi na kilkanaście metrów - miejsce spotkań ludzi z wioski. Na podłodze, bo przecież nie ma tu stołu, stawiają jedzenie. Na ryż nakładam wodnistą potrawę z gotowanych liści, na które tutaj mówią chanank. Ich słodkawy smak przełamuje gorycz małych, zielonych bakłażanów. Do tego ostry sos z zielonego i czerwonego chili. I upieczone nad ogniem kurczaki - zabite na naszą cześć. Podali nam to, co mieli najlepszego.

Ryż, potrawa z liści chanank i bakłażanów, pieczony kurczak - na lunch gospodarze przygotowali to, co mieli najlepszegoRyż, potrawa z liści chanank i bakłażanów, pieczony kurczak - na lunch gospodarze przygotowali to, co mieli najlepszego fot. Kasia Boni

- Pracuję dziewięć godzin dziennie na plantacji kauczuku - mówi Doung.

Ma ciemne jak węgielki oczy, płaski nos i wydatne usta. Czarne, długie do pasa włosy ściągnęła gumką. Skórę ma ciemnobrązową. Należy do mniejszości etnicznej Brao. W Kambodży mieszka ich kilka tysięcy.

- Zarabiam niecałe czterdzieści dolarów miesięcznie - opowiada.

Z Doung spotykam się w wiosce na północy Kambodży, w prowincji Ratanakiri. Siedzimy przy głównym placu - kawałku utwardzonej ziemi, pośrodku którego stoi dom na palach, miejsce spotkań tutejszej społeczności. Wokół placu mieszkańcy wybudowali proste domy ze ścianami z bambusowych mat. Tutaj każdy ma taką samą historię. Ciężka praca - czy to na plantacji kauczuku, przy wycince lasu, czy przy spryskiwaniu chemikaliami pól kukurydzy - i niska płaca. Starcza na ryż, sól, trochę warzyw. Nauczyli się ograniczać swoje potrzeby. Tylko czasem urozmaicają ryżową dietę kukurydzą albo maniokiem. No i owocami - tych akurat jest pod dostatkiem: banany, papaje, mango, chlebowce. Ryby łowią w rzece, kury hodują na jajka. Mięso kurczaków, które biegają po wiosce, jest tutaj rarytasem. Bardziej opłaca się je sprzedać na targu niż zjeść. Czerwone mięso jedzą od święta: podczas ważnych ceremonii - żeby przebłagać duchy albo uczcić zmarłego - zabijają bawoły i świnie. Czasem jeszcze polują w lesie: na dzikie kury, myszy, wiewiórki, jaszczurki. Nie wybrzydzają - jedzą to, co jest. No, chyba że akurat na to zwierzę nałożone jest tabu.

W wiosce Brao, w której mieszka Doung, nigdy nie poczęstowaliby mnie wężem, który jest przysmakiem w sąsiedniej wiosce mniejszości Kreung, oddalonej od nas o zaledwie 20 kilometrów (ale tam z kolei nie uraczono by mnie kukułką). Tabu jest tu ciągle żywe.

W Ratanakiri mieszka sześć różnych grup etnicznych. Oprócz Brao są jeszcze Tampuon (najliczniejsi), Jarai, Kreung, Kachok i Kavet. Każda z grup ma własny język i zwyczaje - także żywieniowe.

Czasem tabu dotyczy całej wioski, czasem tylko rodziny - skomplikowane relacje tłumaczą lokalne legendy. Dzieci w wioskach Jarai nie jedzą niektórych gatunków ryb - mogłyby spowodować ich śmierć, a u Tampuonów nie podaje się im jajek (powodują wysypkę) ani węża boa (infekcje ucha). Z kolei przeziębione dzieci mniejszości Kreung nie dostaną dojrzałej papai, kurczaka, smalcu ani słodyczy. Jedzeniowe tabu dotyczy także chorych. Żadna z mniejszości nie poda gorączkującym dojrzałego banana, który - pieczony nad ogniem w zdrewniałej łodydze bambusa - jest tutaj przysmakiem.

- Oczywiście, że w ciąży nie jadłam kurzych jajek - śmieje się Doung. - Ani żółwi. Nie chciałam mieć problemów z porodem.

Doung podsuwa mi kolejną porcję ryżu. Oprócz kurczaków jest jeszcze ryba - słodko-kwaśna, upieczona z chili i cebulą. To biedna kuchnia, dania szykuje się z tego, co jest pod ręką, chociażby liści dyni, które my wyrzucamy. Ale biedna nie znaczy niesmaczna. Przyprawy dodają ostrości, zioła podkreślają smak dzikich liści i warzyw. Pieczone, gotowane i smażone nad otwartym ogniem potrawy zyskują dodatkową dymną głębię.

Moi przewodnicy po dżungli nie byli pewni, ile mają lat. - Może 11, a może 13 - mówiliMoi przewodnicy po dżungli nie byli pewni, ile mają lat. - Może 11, a może 13 - mówili fot. Kasia Boni

Czerwona ziemia

Historia o bambusie. Wiele lat temu jedne wioski najeżdżały drugie, ludzie grabili i palili cudze mienie. Ale do wioski zamieszkanej przez mniejszość Kreung najeźdźcy nie potrafili się zbliżyć. Wielokrotnie próbowali przedrzeć się przez otaczający ją bambusowy las, ale bambusowe łodygi nie poddawały się nożom ani maczetom. W końcu wyzuci z sił najeźdźcy ślubowali nigdy nie atakować mieszkańców wioski. Ci odetchnęli z ulgą. Wiedzieli, że ocalenie zawdzięczają bambusowemu zagajnikowi -  przyrzekli więc już nigdy nie jeść roślin, które uratowały im życie.

Doung marzy o przeniesieniu się do miasta. Chciałaby mieć duży dom i niewielki stragan, na którym sprzedawałaby drobiazgi - może piwo, może sok wyciskany z cierpkich cytrusów, może zieloną papaję zmieszaną z solą, chili i pastą rybną, a może chińskie zabawki.

- Tak jest łatwiej - Doung patrzy mi prosto w oczy.

Miasto z marzeń Doung to Banlung, stolica prowincji Ratanakiri. Kilka pylistych czerwonych dróg, jeden targ, trochę restauracyjek, zarośnięta lasem dolina, którą złoci zachodzące słońce, pobliskie jezioro w dawnym kraterze i sporo agencji turystycznych oferujących kilkudniowe wyprawy do Parku Narodowego Virachey (zajmuje ponad połowę prowincji) i nocowanie w dżungli. Naukowcy zaobserwowali tutaj 76 gatunków ptaków (wśród nich ibisy i marabuty), 44 - ssaków (słonie, gaury i małpy), 37 - ryb, 35 - gadów i aż 30 gatunków samych mrówek.

Ratanakiri to najsłabiej zaludniona prowincja Kambodży. Mieszka tu trochę ponad 180 tysięcy ludzi - to jeden procent całej ludności tego państwa. Podczas pory suchej pył osiada na skórze grubą warstwą. W porze deszczowej samochody zapadają się w błocie po ośki; lepiej mieć motor - łatwiej go wyciągnąć. Ziemie te od tysiąca lat zamieszkują grupy etniczne, które w Kambodży nazywa się Khmer Loeu - Khmerzy z gór (przydomek nadany im w latach pięćdziesiątych ma więcej wspólnego z propagandą narodową, niż z ich rzeczywistą przynależnością etniczną).

Pieczony w liściach bananowca miód z dżungliPieczony w liściach bananowca miód z dżungli fot. Kasia Boni

Przymusowa nacjonalizacja nie znalazła zwolenników na północy kraju. Nieprzychylne nastroje wobec postkolonialnego rządu wykorzystali Czerwoni Khmerzy, którzy w latach sześćdziesiątych w dżunglach Ratanakiri zbudowali główną siedzibę. Ale kiedy doszli do władzy, wcale nie oszczędzili mniejszości etnicznych. Zamknęli szkoły, stworzyli pracujące oddziały, w których po 16 godzin dziennie w milczeniu (rozmowy były zakazane) uprawiano pola i budowano wały. Ludzie jedli dwa razy dziennie – cienką zupę z bambusa albo owsiankę na wodzie z ryżu i kukurydzy. Każde odstępstwo od ustalonych reguł mogło skończyć się egzekucją. Jedna z kobiet, którą spotkałam w wiosce Brao, wspomina, jak Czerwoni Khmerzy zastrzelili matkę, która podzieliła się jedzeniem ze swoim dzieckiem.

Khmer Loeu przetrwali i próby nacjonalizacji przez postkolonialny rząd, i czasy Czerwonych Khmerów. Ale najnowszym zagrożeniem dla mniejszości etnicznych w tej części Kambodży jest grabież ziemi. Ziemia, na której mieszkają, na której mają swoje pola, cmentarze i święte miejsca, w teorii należy do nich. Jeśli tylko upomną się o tytuł własności. Ale żeby się o niego upomnieć, muszą rozpocząć procedurę sądową, której koszt wynosi 40 tysięcy dolarów. Wielu nawet nie wie, że mogliby to zrobić - choć mówią w czterech językach, nie wszyscy chodzili do szkoły. Ich ziemię rząd oddaje na 99 lat w użytkowanie firmom - zazwyczaj chińskim i wietnamskim - które wycinają las pod uprawy kauczuku, kukurydzy, soi. Albo szukają minerałów i kryształów. Ratanakiri w dosłownym tłumaczeniu oznacza górę klejnotów - złoża są tu bogate.

Jakby tego było mało, w dżungli wycina się rzadkie drzewa - podobno nie ma tu już dalbergii, potocznie nazywanych drzewami różanymi. Nie chroni ich nawet park narodowy - ich drewno jest cennym towarem, używanym do produkcji luksusowych mebli.

Droga do Banlung.Droga do Banlung. fot. Kasia Boni

Statystki prowadzone przez europejską organizację Minority Rights Group pokazują, że w całej Kambodży od lat siedemdziesiątych zniszczono już 40 procent lasów. W jednej z odwiedzanych przeze mnie wiosek mieszkańcy opowiadali, że kiedy wrócili pod wieczór z pól do domów, w świętym zagajniku stały buldożery.

Global Diligence, firma prawnicza z Londynu zajmująca się prawami człowieka, szacuje, że od 2002 roku grabież ziemi dotknęła 830 tysięcy ludzi w całej Kambodży, 350 tysięcy zostało zmuszonych do opuszczenia domów. Chut Wutty - aktywista walczący z nielegalną wycinką - został zabity w 2012 roku, dziennikarz - Taing Try - w 2014 roku. W tym samym roku londyńscy prawnicy razem z dziesięcioma Khmerami wnieśli do Biura Prokuratora przy Międzynarodowym Trybunale Karnym w Hadze prośbę o rozpoczęcie dochodzenia, czy grabież ziemi i związane z nią skutki nie są zbrodnią przeciwko ludzkości. To pierwsze takie dochodzenie (na razie wstępne) w historii Trybunału. Jeszcze nie zaczęto postępowania karnego. W Kambodży kolejne firmy dostają koncesję na ziemię.

Z czym podawać jaszczurkę

Smakołyki z lokalnego targuSmakołyki z lokalnego targu fot. Kasia Boni

Historia o dobrym kogucie. Pewnego dnia młoda dziewczyna z wioski Kreung poszła do lasu nazbierać warzyw. Ale las był bardzo duży, dziewczynka zgubiła drogę. Ściemniało się, kiedy stanęła nad wielkim jeziorem. Zapłakana nie zauważyła wielkiego krokodyla. Zwierzę chwyciło ją i zaciągnęło do jaskini. "Zjem cię później" - warknęło. Dziewczynka leżała bez ruchu w kącie jaskini, kiedy usłyszała ciche skrobanie. Spojrzała w górę i zobaczyła mały otwór. To dziki kogut dziobał ziemię, szukając jedzenia. Dostrzegł uwięzioną dziewczynkę i powiększył otwór tak, żeby mogła się wydostać. Uradowana dziewczynka przyrzekła, że jej rodzina już nigdy nie zje dzikiego koguta.

Żeby odwiedzić mieszkające w głębi dżungli mniejszości etniczne, najpierw jadę kilka godzin skuterem po czerwonych, coraz węższych drogach, potem płynę promem przez rzekę i na koniec kilka godzin idę piechotą przez dżunglę (to znacznie dalej niż wioski mniejszości Brao, które zazwyczaj stoją przy drogach, na obrzeżu lasu). Wioska mniejszości Kavet, którą odwiedzam, to cztery domy, ale teraz mieszka tu jedna rodzina. Chatkę ustawili niedaleko strumienia, na polu posadzili ryż, słodkie ziemniaki, chili i trochę tytoniu, który później palą w ręcznie robionych fajkach. Raz na kilka lat, kiedy ziemia jałowieje, przenoszą się w nowe miejsce. Budują domy, wypalają fragment dżungli pod uprawę. Po kilku latach odchodzą - dają dżungli odpocząć. Przenoszą się tak kilkanaście razy w życiu.

Do chatki docieram pod wieczór. Rodzinę (mama, tata, czwórka dzieci i babcia) odwiedzają siostrzeńcy i wujkowie. Dwa tygodnie temu w dżungli zabili niedźwiedzia. Mięso uwędzili nad ogniem. Jedzą je z ryżem, a popijają winem ryżowym pędzonym przez ojca rodziny - Wata, żylastego mężczyznę z czupryną czarnych włosów. Dzisiaj mięso się kończy. Może za kilka tygodni znów coś upolują.

Chatka Yorn i Wata z mniejszości Kavet, w której spędziłam jedną noc podczas treku przez dżunglę.Chatka Yorn i Wata z mniejszości Kavet, w której spędziłam jedną noc podczas treku przez dżunglę. fot. Kasia Boni

Nad ranem, kiedy mam pójść głębiej w dżunglę, by poznawać różne właściwości drzew (w lianach oplatających jedno kryje się świeża woda, sok innego jest dobry na malarię, kora trzeciego pomaga na ból brzucha, a żywica czwartego płonie mimo deszczu) i nocować przy wodospadzie wśród gibonów, Wat i jego kuzyni też szykują się do drogi. Ostrzą noże, do woreczków upychają tytoń z solą - to mieszanka dobra na pijawki. Śniadanie jemy razem. Yorn, żona Wata, smaży na oleju pokrojoną w kawałki jaszczurkę. Dorzuca do niej trawę cytrynową i czosnek. Podaje ją z ryżem. Smakuje jak kurczak.

Yorn w ciąży nie jadła pędów bambusa, krabów, zielonych bananów ani oliwy. W połogu zabronione były: dynia, ogórek, przepękla i fasola. Przez piętnaście dni po porodzie jadła tylko ryż gotowany z imbirem i solą. Jej rodzina wyrzekła się mięsa dzikiego kurczaka. Wierzą, że kiedy go zjedzą, poważnie zachorują. Tradycja ciągle ma tutaj znaczenie. Ale Wat nie zajmuje się już uprawą, zostawił to Yorn. Kiedy może, dorabia, wycinając drzewa w lesie - ziemia potrzebna jest pod plantacje. Zarabia nawet do dziesięciu dolarów dziennie, a to ważniejsze niż zachowanie lasu. Wat marzy o telewizorze. Na razie mają tylko radio. Choć turyści płacą lepiej - nawet trzydzieści dolarów - to turystów ciągle tu za mało.

- Turyści? - pyta Wat. - Przychodzą tutaj, żeby zobaczyć biedę. Zatyka maczetę za pas i razem z kuzynami rusza w dżunglę.

Legendy mniejszości zostały zebrane przez pracowników z Health Unlimited i opublikowane w tekście "Food Taboos and Eating Habits amongst Indigenous People in Ratanakiri".

Mniejszości etniczne w Ratanakiri ciągle żyją w tradycyjny sposób.Mniejszości etniczne w Ratanakiri ciągle żyją w tradycyjny sposób. fot. Kasia Boni

Informacje praktyczne o Kambodży

 

Jak dojechać?

Z Polski nie ma bezpośrednich lotów do Kambodży. Najwygodniej jest lecieć do Bangkoku (np. bezpośrednim lotem czarterowym organizowanym przez Rainbow), a potem tanimi liniami (np.  Air Asia) do stolicy Kambodży Phnom Penh albo miasta Siem Reap obok Angkor Wat. Z obydwu miast codziennie odjeżdżają busiki do Banlung. Podróż trwa osiem godzin, kosztuje około 15 dolarów.

Gdzie mieszkać?

Jak na tak niewielkie miasteczko, stolica prowincji Ratanakiri - Banlung ma bardzo bogatą ofertę - ceny za nocleg wynoszą od 2 do prawie 100 dolarów. Polecam Treetop Ecolodge - drewniane chatki rozrzucone na zboczu wzgórza, a także Terres Rouges Lodge z bujnym ogrodem, basenem, antykami w głównym holu i domkami w khmerskim stylu.

Gdzie jeść?

Najpopularniejsze restauracyjki to Cafe Alee i Sal’s Restaurants. Z obydwu rozciąga się fantastyczny widok na zachodzące nad dżunglą słońce, serwują mieszankę jedzenia khmerskiego i zachodniego (turystyczna klasyka: burgery, spaghetti, tajskie zupy i khmerskie makarony). Świetnie zjeść można na lokalnym targu. Obok targu otworzyło się kilka khmerskich knajp - w Tanam serwują pożywne śniadania, a w Soup 63 podają nie tylko zupy.

Wycieczki do dżungli

W okolicach Banlung są bardzo popularne - wzdłuż głównej drogi miasta co chwila otwierają się nowe agencje turystyczne proponujące treki i nocowanie w domach ludzi z mniejszości etnicznych. Polecam Lucky Tours (http://luckytours4u.blogspot.com).