Silnik niespodziewanie przeszedł na jałowe obroty i jacht zakołysał się na falach. Oderwałem się od zmywania po śniadaniu i wyszedłem na pokład. Burta w burtę z nami stał poobijany kuter pomalowany dość niechlujnie szarą farbą.

- Hola! Marineros!

Wyszczerzyliśmy zęby w uśmiechach, a chilijscy rybacy - krępe, ogorzałe chłopaki - rzucili nam na pokład worek świeżo złowionych choglos, czyli małży świętego Jakuba. Jeden z rybaków sięgnął do worka, wyjął małża i urządził nam mały pokaz. Ostrym kozikiem otworzył muszlę. Trzy ruchy nożem i z drżącej, szarej masy wykroił zgrabny, jasny słupek, który ze smakiem zjadł. Cóż, najwyraźniej tak się to robi w Patagonii. Wypadało się odwdzięczyć. Nasz kapitan na moment zniknął w kabinie nawigacyjnej, a po chwili wyłonił się z paczką papierosów i butelką swojskiej orzechówki. Rybacy przywitali go gromkimi, entuzjastycznymi okrzykami, a po przekazaniu darów odpłynęli, machając do nas tak zawzięcie, jakby chcieli nas przytulić.

Wór przegrzebków leżał na pokładzie Selmy. Patrząc na stertę małży, zdałem sobie sprawę, że na jachcie nie mamy lodówki, więc to wszystko musimy zjeść dzisiaj. A co jest dzisiaj? Moja wachta kambuzowa. To będzie bardzo ciężki dzień

Kolacja dla wytrwałych

Na Selmę - 20-metrowy stalowy jacht przystosowany do żeglugi po zimnych wodach wokół biegunów - zamustrowałem się w chilijskim Puerto Montt. Kilka miesięcy wcześniej nasza łódź pod dowództwem kapitana Piotra Kuźniara pobiła rekord świata w żeglowaniu na najbardziej południowym akwenie świata - Morzu Rossa, wcinającym się głęboko w Antarktydę. Potem wyruszyła wokół obu Ameryk, przecisnęła się z Atlantyku na Pacyfik nad Kanadą i Alaską, a potem jednym halsem pomknęła do Chile. Ostatnim etapem tej wielkiej pętli był rejs fiordami Patagonii do Cieśniny Magellana i dalej, wokół Hornu na Atlantyk i do argentyńskiego portu Ushuaia.

Chłodny poranek w Patagonii -  na wodzie unoszą się fragmenty pobliskiego lodowcaChłodny poranek w Patagonii - na wodzie unoszą się fragmenty pobliskiego lodowca fot. selmaexpeditions.com

Rytm życia na lądzie i na jachcie to dwa zupełnie inne porządki. Cykl tygodniowy na morzu jest krótszy: trwa zaledwie pięć dni, a czas odmierzają kolejne czterogodzinne wachty. Zawsze jeden dzień pokładowego "tygodnia", zamiast za kołem sterowym i przy żaglach, spędza się w jachtowej kuchni - kambuzie. Wachtę pełni się na szczęście w dwuosobowych zespołach. Ma się więc w ten sądny dzień towarzysza niedoli.

Kim jest kuk?

Nasz kapitan ma w tej sprawie jednoznaczne poglądy: na Selmie kucharza traktuje się z szacunkiem. Nie ma mowy o pomiataniu, typowym dla stosunków międzyludzkich na niektórych żaglowcach. Kuk wstaje wcześniej od innych, robi śniadania, obiady i kolacje. Gotuje i podaje kawę i herbatę. Sprząta pokład, mesę i kingston - jachtową toaletę. Ale reszta załogi zwraca się do niego jak do szefa kuchni, a nie prostego kuchcika.

Menu bywa zróżnicowane, a zależy tyle od umiejętności i osobowości kucharzy, co od pogody i warunków na pokładzie. Na śniadanie, gdy jacht płynie po oceanie, wystarcza zazwyczaj prosta owsianka. A gdy bardziej buja, obiady i kolacje zjadają jedynie najbardziej zaprawieni w bojach. Reszta omija mesę szerokim łukiem. Ale kuk, choćby się waliło i paliło, musi być na stanowisku.

Gotowanie w tych warunkach ma w sobie coś z magii. Dwupalnikowa kuchenka pozornie wciąż huśta się na metalowych zawiasach, ale tak naprawdę jako jedyna zachowuje pion (i poziom) dzięki wbudowanemu żyroskopowi. To dlatego woda z garnków nie wylewa się mimo ostrego przechyłu i dzikich podskoków, gdy na szczytach wielkich jak kamienice fal wiatr gwałtownie uderza z siłą dwunastu stopni w skali Beauforta.

Wachta kambuzowa. Tak wygląda cała kuchnia pod pokładem.Wachta kambuzowa. Tak wygląda cała kuchnia pod pokładem. fot. selmaexpeditions.com

Na szczęście odkąd z burzliwego otwartego Pacyfiku wpłynęliśmy w zaciszne fiordy Patagonii, apetyty załodze zaczęły dopisywać. Dwuosobowy team kuków musiał teraz wyczarować nie tylko pożywny i smaczny obiad, lecz także sytą kolację. Na łodzi przez cały rejs mieliśmy swoistą rywalizację: który team zdobędzie większe uznanie. Bywało, że już dwa dni przed wachtą kambuzowe tandemy szeptały między sobą, wymieniając uwagi, rzucając pomysły. W tajemnicy przed konkurencją myszkowały po forpiku w poszukiwaniu a to awokado, a to śmietany do sosu, albo krytycznym okiem oceniały skrzynie z zapasami fantastycznej, południowoamerykańskiej wołowiny.

Rzeź mięczaków

Z moim towarzyszem z kambuzowej wachty, Krisem, też mieliśmy tego dnia pomysł na obiadowy hit. Ale teraz patrzyliśmy ze zgrozą na wielki wór muszli w kokpicie i dotarło do nas, że wszystkie nasze plany legły w gruzach.

- Przyrządzałeś już, oczywiście, przegrzebki i wiesz, co robić? - zapytałem Krisa z nadzieją. Pokiwał głową, ale bardziej na "nie" niż na "tak".

Na pokładzie mieliśmy na szczęście żeglarza z Tasmanii, który okazał się specjalistą od owoców morza. Potwierdził nasze najgorsze obawy. Tak jak podejrzewaliśmy, morskie stworzonka były wciąż żywe i do nas, oprawców, należało odebranie im życia. To od razu wyeliminowało z grona potencjalnych pomocników naszego kapitana, który jako morski biolog ze względów pryncypialnych odmówił mordowania małży (jakoś nie przeszkodziło mu to w zjedzeniu obiadu z dwiema dokładkami).

Na szczęście chętnych do podjęcia nierównej walki z mięczakami było na pokładzie pod dostatkiem. Entuzjazm niektórych wydawał się nawet nieco niepokojący. A łatwo nie było.

fot. selmaexpeditions.com

Żeby wykroić elegancki słupek soczystego, smakowitego mięsa, trzeba było najpierw podważyć nożem muszlę. Uwaga na palce! Małże - choć były na z góry straconej pozycji - walczyły zaciekle, na miarę swoich możliwości siłując się z nami i zatrzaskując muszle. Czubkiem noża trzeba było odciąć mięczaka od skorupki. A potem, korzystając z drugiej części muszli, wykroić mięso i wrzucić do dużej miski. Zanim w jutowym worku zobaczyliśmy dno, mordowanie małży wszystkim szło już całkiem sprawnie. Gdyby nie zimny deszcz, rzeź przegrzebków byłaby nawet relaksującą rozrywką.

fot. selmaexpeditions.com

W tym samym czasie Kris fachowo zrobił czosnkowo-śmietanowy sos i ugotował ryż. Kapitan sięgnął do tajnego składzika na rufie i wyciągnął butelkę doskonałego chilijskiego wina. Jeszcze tylko oczyściliśmy przegrzebki i po chwili z kambuza zaczął się dobywać intensywny zapach niczym z najlepszej restauracji.

 

Baza i wino

Uczta była wyborna, ale wykorzystaliśmy zaledwie połowę przegrzebków, a na następny dzień zostać nie mogły. Obraliśmy więc przegrzebki do końca i strudzeni spoczęliśmy na kilka minut w przypominających szuflady kojach, w kubryku.

- No i co teraz? - zapytał Kris. - Mamy kilka kilogramów przegrzebków i musimy je podać na kolację zupełnie inaczej. Może tym razem lekkostrawnie? - zaproponował. Cóż, łatwo powiedzieć.

-  Sos śmietanowy już był. Może tym razem w pomidorach na ostro? - rzuciłem pomysł.

- To ma być lekkostrawne -  upomniał mnie Kris. - Pomyśl lepiej, co będzie bazą potrawy - dorzucił. No tak, musimy w końcu wykarmić jedenastu chłopa.

-  Masz na myśli "zapychacz"? -  upewniłem się.

-  BAZĘ! -  powtórzył z naciskiem Kris.

-  No to może makaron? - zaproponowałem.

-  I co dalej? Tak na sucho? Z czego zrobisz sos? - zapytał Kris. Nie miałem pojęcia.
Przegrzebki pozbawione muszelek przypominały soczyste krewetki. Jak się podaje krewetki? Chyba z masłem i czosnkiem?

-  Może sklarujemy masło i dodamy przyrumieniony czosnek? - zaproponowałem nieśmiało.

- To wystarczy? - zapytał Kris. Wiadomo, że nie wystarczy.

- Dolejmy wina. Białego - odparłem. Kris spojrzał na mnie z namysłem.

- Wino jest zawsze dobre... - rzucił filozoficznie. - A potem deser. Koktajl z owoców - dodał. Pokiwaliśmy głowami. Mieliśmy plan.

- Za pół godziny cumujemy w małej zatoczce! - krzyknął z pokładu kapitan. - Ekipa pontonowa na pokład!

Kris poderwał się z koi i zaczął wciągać sztormiak. To on był szefem ekipy pontonowej. Służba nie drużba. Kolacją musiałem zająć się sam.

W forpiku odnalazłem warkocz aromatycznego czosnku. Sklarowałem masło i podsmażyłem pół główki. A, niech tam! Dodałem odrobinę wina, a gdy zabulgotało, wrzuciłem pierwszą partię przegrzebków. Na drugim palniku gotował się makaron.

Po dźwiękach rozpoznawałem kolejne fazy cumowania. Łoskot rzucanej kotwicy, motor pontonu rozwożącego cumy. Pokrzykiwania kapitana, który wskazywał z pokładu kolejne miejsca, gdzie można solidnie przywiązać Selmę do drzew i kamieni. Nagle zelektryzował mnie okrzyk: "Uwaga! Człowiek za burtą!". Z rozpaczą spojrzałem na aromatyczne, parujące przegrzebki. Za dosłownie pół minuty powinienem dodać je do odcedzonego makaronu. Wybiegłem na pokład. Jeden z naszych towarzyszy - Artur, na lądzie przedsiębiorca z Lublina - stał już na pokładzie w ociekającym wodą sztormiaku i wyjmował z czapki wodorosty. Poślizgnął się przy przesiadce z pontonu na jacht i zanurkował tuż przy burcie. Pod wodą był zaledwie kilka sekund. Ot, tyle, żeby sprawdzić szczelność sztormiaka. Bardziej był zdziwiony i rozbawiony niż przestraszony.

Gdy niebezpieczeństwo zostało zażegnane, posypały się grube męskie żarty. A na stół wjechała kolacja. Kapitan poszedł po kolejną butelkę wina. A potem po coś wyjątkowego, do deseru. Później podaliśmy Arturowi gitarę. W końcu był dzisiaj naszą syrenką, a na jego cześć nadaliśmy zatoce nową nazwę, co kapitan zapisał w dzienniku pokładowym. To był niezapomniany wieczór. I tylko kambuz sprzątaliśmy do północy.

fot. selmaexpeditions.com

Śniadanie wędrowców

Rankiem wiatr ustał niemal zupełnie. O wpół do siódmej zrzuciliśmy żagle i stanęliśmy w dryf. Byliśmy już daleko za granicą lądowego szelfu - otaczających kontynent płycizn. Od dna oddzielało nas półtora kilometra wody. Chmury na niebie nie przepuszczały słońca, a jacht wolno przewalał się z prawej burty na lewą.

Obok nas na wodzie usiadły albatrosy wędrowne. Dwa, trzy... sześć ptaków. Patrzyły na nas wyczekująco raz jednym, raz drugim okiem. Dziwne uczucie. Tak jak i my, czekały na wiatr, bez którego nie mogą szybować na skrzydłach. Ich rozpiętość - ponad trzy metry - czyni z albatrosów największe latające ptaki.

Światowa populacja tego gatunku to nie więcej niż 28 tysięcy -  tyle, co stałych mieszkańców Zakopanego. Albatrosy gniazdują w okolicach Georgii Południowej, a potem przemierzają tysiące mil, by zgromadzić pokarm dla pisklaków. Spotkania z albatrosami wędrownymi to zawsze wielkie emocje. Zazwyczaj zbliżają się do jachtu, szybując bez poruszania skrzydłami, niemal muskając biało upierzonymi brzuszkami czubki fal. Okrążały Selmę kilka razy, a potem szybowały dalej. Widywaliśmy je przez kilkanaście sekund, czasem minutę.

Ale teraz było inaczej. Flauta zaskoczyła je, tak jak nas, na środku oceanu. Podpłynęły do burty Selmy i patrzyły na nas z nadzieją. Nie bez racji. Kapitan podjął błyskawiczną decyzję: wydajemy albatrosom śniadanie!

Pobiegliśmy po okruchy chleba. Ale albatrosy to nie łabędzie w Łazienkach. Kapitan wyniósł na pokład dwa opakowania masła. Tak, to był przysmak podbiegunowych lotników! Szóstka ptaków, początkowo nieufnie, ale potem z coraz większą śmiałością dziobała rzucany na fale tłuszcz. Później na drugie danie poszło duże opakowanie parówek. Albatrosy z wdzięcznością patrzyły na naszego kapitana, ale między sobą walczyły zawzięcie o każdy kawałeczek mięsa. Z oddali z wyraźną zazdrością oglądały tę scenę pięknie upierzone warcabniki i maleńkie sztormowe petrelki Wilsona, które niczym kolibro-jaskółki krążyły nad falami, zawisając niekiedy w powietrzu i trzepocząc skrzydełkami. Jak one się tu znalazły? Do najbliższego wybrzeża mieliśmy dobre 70 mil!

Karmienie albatrosów  wędrownych na PacyfikuKarmienie albatrosów wędrownych na Pacyfiku fot. selmaexpeditions.com

Karmienie skończone. Kapitan zasnął, zakopany w śpiworze na swojej półeczce w kabinie nawigacyjnej. A Selma kołysała się miarowo w oczekiwaniu na północno-zachodni wiatr, który nas poprowadzi w kierunku Hornu.

Autor (z lewej) z Krisem - dwuosobowa wachta kambuzowa. W tle patagoński lodowiec.Autor (z lewej) z Krisem - dwuosobowa wachta kambuzowa. W tle patagoński lodowiec. fot. selmaexpeditions.com

Na zdjęciu powyżej: Autor (z lewej) z Krisem - dwuosobowa wachta kambuzowa. W tle patagoński lodowiec.