Cudzoziemcy w Polsce. Co kochają jeść? Czego się brzydzą? Wiemy, bo ich o to zapytaliśmy

Magda Wójcik
Przybyli do Polski z różnych stron świata i poznali polską kuchnię. Jakie są ich wrażenia po tej konfrontacji? Co uwielbiają, a czego przełknąć nie mogą?
fot. Mariusz Skwarczek/AG fot. Mariusz Skwarczek/AG

Cudzoziemcy w Polsce. Co kochają jeść? Czego się brzydzą? Wiemy, bo ich o to zapytaliśmy

Przybyli do Polski z różnych stron świata i poznali polską kuchnię. Jakie są ich wrażenia po tej konfrontacji? Co uwielbiają, a czego przełknąć nie mogą?

Polacy i mięso to poważny związek

Joseph Di Blasi od czterech lat mieszka w Krakowie. Pochodzi z rodziny o włoskich korzeniach, wychowywał się w Kalifornii, a zanim przeprowadził się do Polski na 10 lat, zatrzymał się w Norwegii. W Krakowie zajmuje się importem win naturalnych. Pierwszy zachwyt nad polskim jedzeniem wywołał w nim czysty barszcz z dodatkiem wywaru z suszonych grzybów i uszkami.

- Przepadam za uwielbianym przez Polaków mięsem, ale podawanie go już na śniadanie jest przesadą - śmieje się Joseph i dodaje, że rano woli zjeść jogurt, omlet albo kromkę chleba z masłem orzechowym. Jego mama jest Włoszką, więc przywykł do mniejszych śniadań.

- Polacy i mięso to zresztą poważny związek - dodaje Joseph. - Nie wypada podać obiadu bez mięsa. Kiedy zaprosiłem znajomych na pięciodaniową kolację, tak się złożyło, że bezmięsną, skwitowali tylko "o, to było całkiem dobre, mimo że bez mięsa". Imponuje mi, że Polacy ciągle przyrządzają mięso sami, od podstaw. W niedzielę regularnie słyszę dźwięk rozbijanego kotleta w mieszkaniach moich sąsiadów - mówi i dodaje, że jego zdaniem w naszym kraju bardzo dba się o celebrowanie posiłków i kulturę jedzenia. - Polacy jadają razem, przy stole, a nie w biegu, korzystając z gotowych dań ze sklepu. Włoska część mojej duszy bardzo się z tego cieszy - kwituje.

Joseph regularnie odwiedzał Polskę od 2006 roku.

- Widzę, jak bardzo zmienia się kulinarnie. "Wysoka" kuchnia podąża w tym samym kierunku co w świecie zachodnim - poszukiwania lokalnych produktów najlepszej jakości, czy ograniczania ilości na talerzu zgodnie z maksymą "less is more". Chociaż to ostatnie czasem nie wychodzi. Nie rozumiem, dlaczego szefowie kuchni nie mogą oprzeć się pokusie, aby w jednym daniu wykorzystywać np. smaki kilku owoców. Być może to ogólna polska miłość do słodkiego smaku w potrawach i zapominanie o balansie z kwasowością? - zastanawia się Joseph i opisuje, że w Norwegii problem był dokładnie odwrotny. Cieszy go też, że coraz więcej restauracji ze średniej półki przykłada się do jakości potraw i wychodzi poza kilka klasycznych polskich dań.

- Kraków przypomina mi Bergen - miasto kulinarnie ciągle w cieniu Oslo - aż tu nagle kilku wariatów, swoją koncepcją dotyczącą kuchni, wyrwało miasto ze stagnacji i nudy. W turystycznym Krakowie takich miejsc z wizją jest niewiele: "Youmiko", "Ka Udon", "Lipowa 6F", zmieniający ostatnio swoją funkcję "Twój Kucharz", ale pokazują zupełnie inny kierunek i uparcie trwają przy swoich pomysłach. Niestety zmiana nie nastąpi szybciej z dwóch powodów: wysokich czynszów oraz kosztów zatrudnienia - diagnozuje Joseph.

Zapytany o to, czy coś go w naszej kuchni zniesmaczyło, długo się zastanawia.

- Jestem bardzo otwarty na wszelakie doznania, więc żadne z polskich dań specjalnie mnie nie dziwi. No, może karp po żydowsku albo galaretka z ryby są dyskusyjne. Z drugiej strony, dobrze zrobiona galaretka podana z octem. Znów mówimy o odpowiednim balansie smaku - stwierdza i dodaje, że dla osoby z jego kulinarnym bagażem kapitalne są polskie desery - mało słodkie i smakujące tym, z czego są zrobione.

- Świetne są zupy, ale dlaczego we wszystkich jest śmietana? Dodajecie ją do grzybowej, pomidorowej, jarzynowej. Bez śmietany i mięsa nie ma posiłku, szczególnie w tanich restauracjach podających tradycyjne dania - kwituje Joseph, który spośród polskich zup najbardziej lubi żurek i barszcz. - Przepadam też za kiszonkami, ale jeszcze nie odważyłem się kisić kapusty samodzielnie. Bardzo podoba mi się w Polsce również to, że wiele rzeczy - jak przetwory i kiszonki - nadal robi się samodzielnie w domach, a niektórzy przygotowują nawet własne wędliny. Jest też sporo małych producentów, u których można znaleźć obłędnie dobre sery czy inne produkty. Właśnie takiej "domowej" jakości.

1
fot. Mariusz Skwarczek/AG fot. Mariusz Skwarczek/AG

Bigos pachnący kimchi

Mira Park od ośmiu lat mieszka w Krakowie. Trafiła tu prosto z Korei wraz z dwoma kilkuletnimi synami i mężem Koreańczykiem, który pracuje dla jednej z międzynarodowych korporacji. Obecnie Mira udziela się w kulinarnym kolektywie Eataway i regularnie gości w swoim domu spragnione koreańskich smaków osoby.

Jej przygoda z polską kuchnią zaczęła się od tęsknoty za Koreą.

- Prowadziłam swoje dzieci do szkoły i poczułam na ulicy wyraźny zapach kimchi - wspomina Mira. - Wracając nadal czułam tę woń i stwierdziłam, że w okolicy musi mieszkać koreańska rodzina. Postanowiłam ją odnaleźć. Nos zaprowadził mnie do baru mlecznego, gdzie podawano bigos - śmieje się Mira i dodaje, że jego smak i wygląd w niczym nie przypominały już koreańskiego gulaszu z kimchi, mimo to bigos do dziś jest jej ulubionym polskim daniem. Stał się ersatzem kimchi przez pierwsze trzy miesiące pobytu w Krakowie, kiedy to Mira czekała, aż firma przeprowadzkowa przywiezie jej specjalną lodówkę do fermentowania kimchi, którym obecnie podprawia swoją wersję polskiego bigosu.

- Zakochałam się też w żurku, chociaż jest zaprzeczeniem lekkich koreańskich zup. Teraz to moje ulubione danie, gdy jeździmy na narty, ale zamawiam go jedynie z jajkiem i ziemniakami, kiełbasa to już dla mnie za wiele - uśmiecha się Koreanka.

Smak i zapach wędzonych produktów był dla niej zupełną nowością. Poznała go pijąc wigilijny kompot z suską sechlońską, czyli tradycyjną w Małopolsce wędzoną śliwką.

- My również robimy podobny kompot, ale z cynamonu, imbiru i suszonych daktyli. Zawsze wywołuje uśmiech u moich polskich gości, bo przypomina im święta - mówi Mira.

Najmniej przypadł jej do gustu smalec.

- Wygląda dość smakowicie, ale jest zbyt tłusty i ciężki. Po zjedzeniu kromki poczułam się, jakby ktoś zakleił mi tłuszczem żołądek - wspomina.

Niezrozumiałe jest również dla niej to, że Polacy tak dużo solą. Obok słodkiego smaku to dominujące skojarzenie z polską kuchnią.

- Żałuję też, że w Polsce je się tak mało warzyw. Zazwyczaj podaje się kilka tych samych, przygotowanych w dość nudny sposób, najczęściej ugotowanych w wodzie, podczas gdy można przyrządzić je na parze lub podsmażyć i w ten sposób lepiej zachować ich smak.

Powodem do zdziwienia były także polskie ciasta.

- Uwielbiam kremówkę, chociaż na początku nie mogłam poradzić sobie z jej rozmiarem i ilością kremu. To dlatego, że w Korei desery to zazwyczaj owoce i ciastka ryżowe. Fascynujące jest też dla mnie to, że mimo tylu dostępnych i wszechobecnych słodyczy Polki są takie zgrabne - śmieje się Mira.

Polskie dania zadomowiły się w kuchni Miry. Jej dzieci wychowały się w Polsce i kochają smaki, które dla niej nie są do końca zrozumiałe, na przykład pierogi z jagodami. Z kolei mąż jest częstym gościem pobliskiej Golonkarni.

- Często przygotowuję łazanki, pierogi ruskie, z mięsem i kapustą oraz kluski śląskie. Kiedyś, podczas wspólnego gotowania z polskimi znajomymi, miałam przygotować właśnie te ostatnie. Wszyscy uznali, że to były najlepsze kluski jakie jedli - mówi z dumą Mira i dodaje, że część polskich przepisów robi na koreańską modłę. -  Przede mną jeszcze gołąbki korean style - z kimchi!

2
fot. Mariusz Skwarczek/AG fot. Mariusz Skwarczek/AG

Z miłości do żurku

Gruzinka Ketevan Prangulaishvili przyjechała do Krakowa na studia dzięki stypendium dla młodych naukowców. Mieszka tu już pięć lat i niebawem będzie mogła się pochwalić dyplomem z marketingu. Dwukrotnie została wybrana Młodym Ambasadorem Gruzji w Polsce, a obecnie zajmuje się między innymi promocją gruzińskich win.

- Kulinarne skojarzenie z Polską? Kanapka! - śmieje się Keti. - W Gruzji potrawy nie są przyporządkowane do posiłków. W Polsce z jednej strony wygląda to inaczej, ale z drugiej - o każdej porze możesz zjeść kanapkę - wyjaśnia Gruzinka i dodaje, że nad Wisłą je się ogromne ilości mięsa, a także kapusty i ziemniaków.

Keti zaznacza, że jeżeli chodzi o zupy, nie będzie oryginalna. Tak jak i wszyscy jej znajomi mieszkający w Polsce Gruzini, kocha żurek.

- Trochę przypomina mi gruzińską zupę chikhirtma, której jednym ze składników też jest mąka. I zupełnie jak chikhirtma, jest świetny następnego dnia po hucznej imprezie. W ogóle polskie zupy są bezkonkurencyjne. Podobnie zresztą, gdy mówimy o ciastach. Sernik, szarlotka z krakowskich cukierni. - rozaniela się Keti i dodaje, że najbardziej w polskich wypiekach docenia to, że nie są przesadnie słodkie.

- Lubię też pierogi z mięsem, które są dalekimi kuzynami naszych chinkali. Tyle, że my używamy surowego farszu, więc mięso wypuszcza swoje soki do środka. Ale moim ulubionym drugim daniem w Polsce są placki ziemniaczane, usmażone tak, by były chrupiące, podane z sosem pieczarkowym.

Keti tęskni za smakiem gruzińskich owoców i warzyw oraz ziół - typowej dla gruzińskiej kuchni kolendry i estragonu.

- To, co wypełnia półki supermarketów kojarzy mi się z plastikiem - tłumaczy. - Nie ma smaku, nie pachnie. Na szczęście w sezonie na placach targowych jest z czego wybierać. Chociaż nawet kupionym na targu ogórkom daleko jest do intensywności smaku tych gruzińskich. Za to macie wiele rodzajów pieczywa. Bardzo lubię polskie chleby. W Gruzji powoli przywraca się dawne receptury, ale nadal wybór jest nieporównywalnie mniejszy.

W naszej kuchni zdziwił ją tatar.

- Do tej pory nie do końca oswoiłam się z pomysłem jedzenia surowego mięsa wymieszanego z surowym żółtkiem i cebulą - wzdryga się Keti.

Kolejnym zaskoczeniem był dla niej bigos. Na początku połączenie kiszonej kapusty na ciepło z mięsem do niej nie przemawiało, ale znajomy wytłumaczył jej, że nie powinna się zrażać i musi spróbować domowego bigosu.

- To było zupełnie inne danie! I często jest tak, że w restauracji jakaś polska potrawa mi nie smakuje, ale podczas odwiedzin w domach znajomych już tak - mówi Keti.

Jedną z restauracji, w których przekonała się, że polska kuchnia bardzo jej smakuje jest "Rączka gotuje" w Wodzisławiu Śląskim. Najbardziej jednak lubi jeść w domach znajomych i docenia polską gościnność.

- Nie zdarzyło mi się spędzić samotnie Wigilii, często jestem też zapraszana na rodzinne obiady - opowiada Keti. - W Gruzji zasiada się do ciężkiego od półmisków stołu, samemu nakłada się porcje, a zostawienie czegoś na talerzu jest nietaktem. W Polsce również, ale dostajesz pełną miskę zupy, a potem jeszcze musisz zjeść drugie danie i zmieścić deser pod czujnym okiem gospodyni. Szybko nauczyłam się prosić o małe porcje.

3
fot. Mariusz Skwarczek/AG fot. Mariusz Skwarczek/AG

Babcine pierogi, mamine flaczki

Ali Hanki, syn Polki i Syryjczyka, do Polski przyjechał jako 17-latek. Chciał uniknąć w Syrii przymusowej służby wojskowej. 30-letni dziś Ali mieszka w Krakowie z żoną Syryjką i prowadzi Mazaya Falafel - maleńki, kultowy wśród krakowskich wegan punkt, w którym smaży falafele i podaje hummus. Gdy Ali zaczyna opowiadać o polskim jedzeniu, słowo "babcia" pada prawie w każdym zdaniu.

- Przyjechałem do Polski i nie znałem języka - opowiada. - Nie potrafiłem zrobić sam zakupów, jadłem więc to, co robiła babcia. Byłem na to poniekąd skazany, bo jestem muzułmaninem i nie jem wieprzowiny, a ona jest wszechobecna w kuchni polskiej. Teraz też rzadko zdarza mi się jadać w polskich restauracjach, jednak z innego nieco powodu. Kuchnia polska jest delikatna. Kiedy ktoś robi, byle zrobić - bez serca i wyczucia - to bywa, że dania są niedoprawione, tłuste, bez smaku. Ale jeśli ktoś lubi gotować, te same potrawy są mistrzowskie - dodaje Ali.

Dla niego wzorcem kuchni polskiej jest więc domowa kuchnia babci, szczególnie wybitne pierogi z kapustą i grzybami albo ruskie, rosół gotowany z przypaloną na ogniu cebulą i ziemniaczane purée.

- Babcia często robiła mi purée, dobrze je doprawiała, dodawała masło i mleko - wspomina. - Do tego, dla mnie panierowany kotlet z indyka, dla niej schabowy. I mizeria.

Inne jego ulubione dania to barszcz, ogórkowa i gołąbki w sosie pomidorowym.

- W Syrii robi się je z baraniną i inaczej doprawia, często owija liśćmi winogron - dodaje Ali i mówi, że nie rozumie, dlaczego w Polsce tak nieciekawie traktuje się ryż. -  Osolona woda, woreczek ryżu i na talerz. Szkoda, bo tak przygotowany ryż jest często breją bez smaku - wyjaśnia.

Kiedy wyprowadził się od babci, zamieszkał z kolegą. Wtedy jego głównymi posiłkami były kanapki.

- Polskie pieczywo jest świetne, tylko trzeba wiedzieć, gdzie je kupić - mówi Ali. - Lubię szczególnie chleb z ziarnami i grahamki. Do tego dużo masła, tak jak robi babcia. Na wierzch ser żółty i wędlina z indyka. Przyrządzam też twaróg z papryką, cebulą, przyprawami i jajecznicę. To zestaw, który kojarzy mi się z mieszkaniem u babci i tak wyglądają teraz nasze domowe śniadania. Obiady jemy już bardziej arabskie, bo moja żona nie ma odwagi gotować i próbować kuchni polskiej.

Kilka lat temu rodzina Alego przeniosła się do Polski.

- Moja mama, która w Syrii gotowała arabskie potrawy, po powrocie do Warszawy, gdzie mieszka z babcią, od razu przestawiła się na polskie. Kiedy odwiedza mnie w Krakowie, zawsze jemy flaki - mówi Ali. W Warszawie spotykają się na Wigilii. - Nie znoszę jedynie ryby w galarecie - śmieje się.

4
Więcej na ten temat: barszcz, cudzoziemcy, kuchnia polska, schabowy, zupy