Canale du Midi. Wakacje bez pośpiechu

Katarzyna Boni
Powoli przesuwamy się po wodach kanału. Mijamy zamki, winnice i średniowieczne miasteczka. Nie zwiedzamy ich jednak, a wychodząc na ląd, zaglądamy do knajpek, sklepików i na targowiska, gdzie czuć zapachy południa Francji
Fot. Shutterstock/Delpixel Fot. Shutterstock/Delpixel

Letni dom na barce

Siadam na metalowym krześle ustawionym na wąskim chodniku. Na śniadanie zatrzymuję się w jedynej kawiarni w miasteczku Redorte, zbudowanym z jasnego kamienia. Okiennice domów mają tu pastelowe kolory, a po ścianach pną się róże. Kawiarnia to tak naprawdę piekarnia, do której przyciąga zapach świeżo upieczonych croissantów. Oferta specjalna - śniadanie za trzy euro. W cenie sok pomarańczowy, kawa i pain au chocolat z dużą ilością roztopionej czekolady w środku. Oprószony mąką od stóp do głów piekarz śmieje się: "Usiądź, odpocznij, zaraz wszystko przyniosę". I przez dziesięć minut strasznie męczy się z ekspresem. Pewnie nikt tu nie przychodzi na kawę, a ludzie wpadają tylko po bagietki i zamienić kilka słów. Wystawiam twarz do słońca. I choć kawa to straszna lura (ekspres rzeczywiście od dawna nie był używany), nie przejmuję się tym. Siedzę sobie spokojnie, nigdzie się nie spiesząc. Podoba mi się to senne miasteczko, w którym nic się nie dzieje, a ludzie mają czas, żeby porozmawiać z piekarzem o zdrowiu jego kota. Piekarz pozdrawia każdego przechodnia. Fruwają mi te "bon jour" i "bon journée" nad głową. Zapowiada się naprawdę miły dzień.

Kupuję bagietki na wieczorną kolację i wsiadam na rower. Po drodze zatrzymuję się jeszcze w miejscowej kooperatywie. W wielkich halach przechowuje się wino produkowane przez lokalnych farmerów. Sprzedają je na baniaki. Litr różowego kosztuje cztery euro. Zabieram dwa baniaki i wracam do domu.
Dom to niewielka barka, którą przez tydzień pływamy po południu Francji. Mieści się w niej wszystko. Mamy dwie sypialnie, dwie łazienki z prysznicem, niewielką kuchnię z piekarnikiem i lodówką, w której chłodzi się wino. Jest nieduży salon i moje ulubione miejsce ? taras, czyli górny pokład, z którego oglądam powoli przesuwający się krajobraz. Maksymalna prędkość to osiem kilometrów na godzinę, choć zazwyczaj płyniemy wolniej. Często wyprzedzają nas piesi, którzy wybrali się na spacer brzegiem kanału. A my mamy czas, żeby obserwować detale: krzaki lawendy pod beżowym murem, cyprysy wokół niewielkiego pałacu, koty wygrzewające się na kamiennych nagrobkach cmentarza położonego na wzgórzu, białe oleandry rosnące przy moście. Mijamy porty pełne ludzi popijających aperitif w nadbrzeżnych kafejkach i drewniane pomosty prowadzące do winnic ? czasem

Siadam na metalowym krześle ustawionym na wąskim chodniku. Na śniadanie zatrzymuję się w jedynej kawiarni w miasteczku Redorte, zbudowanym z jasnego kamienia. Okiennice domów mają tu pastelowe kolory, a po ścianach pną się róże. Kawiarnia to tak naprawdę piekarnia, do której przyciąga zapach świeżo upieczonych croissantów. Oferta specjalna - śniadanie za trzy euro. W cenie sok pomarańczowy, kawa i pain au chocolat z dużą ilością roztopionej czekolady w środku. Oprószony mąką od stóp do głów piekarz śmieje się: "Usiądź, odpocznij, zaraz wszystko przyniosę". I przez dziesięć minut strasznie męczy się z ekspresem. Pewnie nikt tu nie przychodzi na kawę, a ludzie wpadają tylko po bagietki i zamienić kilka słów. Wystawiam twarz do słońca. I choć kawa to straszna lura (ekspres rzeczywiście od dawna nie był używany), nie przejmuję się tym. Siedzę sobie spokojnie, nigdzie się nie spiesząc.

Codzienne śniadanie: świeże croissanty, chrupiące bagietki, pasztet z królika, miejscowe sery.

Fot. Katarzyna Boni

Podoba mi się to senne miasteczko, w którym nic się nie dzieje, a ludzie mają czas, żeby porozmawiać z piekarzem o zdrowiu jego kota. Piekarz pozdrawia każdego przechodnia. Fruwają mi te "bon jour" i "bon journée" nad głową. Zapowiada się naprawdę miły dzień. Kupuję bagietki na wieczorną kolację i wsiadam na rower. Po drodze zatrzymuję się jeszcze w miejscowej kooperatywie. W wielkich halach przechowuje się wino produkowane przez lokalnych farmerów. Sprzedają je na baniaki. Litr różowego kosztuje cztery euro. Zabieram dwa baniaki i wracam do domu.

Dom to niewielka barka, którą przez tydzień pływamy po południu Francji. Mieści się w niej wszystko. Mamy dwie sypialnie, dwie łazienki z prysznicem, niewielką kuchnię z piekarnikiem i lodówką, w której chłodzi się wino. Jest nieduży salon i moje ulubione miejsce - taras, czyli górny pokład, z którego oglądam powoli przesuwający się krajobraz. Maksymalna prędkość to osiem kilometrów na godzinę, choć zazwyczaj płyniemy wolniej. Często wyprzedzają nas piesi, którzy wybrali się na spacer brzegiem kanału. A my mamy czas, żeby obserwować detale: krzaki lawendy pod beżowym murem, cyprysy wokół niewielkiego pałacu, koty wygrzewające się na kamiennych nagrobkach cmentarza położonego na wzgórzu, białe oleandry rosnące przy moście. Mijamy porty pełne ludzi popijających aperitif w nadbrzeżnych kafejkach i drewniane pomosty prowadzące do winnic - czasem siedzi na nich para z otwartą butelką czerwonego wina. Na noc cumujemy w cieniu platanów lub pod rozłożystymi dębami, których korzenie zabezpieczają brzegi kanału. Każdego dnia mamy inny widok z sypialni.

1
Fot. Shutterstock/Pecold Fot. Shutterstock/Pecold

Ca­nal du Mi­di - tro­chę hi­sto­rii

Na­sza tra­sa pro­wa­dzi z nie­wiel­kie­go mia­ste­czka u pod­nó­ża zam­ku Ar­gens-Mi­ner­vo­is do in­ne­go nie­wiel­kie­go mia­ste­czka sto osiem­na­ście ki­lo­me­trów na za­chód ? Négra. Pły­nie­my po Ca­nal du Mi­di, in­ży­nie­ryj­nym cu­dzie tech­ni­ki z XVII wie­ku, wpi­sa­nym na li­stę UNE­SCO. Bu­do­wa ka­na­łu, któ­ry łą­czył­by Mo­rze Śró­dziem­ne z Oce­a­nem At­lan­tyc­kim, by­ła ma­rze­niem ce­sa­rzy i kró­lów, ale wszy­scy re­zy­gno­wa­li z pla­nów, kie­dy po­zna­wa­li kosz­ty przed­sięw­zię­cia. Na­wet Le­o­nar­do da Vin­ci, któ­re­go po­pro­szo­no o stwo­rze­nie pro­jek­tu, nie prze­ko­nał wład­ców do kosz­tow­nej in­we­sty­cji. W XVII wie­ku pod­ję­to ko­lej­ne pró­by, ale in­ży­nie­ro­wie uwa­ża­li, że wznie­sie­nia na dro­dze po­mię­dzy mo­rzem a oce­a­nem są nie do po­ko­na­nia, a ka­na­ło­wi bę­dzie bra­ko­wać wo­dy. Cze­go nie mo­gli do­ko­nać in­ży­nie­ro­wie, uda­ło się po­bor­cy po­dat­ku sol­ne­go z Béziers ? Pa­u­lo­wi Ri­qu­et. Stwier­dził, że naj­le­piej bę­dzie po­łą­czyć śró­dziem­no­mor­skie mia­sto S?te z rze­ką Ga­ron­ną (pod Tu­lu­zą), któ­ra wpły­wa do At­lan­ty­ku. Prob­lem róż­ni­cy wy­so­ko­ści po­ko­nał dzię­ki sy­ste­mo­wi śluz. Do swo­jej wi­zji na­mó­wił Lud­wi­ka XIV. Du­że zna­cze­nie mia­ło to, że Ri­qu­et wy­ło­żył włas­ne pie­nią­dze na bu­do­wę ka­na­łu za­si­la­ją­ce­go, któ­ry do­pro­wa­dzał nie­zbęd­ną wo­dę z po­bli­skich gór. Za­chę­co­ny Lud­wik XIV za­trud­nił dwa­na­ście ty­się­cy ro­bot­ni­ków i mia­no­wał Ri­qu­e­ta głów­nym in­ży­nie­rem. Ten był na ty­le upar­ty, że kie­dy na dro­dze sta­wa­ła mu gó­ra, prak­tycz­nie wy­sa­dzał ją w po­wie­trze ? pod­czas bu­do­wy ka­na­łu zu­ży­to wię­cej pro­chu niż na po­lu któ­rej­kol­wiek z ów­czes­nych bi­tew (a pra­wie dwu­stu­me­tro­wy tu­nel pod gó­rą Enséru­ne to pier­wsze te­go ty­pu roz­wią­za­nie na świe­cie).
Ri­qu­et nie zo­ba­czył ba­rek peł­nych to­wa­rów pły­wa­ją­cych po ka­na­le ? umarł kil­ka mie­się­cy przed je­go otwar­ciem, po szes­na­stu la­tach pla­no­wa­nia, ko­pa­nia, wy­sa­dza­nia, wy­bu­rza­nia i po­pra­wia­nia. Ale te dwie­ście czter­dzie­ści je­den ki­lo­me­trów zmie­ni­ło ca­łą gos­po­dar­kę Fran­cji. Bar­ki wy­peł­nio­ne zbo­żem, be­czka­mi su­szo­nych ryb, mar­syl­skim my­dłem, so­lą, weł­ną i oczy­wi­ście wi­nem nie mu­sia­ły już kur­so­wać przez Cieś­ni­nę Gi­bral­tar­ską. Za­osz­czę­dzo­no nie tyl­ko czas, ale i pie­nią­dze.
Już wte­dy ka­nał był wy­ko­rzy­sty­wa­ny ja­ko spo­sób trans­por­tu dla lu­dzi. Po­dróż z po­łud­nia Fran­cji w gó­rę ? do Tu­lu­zy ? zaj­mo­wa­ła czte­ry dni. Bar­ki pa­sa­żer­skie nie prze­pły­wa­ły przez pod

Na­sza tra­sa pro­wa­dzi z nie­wiel­kie­go mia­ste­czka u pod­nó­ża zam­ku Ar­gens-Mi­ner­vo­is do in­ne­go nie­wiel­kie­go mia­ste­czka sto osiem­na­ście ki­lo­me­trów na za­chód - Négra. Pły­nie­my po Ca­nal du Mi­di, in­ży­nie­ryj­nym cu­dzie tech­ni­ki z XVII wie­ku, wpi­sa­nym na li­stę UNE­SCO. Bu­do­wa ka­na­łu, któ­ry łą­czył­by Mo­rze Śró­dziem­ne z Oce­a­nem At­lan­tyc­kim, by­ła ma­rze­niem ce­sa­rzy i kró­lów, ale wszy­scy re­zy­gno­wa­li z pla­nów, kie­dy po­zna­wa­li kosz­ty przed­sięw­zię­cia. Na­wet Le­o­nar­do da Vin­ci, któ­re­go po­pro­szo­no o stwo­rze­nie pro­jek­tu, nie prze­ko­nał wład­ców do kosz­tow­nej in­we­sty­cji. W XVII wie­ku pod­ję­to ko­lej­ne pró­by, ale in­ży­nie­ro­wie uwa­ża­li, że wznie­sie­nia na dro­dze po­mię­dzy mo­rzem a oce­a­nem są nie do po­ko­na­nia, a ka­na­ło­wi bę­dzie bra­ko­wać wo­dy.

Cze­go nie mo­gli do­ko­nać in­ży­nie­ro­wie, uda­ło się po­bor­cy po­dat­ku sol­ne­go z Béziers - Pa­u­lo­wi Ri­qu­et. Stwier­dził, że naj­le­piej bę­dzie po­łą­czyć śró­dziem­no­mor­skie mia­sto Sete z rze­ką Ga­ron­ną (pod Tu­lu­zą), któ­ra wpły­wa do At­lan­ty­ku. Prob­lem róż­ni­cy wy­so­ko­ści po­ko­nał dzię­ki sy­ste­mo­wi śluz. Do swo­jej wi­zji na­mó­wił Lud­wi­ka XIV. Du­że zna­cze­nie mia­ło to, że Ri­qu­et wy­ło­żył włas­ne pie­nią­dze na bu­do­wę ka­na­łu za­si­la­ją­ce­go, któ­ry do­pro­wa­dzał nie­zbęd­ną wo­dę z po­bli­skich gór. Za­chę­co­ny Lud­wik XIV za­trud­nił dwa­na­ście ty­się­cy ro­bot­ni­ków i mia­no­wał Ri­qu­e­ta głów­nym in­ży­nie­rem. Ten był na ty­le upar­ty, że kie­dy na dro­dze sta­wa­ła mu gó­ra, prak­tycz­nie wy­sa­dzał ją w po­wie­trze - pod­czas bu­do­wy ka­na­łu zu­ży­to wię­cej pro­chu niż na po­lu któ­rej­kol­wiek z ów­czes­nych bi­tew (a pra­wie dwu­stu­me­tro­wy tu­nel pod gó­rą Enséru­ne to pier­wsze te­go ty­pu roz­wią­za­nie na świe­cie).

 

Śluza D'Aiguille niedaleko miasta Puichéric.

Fot. Shutterstock/Pecold

 

 

Ri­qu­et nie zo­ba­czył ba­rek peł­nych to­wa­rów pły­wa­ją­cych po ka­na­le - umarł kil­ka mie­się­cy przed je­go otwar­ciem, po szes­na­stu la­tach pla­no­wa­nia, ko­pa­nia, wy­sa­dza­nia, wy­bu­rza­nia i po­pra­wia­nia. Ale te dwie­ście czter­dzie­ści je­den ki­lo­me­trów zmie­ni­ło ca­łą gos­po­dar­kę Fran­cji. Bar­ki wy­peł­nio­ne zbo­żem, be­czka­mi su­szo­nych ryb, mar­syl­skim my­dłem, so­lą, weł­ną i oczy­wi­ście wi­nem nie mu­sia­ły już kur­so­wać przez Cieś­ni­nę Gi­bral­tar­ską. Za­osz­czę­dzo­no nie tyl­ko czas, ale i pie­nią­dze. Już wte­dy ka­nał był wy­ko­rzy­sty­wa­ny ja­ko spo­sób trans­por­tu dla lu­dzi. Po­dróż z po­łud­nia Fran­cji w gó­rę - do Tu­lu­zy - zaj­mo­wa­ła czte­ry dni. Bar­ki pa­sa­żer­skie nie prze­pły­wa­ły przez podwójne i potrójne śluzy, lecz dopływały do nich, wysadzały pasażerów na brzeg i zawracały. Ludzie z tobołami w rękach sami musieli pokonać schody przy śluzie. Na górze czekała na nich kolejna barka. I tak dwadzieścia pięć razy na całej trasie. My na szczęście nie musimy wysiadać. Czekamy, aż otworzą się potężne drewniane wrota.

Wpływamy do środka, dookoła nas szare kamienie, przed nami kolejne wrota. Śluza powoli napełnia się wodą. Robi się z tego niezły wodospad, a my unosimy się coraz wyżej. Naszym oczom ukazuje się widok na kanał i szpaler drzew rosnący wzdłuż jego brzegu.

2
Fot. Katarzyna Boni Fot. Katarzyna Boni

Miejscowe specjały

P rzy każdej śluzie stoi kamienny domek z drewnianymi pomalowanymi na turkusowo okiennicami i tabliczką z informacją, ile kilometrów dzieli nas od następnej śluzy. Kiedyś w tych domkach mieszkali strażnicy, dziś przyjeżdżają tylko na czas pracy, a domki zamieniły się w małe sklepiki albo niewielkie kawiarnie. Dostaniemy tu domowe dżemy, suszoną lawendę i miejscowe wino. Białe z okolic Béziers świetnie pasuje do ostryg kupionych na miejscowym targu. Czerwone, z winogron zebranych na stokach regionu Minervois (skąd zaczęliśmy naszą podróż barką na zachód), ma delikatny posmak tymianku i lawendy ? podkreśla smak pasztetu z królika, lokalnego specjału. Dalej na zachód wina z regionu Fitou nabierają mocnego smaku oraz zapachu wawrzynu i goździków. Bezimienne białe wino kupione w jednej ze śluz dodaje smaku risottu, które gotujemy, używając miejscowego ryżu. Farmerzy wykorzystali kanał zasilający zbudowany przez Riqueta do nawadniania pól. Od 1851 roku sadzą ryż w okolicach miasteczka Marseillette. W portowych sklepach można kupić odmianę o długich ziarnach,  świetną do sałatki na popołudniowy lunch, i o okrągłych, doskonałą na risotto, które warto ugotować w chłodniejszy dzień pod wieczór, stopniowo dolewając rosołu do wolno gotującego się ryżu, aż ten stanie się miękki. A na koniec dorzucając podsmażone na patelni cukinie i bakłażany kupione na porannym targu albo garść owoców morza, które są w każdym supermarkecie.
Choć płyniemy powoli, to każdego dnia widzimy coś innego ? zamiast krzaków winorośli pojawiają się słoneczniki i pszenica, beżowe domki zastępują budynki z szarego kamienia. Codziennie zmieniają się też lokalne specjały. W każdym miasteczku, choćby się dało je przejechać w pięć minut rowerami (które płyną razem z nami), jest niewielki sklep świetnie zaopatrzony w miejscowe produkty. W Villes?quelande niedaleko potężnego wiązu (jednego z najstarszych we Francji) kupujemy w takim sklepie  niezwykłe wędzone w dymie kiełbasy, ogromne oliwki, bagietki z chrupiącą skórką i świeży camembert. Do tego oczywiście wino ? tym razem z winnic położonych nieopodal słynnej fortecy w Carcassonne, którą minęliśmy po drodze. Czerwone i mocne będzie pasować do casoulett, specjału z Castelnaudary. Można je dostać w sklepach, restauracjach i u rzeźników. W glinianym garnku dusi się wieprzowinę, kacze i gęsie mięso razem
z białą fasolą, marchewką, pietruszką, selerem. Doprawia się to tymiankiem i czosnkiem, choć dokładny skład zależy od upodobań szefa kuchni (czasem dodaje baraninę lub wędzony boczek). Garnek zabieramy na barkę i odgrzewamy danie w piekarniku.

Przy każdej śluzie stoi kamienny domek z drewnianymi pomalowanymi na turkusowo okiennicami i tabliczką z informacją, ile kilometrów dzieli nas od następnej śluzy. Kiedyś w tych domkach mieszkali strażnicy, dziś przyjeżdżają tylko na czas pracy, a domki zamieniły się w małe sklepiki albo niewielkie kawiarnie. Dostaniemy tu domowe dżemy, suszoną lawendę i miejscowe wino. Białe z okolic Béziers świetnie pasuje do ostryg kupionych na miejscowym targu. Czerwone, z winogron zebranych na stokach regionu Minervois (skąd zaczęliśmy naszą podróż barką na zachód), ma delikatny posmak tymianku i lawendy - podkreśla smak pasztetu z królika, lokalnego specjału.

Dalej na zachód wina z regionu Fitou nabierają mocnego smaku oraz zapachu wawrzynu i goździków. Bezimienne białe wino kupione w jednej ze śluz dodaje smaku risottu, które gotujemy, używając miejscowego ryżu. Farmerzy wykorzystali kanał zasilający zbudowany przez Riqueta do nawadniania pól. Od 1851 roku sadzą ryż w okolicach miasteczka Marseillette. W portowych sklepach można kupić odmianę o długich ziarnach,  świetną do sałatki na popołudniowy lunch, i o okrągłych, doskonałą na risotto, które warto ugotować w chłodniejszy dzień pod wieczór, stopniowo dolewając rosołu do wolno gotującego się ryżu, aż ten stanie się miękki. A na koniec dorzucając podsmażone na patelni cukinie i bakłażany kupione na porannym targu albo garść owoców morza, które są w każdym supermarkecie.

 

Choć płyniemy powoli, to każdego dnia widzimy coś innego - zamiast krzaków winorośli pojawiają się słoneczniki i pszenica, beżowe domki zastępują budynki z szarego kamienia. Codziennie zmieniają się też lokalne specjały. W każdym miasteczku, choćby się dało je przejechać w pięć minut rowerami (które płyną razem z nami), jest niewielki sklep świetnie zaopatrzony w miejscowe produkty. W Villesquelande niedaleko potężnego wiązu (jednego z najstarszych we Francji) kupujemy w takim sklepie  niezwykłe wędzone w dymie kiełbasy, ogromne oliwki, bagietki z chrupiącą skórką i świeży camembert. Do tego oczywiście wino - tym razem z winnic położonych nieopodal słynnej fortecy w Carcassonne, którą minęliśmy po drodze. Czerwone i mocne będzie pasować do casoulett, specjału z Castelnaudary. Można je dostać w sklepach, restauracjach i u rzeźników. W glinianym garnku dusi się wieprzowinę, kacze i gęsie mięso razem z białą fasolą, marchewką, pietruszką, selerem. Doprawia się to tymiankiem i czosnkiem, choć dokładny skład zależy od upodobań szefa kuchni (czasem dodaje baraninę lub wędzony boczek). Garnek zabieramy na barkę i odgrzewamy danie w piekarniku.

3
Fot. Shutterstock/PHB.cz (Richard Semik) Fot. Shutterstock/PHB.cz (Richard Semik)

Powoli, leniwie...

Uzależniam się od tej lokalności. I od powolności. Na południu Francji czas płynie inaczej. W supermarketach nad ladą z miejscowymi wędlinami i polecanym przez wszystkich pasztetem z królika toczą się rozmowy o dzieciach, kuzynach, wnukach i sąsiadach. Nikt nie przejmuje się rosnącą kolejką. A i kolejka wcale się nie oburza, tylko dołącza do rozmowy. W niewielkich miasteczkach zbudowanych wokół średniowiecznych zamków nazwy ulic są do dziś zapisane w dwóch językach - francuskim i oksytańskim, w którym wyrażali swoje uczucia trubadurzy. W śluzach (których codziennie mijamy przynajmniej pięć) spotykamy tych samych ludzi - Amerykanów, którzy zawsze błyskają uśmiechem; parę na wielkiej barce wykładanej egzotycznym drewnem (im akurat nie udzieliła się atmosfera południa Francji, bo non stop się kłócą o to, jak zacumować); i starszego Francuza, który pływa razem z psem - nauczył go, jak łapać linę i pomagać na śluzie. Jego barka pełna jest donic z kwiatami. Wymieniamy "bonżurneje", uwagi o pogodzie i nazwy win, które nas zachwyciły.

Wczesnym popołudniem cykady wypełniają powietrze wibrującym dźwiękiem, a zapach ziół rosnących przy brzegu kanału zaostrza apetyt. Wynosimy na pokład baniaki z winem, miskę sałaty i deskę serów kupionych w sklepie przy jednej ze śluz. Słuchamy popołudniowego koncertu. I choć historia tego regionu była burzliwa ? od podboju przez Rzymian przez najazd Saracenów po krwawą krucjatę przeciwko katarom ? a Langwedocja nieustannie zmieniała władców i państwową przynależność, to te cykady, wino, sery i to popołudniowe rozleniwienie są niezmienne.
Ale w pływaniu barką najbardziej lubię moment, kiedy zaczyna zachodzić słońce. Długie cienie kładą się na wodach kanału, ciepłe światło przebłyskuje przez liście platanów. Kanał zakręca łagodnie, woda skrzy się w ostatnich promieniach słońca. Szukamy miejsca na nocleg ? zawsze kawałek za miastem, żeby mieć ciszę. W nocy słyszymy plusk ryb, a rano śpiewające w drzewach ptaki. Znajdujemy miejsce w zakolu kanału, z widokiem na pole słoneczników. W lodówce ścina się przygotowany wcześ

Uzależniam się od tej lokalności. I od powolności. Na południu Francji czas płynie inaczej. W supermarketach nad ladą z miejscowymi wędlinami i polecanym przez wszystkich pasztetem z królika toczą się rozmowy o dzieciach, kuzynach, wnukach i sąsiadach. Nikt nie przejmuje się rosnącą kolejką. A i kolejka wcale się nie oburza, tylko dołącza do rozmowy.

W niewielkich miasteczkach zbudowanych wokół średniowiecznych zamków nazwy ulic są do dziś zapisane w dwóch językach ? francuskim i oksytańskim, w którym wyrażali swoje uczucia trubadurzy. W śluzach (których codziennie mijamy przynajmniej pięć) spotykamy tych samych ludzi ? Amerykanów, którzy zawsze błyskają uśmiechem; parę na wielkiej barce wykładanej egzotycznym drewnem (im akurat nie udzieliła się atmosfera południa Francji, bo non stop się kłócą o to, jak zacumować); i starszego Francuza, który pływa razem z psem - nauczył go, jak łapać linę i pomagać na śluzie. Jego barka pełna jest donic z kwiatami. Wymieniamy "bonżurneje", uwagi o pogodzie i nazwy win, które nas zachwyciły.

Wczesnym popołudniem cykady wypełniają powietrze wibrującym dźwiękiem, a zapach ziół rosnących przy brzegu kanału zaostrza apetyt. Wynosimy na pokład baniaki z winem, miskę sałaty i deskę serów kupionych w sklepie przy jednej ze śluz. Słuchamy popołudniowego koncertu. I choć historia tego regionu była burzliwa ? od podboju przez Rzymian przez najazd Saracenów po krwawą krucjatę przeciwko katarom ? a Langwedocja nieustannie zmieniała władców i państwową przynależność, to te cykady, wino, sery i to popołudniowe rozleniwienie są niezmienne. Ale w pływaniu barką najbardziej lubię moment, kiedy zaczyna zachodzić słońce. Długie cienie kładą się na wodach kanału, ciepłe światło przebłyskuje przez liście platanów. Kanał zakręca łagodnie, woda skrzy się w ostatnich promieniach słońca. Szukamy miejsca na nocleg ? zawsze kawałek za miastem, żeby mieć ciszę. W nocy słyszymy plusk ryb, a rano śpiewające w drzewach ptaki. Znajdujemy miejsce w zakolu kanału, z widokiem na pole słoneczników. W lodówce ścina się przygotowany wcześniej mus czekoladowy, obok chłodzi się białe wino. W garnku duszą się małże z cebulą. Dodamy do nich śmietanę, pokroimy bagietkę, wyniesiemy talerze na taras i poczekamy, aż na niebie pojawią się gwiazdy.

4
Fot. Shutterstock/LauraVl Fot. Shutterstock/LauraVl

Informacje praktyczne

a wyprawę najlepiej się wybrać tuż przed albo tuż po głównym sezonie: pod koniec czerwca lub na przełomie sierpnia i września. Po kanale pływa wtedy mniej barek, więc nie będziemy musieli czekać w kolejkach do śluz. Łatwo też wtedy znaleźć ustronne miejsce do zaparkowania.
Z kim
Wakacje na barce organizuje PUNT (barki.pl), która we Francji czarteruje sprzęt
od firmy Locaboat. Ma ona bogatą ofertę: od niewielkich
4-osobowych łodzi po obszerne, na których zmieści się 12 osób. PUNT czarteruje też barki w Holandii, Włoszech, Irlandii, Niemczech i w Polsce.
Cena
We Francji w sezonie zapłacimy około 7000 zł za tydzień za barkę dla 6 osób. Do tego dochodzą koszty paliwa, sprzątania po rejsie i opłaty portowe (600-
-1200 zł). Za dodatkową opłatą (40 euro za tydzień) można wynająć rowery.
Gdzie
Na południu Francji PUNT proponuje trasy po Canale du Midi (oferuje dobre jedzenie i historyczne miejsca) przez krainę katarów oraz po
Delcie Rodanu, gdzie w słonych wodach brodzą flamingi. Trasy są obliczone
na tydzień, każdą oceniono pod względem walorów przyrodniczych, zabytków i kulinariów ? łatwo więc dobrać taką, która odpowiada naszym upodobaniom. Część tras jest tylko w jedną stronę, część także powrotna.
Warto wiedzieć
Do pływania na barce
nie jest potrzebny patent
(z wyjątkiem Niemiec, gdzie jest niezbędny przy barkach dłuższych niż 13 metrów).

Kiedy

Na wyprawę najlepiej się wybrać tuż przed albo tuż po głównym sezonie: pod koniec czerwca lub na przełomie sierpnia i września. Po kanale pływa wtedy mniej barek, więc nie będziemy musieli czekać w kolejkach do śluz. Łatwo też wtedy znaleźć ustronne miejsce do zaparkowania.


Z kim

Wakacje na barce organizuje PUNT (barki.pl), która we Francji czarteruje sprzęt od firmy Locaboat. Ma ona bogatą ofertę: od niewielkich 4-osobowych łodzi po obszerne, na których zmieści się 12 osób. PUNT czarteruje też barki w Holandii, Włoszech, Irlandii, Niemczech i w Polsce.

Cena

We Francji w sezonie zapłacimy około 7000 zł za tydzień za barkę dla 6 osób. Do tego dochodzą koszty paliwa, sprzątania po rejsie i opłaty portowe (600-1200 zł). Za dodatkową opłatą (40 euro za tydzień) można wynająć rowery.

Gdzie

Na południu Francji PUNT proponuje trasy po Canale du Midi (oferuje dobre jedzenie i historyczne miejsca) przez krainę katarów oraz po Delcie Rodanu, gdzie w słonych wodach brodzą flamingi. Trasy są obliczone na tydzień, każdą oceniono pod względem walorów przyrodniczych, zabytków i kulinariów - łatwo więc dobrać taką, która odpowiada naszym upodobaniom. Część tras jest tylko w jedną stronę, część także powrotna.


Warto wiedzieć

Do pływania na barce nie jest potrzebny patent (z wyjątkiem Niemiec, gdzie jest niezbędny przy barkach dłuższych niż 13 metrów).

5
Więcej na ten temat: katarzyna boni, podróż