Jednodniowy przewodnik po Londynie. Gdzie można zjeść, wypić albo kupić coś pysznego

Magazyn Kuchnia
Dwanaście intensywnych godzin w Londynie. Bezwstydnie omijając najsłynniejsze zabytki i galerie sztuki, skoncentrowałyśmy się na miejscach, gdzie dają dobrze zjeść (lub wypić). Zobaczcie, jak można połknąć ośmiomilionowe miasto w jeden dzień
Fot. Materiały prasowe Fot. Materiały prasowe

Godzina 9.00 - zakupy i drugie śniadanie na Borough Market, 8 Southwark Street, niedaleko London Bridge Station

Spacer po jednym z najsłynniejszych bazarów świata. Można tu kupić sezonowe brytyjskie i zagraniczne jedzenie najwyższej jakości: nabiał, ryby i owoce morza, mięso, pieczywo, alkohole, owoce i warzywa, herbatę, kawę, oliwę i miód, czy ja wiem, co jeszcze... Z przyjemnością wspominam gorący cydr z korzeniami, świeżo wyciskane soki i smoothies, pyszny żytni chleb na zakwasie na stoisku Flour Station (robią pieczywo dla restauracji Fifteen Jamiego Olivera). Spotykam też paru Polaków - sprzedawców apetycznie wyglądających dań wegetariańskich i wegańskich, jest też rodak handlujący ostrygami.
Gdy człowiek zmęczy się chodzeniem (BM jest spory) i zgłodnieje od patrzenia, wspina się po schodkach do Roast Restaurant. Choćby po to, by obejrzeć bazar z góry, wypić kawę i zjeść bacon roll - bułkę z jajkiem sadzonym i bekonem; w wersji wege, bekon zastąpiony jest warzywno-ziołową "kiełbaską". (aw)

1
Fot. Materiały prasowe Fot. Materiały prasowe

Godzina 12.00 - trochę lizania przez szybę w Fortnum & Mason, 181 Piccadilly

Zwiedzam sklep (zarezerwujcie sobie odpowiednio dużo czasu, bo jest ogromny, a przy okazji piękny, więc warto go obejść, nie spiesząc się) i jem lunch w położonej na półpiętrze restauracji The Gallery z widokiem na Jermyn Street i Duke Street. Menu krótkie, sezonowe. Przejedzona po bacon rolls na Borough Market, wybieram delikatną solę z Dover w maślanym sosie, do tego kieliszek musującego białego wina. Świat robi się piękny!
Fortnum & Mason usytuowany jest w sercu Londynu. Założyli go w 1707 r. William Fortnum i Hugh Mason (od 50 lat nad głównym wejściem do F&M wisi ważący cztery tony zegar - co godzinę wychodzą z niego figurki obu panów i kłaniają się sobie w takt osiemnastowiecznej muzyki). Na początku sklep zaopatrywał w świece dwór królowej Anny Stuart, dziś posiada dwa Royal Warrant of Appointment - dostarcza rozmaite dobra królowej Elżbietcie II i księciu Walii. Można tu dostać wszystko, co kojarzy się z luksusem, od perfum i soli do kąpieli po homary. Oprócz dziesiątek stoisk w F&M są cztery restauracje, herbaciarnia, miejsce odpoczynku, dział z prezentami, eksperymentalna kuchnia, gdzie odbywają się pokazy gotowania, a na dachu pasieka - miód z niej sprzedawany jest na parterze. Z nadmiaru wrażeń i braku kasy nie kupiłam tu niczego. (aw)

2
Fot. Inka Wrońska Fot. Inka Wrońska

Godzina 14.00 - zakupy w jednym z najlepszych londyńskich sklepów z serami, czyli Paxton and Whitfield, 93 Jermyn Street


Istniejący od 1742 r. sklep z serami (opisywaliśmy go dokładniej w lipcowym numerze naszego miesięcznika) jest dostawcą dworu królowej brytyjskiej i księcia Walii. Można tu dostać najlepsze sery z całego świata (160 gatunków w stałej sprzedaży), ja próbuję wyłącznie brytyjskich: twardych, miękkich, niebieskich i świeżych. Po degustacji kupuję cheddar Montgomery's: jest twardy i dość suchy, powinien łatwo znieść podróż do domu. Mają świetny młody stilton, ale przed nami jeszcze reszta dnia w Londynie, ser może nie przeżyć. Tak samo Stinking Bishop - to pyszny miękki ser kąpany w cydrze gruszkowym. Wzięłabym z przyjemnością, ale sprzedawca zdecydowanie odradza - z uwagi na, delikatnie mówiąc, konkretny zapach. To prawda, przewożony w bagażu podręcznym mógłby narazić mnie na komentarze współpasażerów. (aw)

3
Fot. Inka Wrońska Fot. Inka Wrońska

Godzina 15.00 - na 2 godziny przed porą angielskiej herbatki wizyta w Twinings, 216 Strand

Sklep z herbatą, który jest zarazem minimuzeum historii firmy Twinings oraz przyjemną herbaciarnią. Mam szczęście spotkać jednego ze spadkobierców rodziny, pana Stephena Twininga, sympatycznego i bardzo brytyjskiego czterdziestolatka. Opowiada o historii firmy, wyjaśnia, że do filiżanki leje się najpierw mleko, potem herbatę (nigdy nie miałam z tym problemu, nie znoszę herbaty z mlekiem), kategorycznie zakazuje słodzenia (zgadzam się) oraz informuje, że w Wielkiej Brytanii wypija się 165 milionów filiżanek herbaty dziennie (-Mój osobisty wkład to 10-15 filiżanek każdego dnia - zdradza z dumą). Po części teoretycznej czas na praktykę, czyli degustację herbaty w sklepowym Loose Tea Barze. Zamawiam dwie filiżanki. Najpierw piję białą z owocem granatu (taką "kobiecą", delikatną i pachnącą), a potem już to, co lubię najbardziej - porządny assam z północno-wschodnich Indii. Proszę, aby podać mi tę herbatę bez mleka; Stephen Twining robi wrażenie osoby, która bardzo się co do mnie rozczarowała.
Na koniec wybieram coś do domu. W koszyku na zakupy ląduje assam liściasty i opakowanie Rose Garden, herbaty, którą nabywam dlatego, że lubię zapach róży i też dlatego, że na każdej saszetce namalowana jest śliczna różowa panienka. (aw)

4
Grafika Wawrzyniec Święcicki Grafika Wawrzyniec Święcicki

Godzina 16.00 - obiad w St. John Bread and Wine, 94-96 Commercial Street

Fergus Henderson to mentor wielu słynnych dziś kucharzy. Współzałożyciel i szef kuchni londyńskiej St. John Bar & Restaurant (jedna gwiazdka w Michelinie), która w latach 90. przyczyniła się do renesansu brytyjskiej kuchni. Piewca filozofii from nose to tail (od nosa do ogona), która opiera się na wykorzystywaniu wszystkiego, co w takiej np. świni jadalne. W St. John menu mają egalitarne: zupa na świńskim uchu jest tak samo istotna jak pieczona perliczka. St. John Bread and Wine to młodsza siostra restauracji przy St. John Street. Na Commercial Street atmosfera jest bardziej luzacka. Gdy traficie tam w porze lunchu, będzie tłok i hałas: szczęk sztućców, głosy dobiegające z otwartej kuchni, śmiechy gości. Mieszanka typowa dla wschodniego Londynu: hipsterzy, biznesmeni, wolne ptaki, turyści. Dla wszystkich to samo krótkie menu, aktualne tylko przez kilka godzin. Biorę grillowanego śledzia z szynką i młodymi ziemniakami. Delikatna świeżutka ryba, bez żadnych przypraw, smak przełamują tylko podpieczone plastry słonej gotowanej szynki. Pochłaniam też pieczone plastry jagnięcego combra. Bez kości, z wierzchu chrupiące, z solidną warstwą tłuszczyku, pysznego, wręcz słodkiego. Do tego kwaśno-gorzka sałatka z cykorii, kaparów i rukoli. Na deser w zasadzie nie mam już miejsca, ale co tam - biorę duszony młody rabarbar z podpieczoną brioszką i lodami (z cynamonem, gałką muszkatołową, anyżem, zielem angielskim, goździkami i odrobiną porto). A na wynos - słynne ciastko Eccles (ciasto francuskie nadziewane suszonymi porzeczkami), które tutaj podaje się z kawałkiem sera Lancashire. Gdy wychodzę, na sali jest prawie pusto. Obsługa szykuje się do kolacji - z nowym menu. Wieczorem, gdy z restauracji wyjdą ostatni goście, w piekarni na Commercial Street praca dopiero się zacznie. Piekarze przygotują świeżutkie chleby na kolejny ruchliwy dzień. (ob)

5
Fot. Inka Wrońska Fot. Inka Wrońska

Godzina 18.00 - piwo w Prospect of Whitby, 57 Wapping Wall

Jeden z najstarszych angielskich pubów, najstarszy nadrzeczny londyński, założony w 1520 r. Piękny widok na Tamizę. Maszty statków wbudowane w ściany, zachowana oryginalna kamienna podłoga, cynowy bar i stare beczki. Jest ogródek piwny, balkon i taras na pięterku. Prospect był niegdyś ukochanym miejscem przemytników, marynarzy, złodziei i piratów. Z klientów bardziej szacownych bywali tu Charles Dickens, Samuel Pepys, malarze Whistler i Turner, a w czasach nam bliższych Kirk Douglas, Paul Newman, Glenn Ford, księżniczka Małgorzata i książę Rainier. Podobno niezła tradycyjna kuchnia brytyjska (panierowany dorsz z frytkami, pieczeń, kanapki itd.; nie wiem, bo, będąc przed kolacją, nie jadłam), na pewno świetne piwa i lany "z kija" cydr. Można też zamówić wino lub kawę, ale po co, skoro przychodzi się na piwo. Polecam fantastyczne ale: Abbot Ale, Adnams Broadside i Adnams Southwold Bitter; jeśli wolicie pilsa, z kija mają chyba tylko Stellę Artois. Otwarte od 12 do 22, w piątki i soboty do północy, w niedziele do 21. (aw)

6
Fot. Fot.

Godzina 19.30 - kolacja w Wapping Project, Wapping Hydraulic Power Station, Wapping Wall

Restauracja w nieczynnej stacji hydraulicznej. Prawie wszystko, co stare, jest w kolorze zielonkawym; solidne maszyny i szarozielone fragmenty ścian, ciężkie łańcuchy i haki. Pośród tego nowoczesne stoliki i krzesła - białe i czerwone - ustawione wśród starych pomp, na których wieczorami zapalane są świece. Niesamowita atmosfera! Jedzenie smaczne, ale zupełnie niebrytyjskie, kuchnia śródziemnomorska, japońska bądź orientalna, taka trochę fusion, bo szef kuchni nie ma problemów z łączeniem składników. Porcje niezbyt wielkie, za to ceny przeciwnie (15-22 funty za danie główne). Miejsce ściąga młodych, modnych londyńczyków. Kolację rozpoczynam od koktajlu Peach Bellini (brzoskwiniowa pulpa z winem musującym), potem jem rzodkiew morską w tempurze, risotto z glonami i mulami oraz cytrynową solę (dziś to już druga sola, ale za to inaczej przyrządzona) z piklami z melona. Deseru nie zmieszczę, ale jeśli miałabym się na coś zdecydować, wybrałabym chyba tartę gruszkową z migdałami, widziałam ją na sąsiednim stoliku i robiła doskonałe wrażenie. (aw)

7
Więcej na ten temat: kuchnia angielska, restauracje