Aga Kozak: Moda i kuchnia... Czy to idzie w parze?

JONATHAN PHANG: W moim przypadku łączy się idealnie. Trzydzieści jeden lat pracuję w przemyśle modowym, przez parę ostatnich zajmowałem się jednocześnie gotowaniem, prowadzeniem programów kulinarnych i odkrywaniem nowych smaków. Sprawdziłem więc na własnej skórze: to się wcale nie wyklucza.

 

AK: Obydwie dziedziny są teraz postrzegane jako luksusowe i niezwykle przyjemne...

JP: Przyjaciele często mi mówią w żartach, że mnie za to nienawidzą! A ja czuję, że jestem wielkim szczęściarzem: udało mi się przekuć obie pasje w zajęcie, za które ktoś chce mi płacić. Ba, to wręcz zawód! Gdybym miał tylko modę albo tylko gotowanie - zanudziłbym się Tyle lat wyłącznie w biznesie modowym? Nie, to nie dla mnie. Na szczęście teraz głównie podróżuję po świecie w poszukiwaniu nowych smaków. Moje wyprawy luksusowymi pociągami możecie śledzić w programie ?Kolej dla smakosza? na Travel Channel, a to, jak gotuję - w ?Karaibskiej kuchni Jonathana Phanga? emitowanej w Polsce na Polsat Food Network.


AK: Wrócę jednak na chwilę do mody. Raczej nie kojarzy się ona z jedzeniem, a wręcz z unikaniem go. Te wszystkie szczupłe kobiety...

JP: Cieszę się, że nie jestem jedną z modelek, a tylko agentem: zazwyczaj podczas sesji zjadam wszystko, co dla nich przygotowano, a czego one - ciągle na diecie czy na adrenalinie ze strachu przed show - nie ruszają To dlatego jestem taki okrąglutki! Muszę przyznać - na backstage'ach pokazów mody i sesji zdjęciowych karmią całkiem nieźle. Wyobraź sobie, jak reagują modelki, kiedy im opowiadam, że podczas kręcenia ?Kolei dla smakosza? właściwie nic nie robię, tylko jem, jem i jem cały dzień!


AK: Skąd się wzięła ta miłość do jedzenia?

JP: Jak twierdzi moja rodzina, od kiedy tylko zacząłem jeść świadomie, robiłem to z wielką przyjemnością. U nas bardzo dbało się o posiłki. Właściwie wszystkie ważne decyzje rodzice podejmowali w trakcie kolacji Babcia - matka mojego ojca - gotowała profesjonalnie, a mama była cudowną gospodynią domową, która zawsze dbała o to, żeby dania lądujące na naszym stole miały jak najlepszą jakość. Moi rodzice to emigranci, a ci zachowują zazwyczaj tożsamość kulturową, gotując ?po swojemu?, odtwarzając smaki znane z ojczyzny czy domu rodzinnego. Obydwoje uznali - zresztą słusznie - że najmocniej pokochamy ich rodzimą kulturę właśnie poprzez jedzenie. Ale muszę przyznać, że od dzieciństwa miałem dryg do kuchni. Pamiętam, że kiedy byłem w przedszkolu - w wieku chyba czterech lat - podczas lekcji dekorowania herbatników, kiedy inne dzieciaki chlapały lukrem, jak popadnie, ja zrobiłem trzywarstwowy torcik przybrany polewą w różnych kolorach Inne tego typu wspomnienie pochodzi z czasu, gdy jako siedmiolatek oglądałem program kulinarny w telewizji, a po jego zakończeniu pomaszerowałem do kuchni i odtworzyłem dokładnie recepturę i sposób przygotowania dania pokazanego przed chwilą na ekranie. Gotowanie było dla mnie czymś naturalnym. W moim bardzo towarzyskim domu w weekendy w pokoju telewizyjnym roiło się od mężczyzn oglądających mecze, a w kuchni od kobiet gotujących posiłek - ponieważ byłem najmłodszym, wymagającym jeszcze opieki dzieckiem, czas spędzałem zazwyczaj tam Podglądałem, powoli włączając się w wykonywanie prostych zadań i ucząc się przy okazji gotować - zupełnie bezwiednie. Przyjaciółki mamy wtajemniczały mnie w to wszystko, w czym akurat ona sama dobra nie była: pieczenie ciast i robienie deserów. Anglia lat siedemdziesiątych to raczej ponure miejsce, więc przesiadywanie w kuchni, pichcenie i próbowanie potraw stało się niezłą odskocznią od tej szarzyzny.

 

AK: Twierdzisz, że jedzenie jest jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę łączą ludzi.

JP: Nawet jeśli twoja matka gotuje fatalnie, to jest szansa, że upichcony przez nią posiłek zgromadzi rodzinę i przyjaciół przy stole. Jednego dzieciaka odciągnie od komputera, innego od telewizora Coraz bardziej potrzebujemy wspólnych obiadów czy kolacji, żeby poczuć, że naprawdę jesteśmy razem.

 

Jonathan PhangFot. Travel Chanel

 

AK: Kto decydował o waszym domowym menu?

JP: To trochę skomplikowane: mój ojciec ma w sobie mieszankę krwi chińskiej i hinduskiej, matka pochodzi z Karaibów, ale jej przodkowie między innymi ze Szkocji i Portugalii. Obydwoje rodzice przyjechali do Londynu z Gujany - i ślady tego wszystkiego można było znaleźć na naszych talerzach. Jedno mogę powiedzieć na pewno - jedzenie u nas w domu nigdy nie było monotonne! Ale co niedziela mieliśmy na obiad tradycyjny ?Sunday roast?, czyli pieczeń - rodzice wyrażali w ten sposób swoją dumę z tego, że mieszkają w Anglii. Uwielbiałem chińskie smaki, a te do naszego domu wniosła babcia, ojciec je potem odtwarzał. I to on nauczył gotować moją matkę, która pochodziła z domu, gdzie posiłki przygotowywała służba. Mam wrażenie, że najpierw się opierała, ale potem gotowanie naprawdę ją cieszyło. Menu było więc zróżnicowane i - może też dzięki temu  - uwielbialiśmy wspólnie ucztować.

 

AK: Ukochane potrawy z dzieciństwa?

JP: Właściwie nie było takiej rzeczy, której bym nie lubił. Byłem żarłokiem, więc lista moich przysmaków zajęłaby całą stronę. Jedliśmy mnóstwo curry i używaliśmy dużo przypraw. Znałem też jedzenie z londyńskiego China Town, bo kiedy mamie nie chciało się robić pieczeni, chodziliśmy tam w niedzielę. Pamiętam, że gdy odwiedzałem kolegów w ich domach, podawane tam dania wydawały mi się naprawdę nieciekawe - takie zresztą były angielskie potrawy w latach siedemdziesiątych.

 

AK: Musisz być zadowolony, że pod względem kulinarnym tyle się w Anglii zmieniło.

JP: Nie ma rzeczy, której nie można tu kupić. Na cokolwiek masz ochotę - ktoś ci to w Londynie na pewno przyrządzi. Teraz jest wysyp polskich restauracji, choć nie brakowało ich też dawniej - przypominam je sobie z młodości. Mój ojciec pracował w okolicy Hammersmith, gdzie jest wielkie skupisko Polonii i gdzie czasem chodziliśmy do polskich restauracji w piątkowe wieczory. To była przyjemność!

 

AK: Bogactwo smaków Londynu wcale nie powstrzymuje cię przed podróżowaniem w poszukiwaniu nowych doznań.

JP: Bywam w egzotycznych miejscach i kosztuję naprawdę interesujących rzeczy. Jem mnóstwo: w pociągach i podczas postojów. Nie ominąłem żadnego dania, które mi podano podczas kręcenia ?Kolei dla smakosza?! Byłem właściwie ciągle przejedzony i sporo przytyłem. Ostrygi, homary, makaroniki podlewane szampanem... Kto by się temu oparł?

 

AK: Nie dziwię się, że wszystkie twoje wspomnienia w jakiś sposób łączą się z jedzeniem.

JP: Albo przynajmniej jedzenie przychodzi mi zawsze jako pierwsze na myśl. Kiedy poprosisz mnie, żebym ci zdał relację z podróży do Wenecji, to zanim zacznę opowiadać o architekturze - opowiem o owocach morza, którymi się tam zajadałem Teraz krążę wokół wspomnień z dzieciństwa i rodzinnych historii, nagrywając program o karaibskim jedzeniu: fascynuje mnie mieszanka kultur, którą można znaleźć w daniach z tego regionu świata.

 

AK: Po karaibsku karmiłeś - również na ekranie - supermodelkę Jerry Hall. Co jej podawałeś?

JP: Jerry pochodzi z Teksasu i uwielbia smażonego kurczaka, zawsze przyrządza go też dla mnie, gdy się spotykamy. Tylko że ja inaczej go przyprawiam, a jako dodatek serwuję typową gujańską potrawę, tzw. cook up rice - ryż z przyprawami i różnymi rodzajami mięsa podlewany mleczkiem kokosowym. Zdradzę ci jeszcze coś na koniec: Jerry Hall kocha też moje curry