Wojciech Modest Amaro: w oczekiwaniu na gwiazdkę

Rozmawiały: Inka Wrońska i Małgosia Gec
01.03.2013 10:30
A A A
Wojciech Modest Amaro przed restauracją

Wojciech Modest Amaro przed restauracją (Fot. Wojciech Surdziel)

Z Wojciechem Modestem Amaro rozmawiamy o jego restauracji, farmie i laboratorium. Interesuje nas, co myśli na dwa tygodnie przed Wielką Chwilą - w połowie marca ukaże się tegoroczna edycja michelinowskiego przewodnika Main Cities of Europe. Liczymy na to, że Polska wreszcie dostanie swoją pierwszą gwiazdkę - prestiżowe oznaczenie przyznawane najlepszym restauracjom na świecie. Trzymamy kciuki za Atelier Amaro!

 

 

Inka Wrońska: Kiedy spotkaliśmy się w Grucznie, to było dwa i pół roku temu, byłeś już znanym szefem kuchni, miałeś na koncie książkę (nagrodzoną Grand Prix de la Litterature Gastronomique w Paryżu „Kuchnię polską XXI wieku"), ale - nie miałeś własnego lokalu, nie wiedziałeś, co będzie dalej. Pamiętam, zastanawiałeś się nad wyjazdem z kraju, nad założeniem restauracji w Hiszpanii...

 

Wojciech Modest Amaro: Tak było. Ale wkrótce potem trafiłem na dobre miejsce przy Placu na Rozdrożu w Warszawie. 16 miesięcy temu powstało Atelier Amaro, przez ten czas przez kartę przewinęło się z górą sto dań. Doceniono nas błyskawicznie: inspektorzy Michelina pojawili się u mnie w 7 dni po otwarciu restauracji. Nie wierzyłem, że coś z tego będzie, ale stało się: w ubiegłorocznej edycji Main Cities of Europe dostaliśmy Rising Star, Wschodzącą Gwiazdkę. Wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie.

 

Czy zakładałem od początku, że Atelier Amaro będzie właśnie takie, jakie jest? Owszem. Własny lokal to marzenie każdego kucharza, a ja na dokładkę miałem swoją wizję autorskiej kuchni opartą na polskich składnikach. Chciałem mieć swoją własną zastawę, selekcję polskich nalewek, międzynarodowy zespół, chciałem zaistnieć na rynku światowym. Dałem sobie na to 5 lat .

 

Wiesz, ja jestem jak sportowiec, który trenuje do olimpiady. Interesuje mnie sukces, a nie tylko udział w zawodach. Dla kucharza sukcesem jest gwiazdka w Michelinie. Dlatego właśnie nie robię niczego na pół gwizdka, wkładam w pracę całego siebie, bywa, że poświęcam życie rodzinne, nie mówiąc już o własnym wolnym czasie. W pracy jestem codziennie. Niedziele mamy, co prawda, wolne, ale i wtedy zdarza mi się, że pakuję rodzinę do samochodu i wyjeżdżamy na przykład na naszą farmę - trochę tam odpoczywamy, oczywiście, ale to też jest praca.

 

Dzięki temu efekty są widoczne: codziennie komplet w restauracji. Mam stałych gości, rozpoznaję ich, z przyjemnością z nimi rozmawiam. Mówią, że chcą wiedzieć, co ich tym razem w karcie zaskoczy. Przychodzi do mnie też sporo obcokrajowców - wydaje mi się, że stanowią jakieś 60% gości, bywają dni, że nie usłyszysz słowa po polsku. Skąd wiedzą o Atelier? Pewnie z Michelina, ale większość przychodzi po prostu z polecenia znajomych albo dlatego, że przeczytali opinię w gazecie lub w internecie. Ja w każdym razie nie wydałem jeszcze grosza na reklamę!

Wojciech Modest Amaro w AtelierFot. Anna Bedyńska

Wojciech Modest Amaro w Atelier

 

Powiedziałeś, że w wolnym czasie jeździsz na farmę. Czy restauracja ma własne gospodarstwo?

 

- Tak, jakieś 100 km od Warszawy. Gdzie? Nieważne. Dwie szklarnie, ogrzewane przez cały rok, każda o powierzchni ok. 500 m2. Co jeszcze? Największy w Polsce sad dereniowy, 1000 drzewek. Hodujemy perliczki i przepiórki, świnie, kaczki. Tam dojrzewa mięso, które potem przyrządzamy i podajemy w Atelier, tam przechowujemy wszystko co zebraliśmy, ususzyliśmy, zamroziliśmy, tam są nasze przetwory - w ubiegłym roku zrobiliśmy około półtora tysiąca słoików. Właśnie przywiozłem z farmy resztkę ubiegłorocznego zapasu jałowca - mam nadzieję, że wystarczy do maja.

 

Kaczki, które ubijaliśmy jeszcze w grudniu, wisiały ponad 40 dni - teraz dojrzały i skruszały, podamy je na kolacji z cyklu „Od morza do Tatr” - jestem pewien, że to danie powali  gości na kolana. Zima się kończy, zastanawiamy się, co posadzić i posiać na farmie na kolejny sezon. Myślę o pałkach wodnych, tataraku - jesteśmy o rok mądrzejsi, wiemy, co będzie potrzebne w kuchni.

 

Oczywiście, sami wszystkiego nie zrobimy, wiele składników i tak musimy zamawiać u producentów. Ja ich wszystkich znam, byłem u każdego, obserwowałem produkcję, rozmawiałem, zadawałem pytania. Pracuję tylko z tymi, którzy się sprawdzili, którzy są w stanie zapewnić mi ciągłość dostaw i taką samą - najwyższą - jakość produktu. Pewne rzeczy robione są specjalnie dla mnie, na moje zamówienie.


Tak zatem wygląda zaopatrzenie. Powiedz nam, jak powstają potrawy?

 

- Eksperymentujemy. W tej chwili jeszcze robimy to w naszej kuchni, która jest w podziemiach pod restauracją. W poniedziałki nie serwujemy lunchów, toteż wtedy jest czas na kreatywność, opracowywanie nowych połączeń smakowych, wymyślanie dań, dyskusje z zespołem. Ale już widzę, że na dłuższą metę nie da się tego ciągnąć. No bo wyposażenie kuchni cały czas jest używane, nie możemy na przykład opróżnić dehydratora na potrzeby testów, bo siedzi w nim milion rzeczy potrzebnych na bieżąco. Nie możemy też rozbudować restauracji, to wolnostojący budynek w parku.

 

Toteż wkrótce rozpoczyna działalność Lab - nasze laboratorium, taka ekstra przestrzeń, 5 minut drogi przez park. Tam będziemy mieli wolną głowę, spokój i ciszę. Oczywiście, pracę w laboratorium też trzeba będzie upchnąć jakoś tak, żeby nie kolidowała z zajęciami w restauracji, ale to i tak konieczne, niezbędne dla utrzymania jakości. Każdy członek mojego zespołu jeden dzień będzie miał przeznaczony wyłącznie na laboratorium, wpiszę im to w grafik. Chodzi o to, aby moi ludzie byli kreatywni, mieli własne pomysły, ale i potrafili pracować w grupie na sukces wspólny, sukces restauracji. Nie może być tak, że tylko patrzą na mnie i liczą, że coś wymyślę. Chcę wciągać ich w proces tworzenia, zresztą - oni sami tego chcą.

 

Samo laboratorium też nie wystarczy. W maju zabieram kucharzy na weekend na takie prywatne Cook it Raw. Weźmiemy namioty i porządne śpiwory, pojedziemy gdzieś w Polskę. Będziemy zbierać, polować, a potem wspólnie gotować z tego, co uda się nam zgromadzić. Dlaczego to takie ważne? Nasi goście bywają niezwykle dociekliwi. Pytają o skład, sposób przyrządzania, pochodzenie produktów. Odpowiedzi nie wykujesz na pamięć, pewne rzeczy musisz wiedzieć z własnego doświadczenia. To jest trochę jak z sommelierem: jeśli nie był w winnicy, nie widział, jak powstaje wino, nie rozmawiał z winemakerem, jego winiarska wiedza będzie jałowa, choćby czerpał ją z najmądrzejszych książek.

 

Jeśli pytanie gościa jest faktycznie bardzo szczegółowe i kelner nie potrafi odpowiedzieć, zawsze jesteśmy do dyspozycji, i ja, i sommelier - większość gości i tak schodzi w trakcie kolacji do kuchni, przyglądają się naszej pracy. Ja nie mam niczego do ukrycia, nie tworzę żadnych barier. Zresztą - sama nazwa Atelier na to wskazuje - chodzi o to, aby gość postrzegał nasze miejsce również jako pracownię kulinarną, gdzie eksperymentuje się ze smakami.

 

Rozmowy z gośćmi to nie tylko pytania i odpowiedzi, ale wymiana informacji. Dialog. Oni mówią, a my wyciągamy wnioski. Dlatego zależy mi, aby  mówili konkretnie. Bo co to znaczy, jak ktoś ci powie: to jest fajne, a tamto niefajne. Przecież jedzenie jest żywe, jeśli cię interesuje, jeśli jest twoją pasją, no to wyraź to, na boga! Powiedz, że rozgrzewa. Że coś w nim chrupnęło. Że pojawiła się ciekawa (albo zbyt intensywna) nuta imbirowa. Słowo "smaczne" nie znaczy dla mnie nic. Gotując, pakuję w potrawę gigantyczne emocje, chciałbym, aby ktoś je odczuł, potrafił nazwać. Także wtedy, kiedy mu nie smakuje. Nie mów mi, że złe, powiedz - dlaczego. Bo przecież, jeśli już do nas przyszedłeś, to chyba z jakiejś ciekawości kulinarnej?

 

Konstruktywnej krytyki oczekiwałbym od blogerów, ale na blogach też czytam przeważnie, że "fajnie" było. Człowieku - nawet, jak piszesz o purée z ziemniaków, możesz je jakoś określić: że jedwabiste, że ziarniste, że lśniące... Zresztą - moim gościom nie musi smakować każde danie, dziwiłbym się nawet, gdyby tak było. Jasne, ja daję z siebie wszystko, ale przecież wiem jak jest: kiedy sam jadę, powiedzmy, do Nomy i dostaję tam kolację z 14 dań, to zapamiętam do końca życia jakieś cztery czy pięć potraw, reszta jest dla nich intrygującym tłem. Ale potrafię docenić całość - za koncepcję, pracę, pomysł.

 


Czy bierzesz pod uwagę opinie gości również wtedy, kiedy pracujesz nad nową kartą?

 

- Tak. Właśnie po to organizujemy 12-daniowe kolacje pod nazwą „Od morza do Tatr”, parę dni temu mieliśmy szóste spotkanie z tego cyklu. Zaczynamy zazwyczaj około siódmej wieczorem, kończymy nawet o pierwszej, trochę to trwa. Z 12 kolejnych dań wybieramy osiem, one znajdą się następnego dnia w karcie, czyli to jest taka próba generalna. Oczywiście, nie podajemy eksperymentów, zawsze są to dania dopracowane, chcemy po prostu wiedzieć, jak ludzie na nie reagują, czy rozumieją pomysł, czy zgadzają się z łączeniem takich a nie innych smaków.

 

Kto może przyjść na taką kolację?

 

- Każdy, o ile akurat na ten dzień zarezerwuje stolik. Zawsze staram się także zaprosić kogoś, kto jest dla mnie autorytetem, byli już Alessandro Porcelli, Rafael Ansón, w marcu na przykład będzie Diego Guerrero, szef dwugwiazdkowej hiszpańskiej restauracji El Club Allard. Informacji o tych spotkaniach nie wrzucam w internet, ludzie dowiadują się przeważnie na zasadzie marketingu szeptanego albo po prostu - już podczas konkretnej kolacji rezerwują sobie miejsce na następną. Do Atelier i tak nie wejdzie więcej niż 30 osób, a chętnych jest dziesięć razy więcej.

 

Na początku było tak, że wszystkich sadzaliśmy przy jednym stole, wydawało się, że to jakoś zbliży obcych sobie ludzi. Ale trochę czasu zawsze mijało, zanim lody zostały przełamane, zanim nawiązała się rozmowa. W końcu i tak jakoś się integrowali - być może pod wpływem naszych nalewek (śmiech) - ale do pewnego momentu siedzieli sztywno. Teraz zajmują miejsca przy oddzielnych stolikach, każdy z takimi ludźmi, których zna i w których towarzystwie dobrze się czuje. Potem i tak wszystko się rozluźnia, zamieniają się miejscami, łączą stoły.

 

Biała kiełbasa jałowcowa z grasicy i móżdżków cielęcych z pieczonym korzeniem chrzanu Fot. Atelier Amaro

Biała kiełbasa jałowcowa z grasicy i móżdżków cielęcych z pieczonym korzeniem chrzanu

 

 

Wysłuchujecie ich uwag, obserwujecie i tworzycie nowe koncepcje smakowe. Opowiedz coś o karcie, bo ona odróżnia Atelier Amaro od innych restauracji.

 

- Mamy trzy karty. U nas gość nie zamawia pojedynczych dań, tylko pełne zestawy, złożone z „momentów”. W jednej karcie jest zestaw 3 momentów, w drugiej 5, w trzeciej 8. Menu zmienia się codziennie, poważniejsze zmiany, które są związane z sezonem, następują mniej więcej raz na tydzień.

 

Dlaczego tak często? Bo ja roku nie dzielę na 4 pory, tylko na znacznie więcej odcinków, zgodnie z kalendarzem przyrody, który sam opracowałem na potrzeby Atelier. Dla mnie np. sezon na truskawki zaczyna się wtedy, kiedy jest ich jeszcze malutko, tylko po kilka dojrzałych na krzaczku, wtedy mogę przyrządzić coś, używając także tych zielonych. Ale w kolejnym tygodniu będzie już więcej czerwonych niż zielonych, a potem nastąpi szczyt truskawkowego sezonu, wszystkie będą dojrzałe, pachnące.

 

Właśnie w ten sposób układam kartę, dopasowując się do rytmu przyrody, do jej zmian w danej chwili. Bardzo wczesne świeże truskawki pojawią się już w pierwszej dekadzie czerwca, wtedy połączymy je w jednym daniu z innym składnikiem z tego czasu, np. z rabarbarem. Całkiem inny składnik towarzyszący pojawi się później, w szczycie owocowania większości odmian. Ten podział według tygodni w roku określam jako spirit of time.

 

Ważny jest także spirit of place, podział produktów według naturalnych kategorii występujących w przyrodzie. To jezioro, rzeka, morze, las, łąka, zagroda, góry, pole. W jednym daniu zestawiam składniki pochodzące z jednego obszaru - jeśli np. mam jezioro, będzie tu np. ryba, tatarak, ale i np. kropla krwi młodej dzikiej kaczki, na którą, zdarzy się, zapoluje szczupak.

 

Ostatnią kategorią jest spirit of tradition - pod tym pojęciem rozumiem tradycyjne metody konserwowania produktów: wędzenie, marynowanie, suszenie. Dlatego właśnie mogę tak często zmieniać kartę, bazuje ona bowiem nie tylko na produktach świeżo zebranych, ale i przetworzonych. Jeśli mam je właśnie w tej chwili w swojej spiżarni, są one sezonowe. Tak uważam. Są zaklęte i przeniesione w czasie z duchem tradycji.

 

Kolejną kwestią odróżniającą naszą kartę od innych jest to, że nie opisujemy dań dokładnie, jedynie zaznaczamy 3 podstawowe składniki. Spójrz np. tutaj: jest cielęcina, chrzan, salsefia. Nasi goście to akceptują, ufają, że przyrządzimy im z tego coś smacznego. Aż do chwili podania potrawy nie wiedzą, co to dokładnie będzie - kelner objaśni wszystko dopiero wtedy, kiedy przyniesie danie do stołu.

 

Wreszcie: Atelier Amaro to kuchnia polska. Wykorzystuję polskie smaki, aby na ich podstawie tworzyć kuchnię autorską, kuchnię polską współczesną, choć przecież głęboko w tradycji osadzoną. Staram się przywracać należne miejsce owocom i warzywom niegdyś popularnym, dziś zapomnianym.  Będzie to choćby wspomniana już salsefia, topinambur, skorzonera, będą stare polskie odmiany jabłek.

 

Nie zjesz u mnie argentyńskiej wołowiny, tropikalnych owoców, nie podaję krewetek czy homarów. Tylko w jeden, jedyny dzień w roku - w walentynki - robimy wyjątek, w karcie pojawiają się wówczas składniki o znaczeniu afrodyzjaków, np. ostrygi.

 

Jeszcze słowo w kwestii karty. Dziś mnóstwo osób to wegetarianie czy weganie, często spotyka się ludzi nie jadających pewnych rzeczy z przyczyn religijnych czy światopoglądowych, wreszcie - jest spora grupa z alergiami pokarmowymi. Jak sobie radzisz, jeśli gość sygnalizuje taki problem?

 

- No właśnie - sygnalizuje. Zawsze już podczas rezerwacji stolika prosimy, aby  przekazano nam informację o wszystkich ograniczeniach pokarmowych. Dzięki temu jesteśmy w stanie przygotować menu w taki sposób, aby gość mógł skosztować każdego „momentu”. Najgorzej, jeśli goście nas zaskakują, jeśli musisz błyskawicznie i bez przygotowania zareagować na to, że ktoś jest uczulony na gluten, a inny nie je wieprzowiny. Ale trzeba być gotowym na wszystko, to część mojej pracy. Łatwiej jest po prostu, gdy o tym wiemy, dania muszą być przemyślane, stanowić całość


Z kim obecnie pracujesz? Jak kompletujesz zespół?

 

- Zespół jest międzynarodowy, osiem osób, w tej chwili na stałe są z nami Portugalczyk, Kanadyjczyk i Filipińczyk. Od 9 miesięcy pracujemy w niezmienionych składzie podstawowym. Nie szukam kandydatów, sami się zgłaszają. Filipińczyk na przykład był w Pradze, tam o nas usłyszał, więc przyjechał. Portugalczyk dowiedział się z Michelina, że mamy Rising Star. Mówi, że i tak zamierzał poznać Polskę - jest osobą wierzącą i interesował go kraj papieża Polaka. Jedno z drugim się jakoś połączyło, no i jest z nami.

 

Żeby poznać kucharza i zdecydować, czy chcę z nim pracować, nie wystarczy mi CV, prawdę mówiąc jest to tylko wstęp do tego, by sprawdzić, czy w ogóle mamy o czym rozmawiać. Przyglądam się za to ludziom podczas pracy, czasami widzę od razu, czy się nadają, przeważnie jednak trwa to parę dni. Chodzi po prostu o to, że człowiek, który ma wejść do zespołu i spędzać z nami po 14 godzin dziennie, nie może być przypadkowy.

 

Referencje daję - tak się zresztą robi na całym świecie -  po przepracowaniu pełnych 12 miesięcy. Jeśli ktoś chwali się, że tu był, a pracował krócej, oszukuje. Nie mam na to wpływu, ale niech robią to na własny rachunek.

 

Cieszy mnie jeszcze jedno: niegdyś jeździłem po Europie, szukając miejsc, gdzie sam mógłbym odbyć staż. Obecnie role się odwróciły: to do mnie zgłaszają się osoby z całego świata, chcą ze mną pracować, mnóstwo zgłoszeń miałem na przykład po spektakularnym sukcesie polskiej edycji Cook it Raw czy po Madrid Fusion, gdzie przeprowadzałem pokazy, opowiadałem o moim kalendarzu przyrody i częstowałem ludzi naszym czarnym chlebem moczonym w tłoczonym na zimno oleju słonecznikowym aromatyzowanym trawą żubrową.

 

Jestem dumny z tego, że młodzi kucharze chcą się u mnie uczyć, pracować w Atelier. Ciekawostką jest, że w tej chwili mam na stażu kucharza z własną gwiazdką Michelina - to Japończyk Kotaro Noda z rzymskiej Magnolii.

 

Jak dobieracie alkohole do potraw?

 

- Karta jest dość długa, około 80 pozycji, mamy ją na iPadzie i w formie papierowej. Odpowiada za nią dwukrotny wicemistrz Polski sommelierów, Paweł Białęcki. W Atelier Amaro wina są ważne, niemniej - nie najważniejsze. Staramy się proponować gościom polskie miody pitne, wysokogatunkowe wódki, nalewki - tych ostatnich dostarcza nam m.in. pan Karol Majewski. Uważam, że dobry polski alkohol lepiej zagra w zestawieniu z polską kuchnią, niż najlepszy nawet francuski szampan.

 

Wojciech Modest Amaro zaprasza do Atelier!Fot. Anna Bedyńska

Wojciech Modest Amaro zaprasza do Atelier!

 


Za dwa tygodnie wychodzi Main Cities of Europe - przewodnik Michelina po głównych miastach Europy. Okaże się, czy dostałeś gwiazdkę. Denerwujesz się?

 

- Nie będę udawał, że mi nie zależy. Nie znam kucharza, któremu nie zależy. Ale jeśli chodzi o gwiazdkę dla Atelier Amaro, to wydaje mi się, że sprawa jest jeszcze poważniejsza - to dziwne, że w czterdziestomilionowym kraju nie ma żadnej gwiazdkowej restauracji. Czesi mają, Węgrzy mają, a my? Najwyższy czas to zmienić.

 

Mam nadzieję, że Atelier będzie pierwszą wyróżnioną restauracją - i nie ostatnią. W pewnym więc sensie zależy mi na gwiazdce również z  pobudek patriotycznych (uśmiech).

 

Z drugiej strony - czy gwiazdka coś zmieni? Nic. Nie podniosę cen. Nie rozbuduję restauracji. Nie zostanę celebrytą, nie będę spędzał czasu na zagranicznych konferencjach, bo po prostu codziennie muszę być w restauracji. Więc nawet jak tej gwiazdki nie będzie to też przeżyję. A restauracja będzie działała po staremu - dzięki Lab może nawet lepiej...

Zobacz także
  • Sophie Dahl Wyłącznie dla Kuchni wywiad z Sophie Dahl
  • Heston Blumenthal - 44-letni brytyjski kucharz samouk, łącząc gastronomię z nauką, zrewolucjonizował współczesną kuchnię. Wyłącznie dla czytelników magazynu Kuchnia wywiad z Hestonem Blumenthalem
  • NIGEL SLATER Nigel Slater: Sentymentalny kucharz
Komentarze (187)
Zaloguj się
  • rabingoldblatt

    Oceniono 304 razy 274

    zycze powodzenia

    widac nie daja gwiazdek za prostactwo, chamstwo, rzucaniem kudłami i udawanie kucharza w durnym programie TV a za rzetelna i ciezka prace

    gratulacje

  • Gość: qaz

    Oceniono 176 razy 152

    " to dziwne, że w czterdziestomilionowym kraju nie ma żadnej gwiazdkowej restauracji."

    W kraju gdzie naczelny sanepidowiec wychodzi i oświadcza w TV, że sól drogowa w kiełbaskach jest smaczna i zdrowa - Ja się nie dziwię i już dawno jedzenie kupuję u zaufanych rolników na lewo, lub robię sam.

  • jotembi

    Oceniono 108 razy 94

    ufff... no nareszcie kucharz i restaurator z prawdziwego zdarzenia, chylę czoła :)
    w knajpach rzadko bywam ostatnio więc i do Atelier pewnie raczej nie zajrzę - ale dobrze wiedzieć że istnieje lokal prowadzony przez kogoś takiego

  • zagraniczny-online

    Oceniono 68 razy 60

    pelny profesjonalizm,
    gratulacje,
    i powodzenia z pierwsza gwiazdka Michelina w naszym kraju

  • Gość: Pepita

    Oceniono 55 razy 45

    Bardzo inspirujący wywiad. Oby dotarł do jak największej liczby młodych i aspirujących kucharzy. Francuzi mają nouvelle cuisine, Amerykanie obecnie bardzo popularyzują modern American cuisine, a w Polsce (kraju z nie mniejszą tradycją kulinarną) jemy albo tazw. "obiady domowe" albo pizza e pasta italiana, sushi i wszelkie odmiany azjatyckich smaków. Jestem wielką entuzjastką kreatywnego gotowania (mimo że zupełną amatorką) i cieszy mnie, że co jakiś czas słychać o kucharzach i restauratorach. którzy starają się wynieść tradycyjną kuchnię polską ponad błędne, zamierzchłe (nie mylić bylejakości z tradycją) schematy i stworzyć lekkostrawną, nowoczesną sztukę kulinarną.

  • Gość: galik79

    Oceniono 59 razy 43

    Panie Wojktu - Już wiem, że jak będę w Warszawie, konieczne odwiedzę Pańską restaurację. Po sposobie w jakim opowiada Pan o swojej pasji, wiem że nie zawiodę się powierzając Panu swoje podniebienie i żołądek. Takich ludzi w tym kraju potrzeba - wiedzących co robią i pełnych pasji, gotowych zarażać nią innych. Trzymam kciuki za gwiazdkę!

  • Gość: JemSwiadomie.pl

    Oceniono 39 razy 33

    Powodzenia p.Wojtku i do przodu :)

  • simpson85

    Oceniono 36 razy 30

    Gdzieś kiedyś czytałem bardzo fajny tekst (Duży Format?) o tym jak wyglądają restauracje nagradzane gwiazdkami M. I to co najczęściej się tam serwuje nazwano kuchnią artystyczną.
    Powiem szczerze, że byłem w dwóch lokalach z "M", w dwóch na zaproszenie, bo stolika tam wchodząc z ulicy się nie dostanie - tak oblegane podobno. W obydwu zaserwowano mi "artyzm", który... po prostu był słaby.

    I tu nie chodzi o to, że się nie najadłem, bo w tego typu restauracjach nie o to chodzi, więc zostawmy ten dość popularny pogląd. "Nie najadłem się" tym unikalnym, artystycznym smakiem, nie poczułem żadnych momentów... może miałem pecha i dwa razy kucharz miał zły dzień.

    Ale powiem szczerze, że kiedyś dostałem zwykłą zdawałoby się, standardową pieczeń ze śliwką, podczas zwykłego, standardowego obiadu domowego z przyjaciółmi. Zdawałoby się... to danie było zyliard razy smaczniejsze, zyliard razy każdy kęs smakował "momentalniej" niż to co jadłem w odznaczonych... i pewnie smakowałby mi bardziej od białej kiełbasy jałowcowej z grasicy i móżdżków cielęcych z pieczonym korzeniem chrzanu...

    Tak więc fajnie, że ktoś robi coś oryginalnego, ale czasem ta oryginalność może pójść w przesadę. Smuci mnie jak zawsze wstawianie słowa "Polska" do wszelkiej maści pachnących zakompleksieniem artykułów. To nie Polska dostanie gwiazdkę tylko Pan Wojciech. Za swoją ciężką pracę.
    Mnie, jako Polakowi, nic nie przybędzie od tego. Myślę, że Czechom i Węgrom też to nic nie przybyło...

    Natomiast całkowicie nie rozumiem, z jednej strony
    "Nie będę udawał, że mi nie zależy. Nie znam kucharza, któremu nie zależy."
    a z drugiej
    "czy gwiazdka coś zmieni? Nic."

    To się chyba jednak wyklucza?
    Ale powodzenia życzę, bo to jednak jakiś sukces osobisty. Broń boże, nie krajowy :P

  • blondyna.z.londyna

    Oceniono 23 razy 21

    "Uważam, że dobry polski alkohol lepiej zagra w zestawieniu z polską kuchnią, niż najlepszy nawet francuski szampan" -I tu mnie pan Wojciech kupił. Od dziś zaczynam oszczędzać, hehehe na 3 godzinną kolację, w jego Atelier....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE