Kiedy zacząłeś myśleć o napisaniu "Tostu"?
Nie myślałem, to wyszło zupełnie przypadkowo. Poproszono mnie o napisanie krótkiego opowiadania o kuchni, na której się wychowałem. Czyli tej z lat 60. i 70. To był fajny pomysł. Zacząłem od listy produktów i dań, znalazło się na niej mnóstwo słodyczy. Ileż ja ich wtedy jadłem! Kiedy lista była gotowa, zorientowałem się, że każdy rodzaj jedzenia przywołuje wspomnienia o ludziach i miejscach, i o tym, co się w moim dziecięcym życiu działo. Na przykład o tym, jak ojciec mnie uderzył. Albo o tym, jaka była babcia. Powstała taka kulinarna oś czasu.


Goście zaproszeni przez ciebie do programu "A Taste of My Life" (Smak mojego życia) reagują podobnie: pytasz ich o jedzenie, a słyszysz zwierzenia, tajemnice...
Nie lubię w swoich programach koncentrować się na sobie i dlatego odpowiada mi formuła "A Taste of My Life". Niech mówią inni. Niby to o jedzeniu, które lubią - a faktycznie o sobie. Podczas kręcenia tego programu poznałem sławnych ludzi, którzy do tej pory w każdym wywiadzie powtarzali w kółko te same historyjki. A u mnie dzieje się coś zaskakującego - zaczynamy jeść, a oni otwierają się, jedzenie ich odpręża, opowiadają o niezwykle intymnych sprawach... A potem słyszę: "Nigdy nie chciałem ci o tym powiedzieć! Nie wiem, czemu to zrobiłem!".

 

"Tost" jest także opowieścią o współzawodnictwie. Nawet jeśli nie mamy z kim konkurować, mierzymy się w kuchni z własnymi umiejętnościami.
Bohaterowie tej książki akurat konkurują ze sobą nawzajem. Piszę, jak walczyłem z macochą o zainteresowanie i miłość ojca. Nie da się ukryć, że trochę mu zawadzałem. Po śmierci mojej matki nagle znalazł się w ciężkiej sytuacji: samotny facet z dzieciakiem, o którego trzeba zadbać. Wcześniej wszystko wokół dzieci robiła mama, nagle obowiązki spadły na niego. To nie był wylewny człowiek, nie okazywał uczuć, nie było mowy o przytulaniu. Kiedy pojawiła się pani Potter, nasza gospodyni i moja przyszła macocha, zaczęła się między nami swego rodzaju walka. Bo ona używała jedzenia, żeby się ze mną droczyć. Gotując wspaniałe rzeczy dla ojca, chciała mu się przypodobać, a mnie odsunąć na dalszy plan. Z pewnością robiła za dużo jedzenia. Im bardziej ja byłem zainteresowany gotowaniem, tym częściej ona przesiadywała w kuchni. Jakbym miał jej coś odebrać. Czasem myślę, że może nie dałem jej szansy, dla niej to też musiała być trudna sytuacja - zajmować się mną i żyć w cudzej rodzinie.
Ojciec z kolei, kiedy po śmierci mamy został tylko ze mną, musiał być wykończony i fizycznie, i psychicznie. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, jak taka sytuacja mogła ciążyć mężczyźnie, który nigdy wcześniej nie gotował, nie prowadził domu. Pracował cały dzień, potem wracał skonany i zastawał mnie - czekającego na kolację. Jedno było pewne:"zawsze dostanę to samo. Tosta z serem. W ogóle nie rozumiałem, czemu się wkurza - jak to możliwe, że można nie chcieć gotować, że można tego wręcz nienawidzić" Myślałem - przecież to frajda, przecież wszyscy to kochają!

Twoja książka jest również o rewolucji kulinarnej, jaka dokonała się w Anglii. W latach 60. w sklepach pojawiły się gotowe obiady do podgrzania, ekspresowe puddingi, purée w proszku, jedzenie w puszkach, mrożonki.
Te magiczne gotowce były zbawieniem dla wielu kobiet. Wcześniej pani domu była uwiązana w kuchni od rana do wieczora, wszystko robiła od podstaw. I nagle pojawia się jedzenie z puszki, nie ma obierania, siekania, zagniatania. Wszystko gotowe. Teraz to brzmi dziwnie, bo chcemy, aby działo się dokładnie na odwrót, ale kiedy byłem dzieciakiem, wiele z tych produktów uważano za luksusowe i drogie. Modne i pożądane było serwowanie gościom fasolki z puszki albo gotowych ciastek. To były ciekawe czasy. W latach 60. i 70. kobiety ostatecznie opuściły kuchnię i zaczęły pracować poza domem. Ludzie w ogóle częściej jadali na mieście. Kiedy byłem dzieckiem, do restauracji chodziło się tylko na specjalne okazje: rocznicę ślubu, ewentualnie urodziny. Dziś wyskakujemy do knajpy przynajmniej raz czy dwa razy w tygodniu. Trzeba jednak pamiętać, że Londyn to trochę inna bajka, różni się od reszty Wielkiej Brytanii. To kosmopolityczne miasto, mamy tu wszystkie możliwe smaki. Ciekawie jest też w Manchesterze, Birmingham. Ale mniejsze miasta wciąż mają tych restauracji zaledwie parę, ludzie nie chadzają do nich zbyt często.

Myślę, że i tak u was jest nieźle. Brytyjczycy zawsze lubili przesiadywać w pubach, gdzie nie tylko pije się piwo, ale można też dobrze zjeść.
I to się zmieniło. Nasze prawo dotyczące jeżdżenia po pijaku jest teraz bardzo surowe. Niegdyś ludzie wychodzili na lunch, przy okazji sporo wypijali, potem siadali za kółkiem i wracali do domu. Teraz oczywiście nie mogą, to zaszkodziło wiejskim pubom, zmniejszyła się liczba klientów. W konsekwencji wiele takich miejsc zamieniło sie w restauracje. Nazywamy je "gastropubami" - znam niejeden naprawdę wspaniały! To działa tak: dziś zamyka się stary pub, za chwilę powstaje w tym miejscu gastropub. Żartujemy sobie nawet czasem, że kolejnego nie zniesiemy. Ale to dobra zmiana.

 

Nigel: gotowanie dla bliskiej osoby jest jak wyznanie miłości. Nieważne, czy potrawa udała się lepiej czy gorzej

 

Na twoją kuchnię miało wpływ wiele kobiet: najpierw mama, potem Joan Potter - macocha, Stevie - dziewczyna twojego brata. Następnie były lekcje gotowania w szkole i Diane z kuchni hotelu Talbot. Może dlatego twoje gotowanie jest domowe, bardzo "kobiece"?
Jeśli masz wrażenie, że kobiety preferują gotowanie nieskomplikowane, a domeną kucharzy
mężczyzn jest kuchnia autorska, restauracyjna, wymyślna, powiem tylko jedno: mój ojciec w zasadzie gotował raz w roku. Pierwszego dnia świąt robił gulasz z resztek pieczonego indyka. Wszystko, co gotowałem ja, gdy byłem młodszy, było próbą powtórzenia kuchni mojej mamy lub macochy. Do dziś tak właśnie gotuję - po domowemu. Każde jedzenie kojarzy mi się z "kobietami mojego życia". Zanim zacząłem pisać do dzienników, pracowałem głównie w damskich magazynach - np. przez pięć lat byłem w "Marie Claire". Innymi słowy, zawsze gotowałem dla kobiet. Przy czym mam wrażenie, że wielu szefów kuchni gotuje dla facetów.

Z miłością piszesz o kulinarnych porażkach swojej mamy. Ma się wrażenie, że im więcej ich było, tym mama wydawała ci się fajniejsza.
Można człowiekowi powiedzieć "kocham cię", gotując dla niego. Zupełnie nieważne, czy potrawa uda się lepiej czy gorzej. Nigdy nie pożegnałem się z mamą, nie byłem na jej pogrzebie. W tamtych czasach dzieci po prostu na pogrzeby nie zabierano, wierząc, że chroni się je przed cierpieniem. Jak bardzo takie pożegnanie jest potrzebne, uświadomiłem sobie, pisząc "Tost".


Zacząłeś pracować w kuchni dość wcześnie. To była ucieczka z domu?
Tak, od panującego w nim zamieszania. Zresztą wiedziałem, że chcę być kucharzem, mogłem godzinami siekać cebulę czy obierać fasolkę. Zaszywałem się w restauracyjnej kuchni wieczorami, pracowałem w weekendy. Potem poszedłem do szkoły gastronomicznej, ale to akurat źle wspominam. Przygotowywano nas do pracy w wielkich molochach - w szpitalach czy szkołach, uczono "organizacji zbiorowego żywienia". Ale tak było dawniej, od jakichś 10-15 lat młodzi ludzie wybierają zawód kucharza, dlatego że to ich faktycznie kręci. Poza tym - dziś gotowanie wiąże się ze splendorem, w każdym razie daje taką szansę. Jesteś szefem kuchni - jesteś gwiazdą. Jak Jamie Oliver.
W byciu kucharzem jest też element takiej chłopięcej rywalizacji: kto będzie miał większą knajpę, więcej gwiazdek, o kim lepiej napiszą. I jest jeszcze coś: kucharz ma ogromną władzę nad klientami. Może sprawić im przyjemność, dobrze ich karmiąc. Ale gdyby chciał, mógłby ich unieszczęśliwić albo wkurzyć.

A kim ty jesteś: bardziej kucharzem czy pisarzem?
Kucharzem zawsze chciałem być, pisanie wyszło przypadkiem. Byłem wtedy kelnerem w jednej kawiarni. Przychodziła do nas klientka, okazało się, że pracuje w magazynie kulinarnym. Zapytała mnie, czy nie znam kogoś, kto przetestowałby kilka przepisów. Zaproponowałem siebie, wypróbowałem te receptury, dopisałem parę uwag. Potem poprosili mnie o kilka własnych przepisów. Potem - o krótki felieton. I okazało się, że pisanie jest równie fajne, jak gotowanie. Zresztą jedno jest do drugiego podobne.

Jak to?
No tak, przecież zapisuję swoje przepisy. Za tydzień ugotuję sobie kolację i coś tam o niej skrobnę. Ale nie zamierzam pisać kontynuacji "Tostu", to skończona sprawa. Większości moich bohaterów nie ma już wśród nas. W drugiej części musiałbym pisać o osobach, które mnie dzisiaj otaczają. A chyba nie czułbym się komfortowo, wkraczając na ich terytorium. Obecnie zajmuję się drugim wydaniem "Kitchen Diaries" (Dzienniki kuchenne) Jakoś wielu osobom spodobała się ta książka; tak się składa, że i ja ją lubię. Uważam też, że niezły jest "Tender" (Delikatny). Byłem z tej książki bardzo dumny, zwłaszcza że zaskakująco dobrze odebrano ją w Stanach. Na tamtym rynku dobrze sprzedają się na przykład Jamie czy Nigella, a moje rzeczy zwykle przechodziły niezauważone. Jednak "Tender" odniósł sukces.
Różnica między Nigellą czy Jamiem a mną polega jeszcze na tym, że oni są bardziej komercyjni. Mają własne linie produktów do gotowania, Jamie sygnuje swoim imieniem kilka marek. Nie widzę w tym niczego niewłaściwego, kucharze celebryci mogą zmieniać podejście ludzi do jedzenia, mogą uczyć innych. Dostają za to całkiem przyzwoitą kasę i bardzo dobrze. Ja jestem raczej człowiekiem drugiego planu, nie byłbym dobrą marką.

Żartujesz? Nakręcono film o twoim życiu!
To dzięki moim programom telewizyjnym - w ogóle nie spodziewałem się, że przysporzą mi tylu fanów. Tylko że ja nie szukam tej popularności, nie chciałbym, żeby mówili: "Boże, to znowu on? Boję się otworzyć lodówkę!". Dlatego w Wielkiej Brytanii już prawie nie udzielam wywiadów. I dlatego w ciągu roku robię tylko dziesięć odcinków programu.

Czy jest coś szczególnego, co chciałbyś przekazać swoim czytelnikom lub widzom swoich programów?
Jedna ważna rzecz: w Wielkiej Brytanii, w ogóle w Europie, marnuje się mnóstwo jedzenia. Czemu? Bo jest tanie, za tanie, więc kupujemy go za dużo. Poza tym robimy zakupy raz w tygodniu; gdybyśmy kupowali jedzenie codziennie, tyle tylko, aby wystarczyło na śniadanie, obiad i kolację, mielibyśmy większą kontrolę. Popatrz: na każdym supermarketowym produkcie jest data ważności. Czy ludzie naprawdę uważają, że jogurt czy szynka zepsują się w godzinę po jej upłynięciu? To bardzo ważne, abyśmy bezmyślnie nie wyrzucali do kosza jeszcze dobrego jedzenia!

Co sądzisz o gotowaniu w sieci, o blogach kulinarnych?
W tym biznesie każdy szuka skrawka miejsca dla siebie: kucharze, magazyny, autorzy, telewizja. Piszę dla "Observera" od osiemnastu lat i bardzo tego swojego miejsca bronię. Tak też robią inni autorzy - kiedy piszesz felietony, chcesz to robić jak najdłużej. Szczęśliwie w dzisiejszych czasach można dotrzeć do ludzi przez internet. Nie zarobisz na tym, ale to nie ma znaczenia, prawdopodobnie ktoś cię w końcu dostrzeże i doceni. Co jakiś czas widzę w restauracji osobę, która, zamiast jeść jak człowiek, fotografuje każde danie. Wiadomo - bloger. Ale niektóre z tych blogów są naprawdę świetne, dobrze napisane, zabawne. Może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale chyba te najciekawsze prowadzą kobiety.

Większość blogów przyciąga również obrazkami. Tak samo jest z książkami kucharskimi. Dodatkiem do twojego pisarstwa są wspaniałe zdjęcia. Miło mi to słyszeć, zwłaszcza że sam przygotowuję potrawy, nikomu nie pozwalam ich nawet dotknąć. Fotografa, z którym współpracuję, wybrałem już dawno temu. Szukałem długo, zależało mi na kimś, kto nie miał pojęcia o fotografii kulinarnej. Wybór padł na Jonathana Lovekina, który wcześniej robił głównie martwe natury, krajobrazy. Pracujemy razem już 25 lat, to dłużej, niż trwa jego małżeństwo. On chyba po prostu rozumie moje jedzenie.

 

Nigel Slater: brytyjski dziennikarz, pisarz i kucharz. Autor siedmiu książek kucharskich oraz gospodarz programów kulinarnych. Dwa z nich można oglądać na antenie Kuchnia+: "Proste dania" i "Smak mojego życia". Na podstawie jego wspomnień z dzieciństwa "Tost. Historia chłopięcego głodu" nakręcono film o tym samym tytule.